Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
— Cóż… dziwne, ale znając już smutną prawdę, czuję coś w rodzaju ulgi. Wcześniej, kiedy Miles znikał, nie wiedzieliśmy, gdzie jest i co jeszcze przyjdzie mu o głowy, żeby… spotęgować chaos. Tym razem przynajmniej wiemy, że na pewno nie wpadnie w gorsze tarapaty.
Machnął ręką i odszedł, nie wchodząc za Markiem do pokoju ani go nie popychając. Markowi przemknęła myśl o trzech sposobach zabicia księcia. Ale tamta nauka odbywała się wieki temu. Wspinanie się po schodach bardzo go zmęczyło. Zamknął drzwi i padł na rzeźbione łóżko, drżąc na całym ciele.
ROZDZIAŁ TRZYNASTY
Przez pierwsze dwa dni książę i księżna nie przydzielali mu żadnych zadań, chcąc rzekomo dać mu czas na dojście do siebie po męczącej podróży przez kilka punktów skokowych. Poza porą dość oficjalnych posiłków, Mark w ogóle nie widywał księcia Vorkosigana. Wędrował po domu i okolicy bez żadnych ograniczeń, nigdzie nie dostrzegając straży, obserwowany tylko dyskretnie przez księżnę. Umundurowani strażnicy stali przy bramach; Markowi zabrakło jednak odwagi, by sprawdzić, czy rozkazano im nie wypuszczać go z posiadłości ani nie wpuszczać tu osób niepowołanych.
Uczył się o Domu Vorkosiganów, ale musiał się przyzwyczaić do tego, że naprawdę się tu znalazł. Wszystko zdawało się nieznacznie odstawać od jego oczekiwań. Budynek był prawdziwym labiryntem i mimo że pozostawiono tu mnóstwo antyków, wszystkie stare okna wymieniono na nowoczesne, wyposażone w pancerne szyby i automatyczne okiennice — nawet te w kuchni znajdującej się w suterenie. Dom wyglądał więc jak wielka muszla, połączenie pałacu, fortecy i więzienia. Czy mógł wśliznąć się do wnętrza muszli?
Przez całe życie jestem więźniem. Chcę wreszcie być wolny.
Trzeciego dnia przyniesiono mu nowe ubrania. Zjawiła się księżna, by pomóc mu wszystko rozpakować. Przez okno, które uparcie otwierał na tajemniczy, niebezpieczny i nieznany świat, wpadało jasne światło i chłodne powietrze jesiennego ranka.
Otworzywszy jeden z pokrowców, ujrzał na wieszaku strój w nieprzyjemnie wojskowym stylu, tunikę z wysokim kołnierzem i lamowane spodnie w srebrnobrązowych barwach Vorkosiganów, łudząco podobne do liberii straży przybocznej księcia, tyle że bardziej błyszczały się kołnierz i epolety.
— Co to jest? — zapytał podejrzliwie.
— Ach, dość krzykliwe, prawda? — powiedziała księżna. — To twój mundur najmłodszego lorda Domu Vorkosiganów.
Jego, nie Milesa. Wszystkie nowe ubrania były skrojone komputerowo i dość luźno dopasowane; serce w nim zamarło, gdy obliczył, ile będzie musiał zjeść, żeby uniknąć włożenia tego uniformu.
Widząc jego skonsternowaną minę, księżna uśmiechnęła się lekko.
— Właściwie jest to strój tylko na dwie okazje. Na posiedzenie Rady Książąt i na uroczyste obchody urodzin cesarza. A te nastąpią za kilka tygodni. — Zawahała się, przesuwając palcem po godle Vorkosiganów wyszytym na kołnierzu tuniki. — Wkrótce potem wypadają urodziny Milesa.
Cóż, Miles w tej chwili się nie starzeje, gdziekolwiek przebywa.
— Urodziny to dla mnie obce pojęcie. Jak nazywacie to wydarzenie, gdy wyciąga się kogoś z replikatora macicznego?
— Dzień, w którym mnie wyciągnięto z replikatora, moi rodzice nazwali moimi urodzinami — odparła cierpkim tonem.
Racja, przecież była Betanką.
— Ja nie znam daty swoich urodzin.
— Nie? Masz ją w swojej kartotece.
— Jakiej kartotece?
— W karcie medycznej z Bharaputry. Nigdy jej nie widziałeś? Zdobędę jej kopię. To na swój sposób fascynująca lektura, mimo że trochę przerażająca. Twoje urodziny były siedemnastego zeszłego miesiąca.
— I tak przegapiłem. — Zamknął pokrowiec i schował głęboko w szafie. — Nieważne.
— Ważne, że ktoś czci nasze istnienie — zaprotestowała uprzejmie. — Ludzie to jedyne zwierciadło, w jakim możemy się przejrzeć. Tylko oni nadają nam sens. Dobro i zło są w ludziach. Same nie istnieją w całym wszechświecie. W każdej kulturze ludzkiej karą jest odosobnienie.
— To… prawda — przyznał, przypominając sobie własną niewolę. — Hm. — Następny ubiór lepiej pasował do jego nastroju: był czarny. Choć przy bliższych oględzinach okazał się niemal identyczny z mundurem najmłodszego lorda, godła i lamówki wyszyte gładką czernią zamiast srebrem wyglądały mniej wyzywająco na tle czarnej tkaniny.
— To na pogrzeby — poinformowała go księżna bezbarwnym głosem.
— Ach. — Pojąwszy aluzję, wsunął ubranie do szafy obok munduru Vorów. W końcu zdecydował się na najmniej wojskowy spośród strojów: luźne spodnie, niskie buty bez klamer, stalowych nosków czy innych agresywnych ozdób, oraz koszulę i kamizelkę w ciemnych odcieniach granatu, zieleni, czerwieni i brązu. Czuł się jak w kostiumie, ale świetnie uszytym. Kamuflaż? Czy strój, który nosi człowiek, reprezentuje go czy maskuje?
— Czy to ja? — zapytał księżnej, wychodząc z łazienki, by się pokazać.
Niemal się roześmiała.
— Bardzo głębokie pytanie na temat ubioru. Nie potrafię na nie odpowiedzieć.
Czwartego dnia na śniadaniu zjawił się Ivan Vorpatril. Miał na sobie zielony mundur polowy porucznika armii cesarskiej, który świetnie podkreślał jego wysoką wysportowaną sylwetkę. Kiedy wszedł, Żółty Salon wydał się nagle bardzo zatłoczony. Mark skurczył się w sobie pod ciężarem poczucia winy, podczas gdy jego domniemany kuzyn witał ciotkę stosownym pocałunkiem w policzek, a wuja oficjalnym skinieniem głowy. Następnie wyciągnął z kredensu talerz i wypełnił go po brzegi jajkami, mięsiwem i słodkim pieczywem, tworząc z nich niebezpiecznie chybotliwą górę. Drugą ręką chwycił kubek kawy, nogą odsunął sobie krzesło i zasiadł naprzeciw Marka.
— Cześć, Mark — zauważył w końcu jego istnienie. — Wyglądasz kwitnąco. Kiedy cię tak rozepchało? — Wepchnął sobie do ust kęs smażonego mięsa i zaczął żuć.
— Dziękuję, Ivan. — Mark starał się uciec w lekki sarkazm. — Jak widzę, ty się nie zmieniłeś. — Miał nadzieję, że zabrzmiało to jak „nie widzę poprawy”.
Brązowe oczy Ivana rozbłysły; zaczął mówić, lecz wpadła mu w słowo ciotka.
— Ivanie. — W jej głosie zabrzmiała nuta przygany.
Mark nie sądził, że księżna zwraca mu uwagę za próbę mówienia z pełnymi ustami, ale Ivan przełknął i zwrócił się do niej zamiast do Marka:
— Proszę o wybaczenie, ciociu Cordelio. Ale przez niego nadal mam kłopoty z szafami i innymi małymi, zamkniętymi i ciemnymi przestrzeniami.
— Przepraszam — bąknął Mark, garbiąc się. Ale jakiś wewnętrzny głos mówił mu, że nie powinien dać się zastraszyć Ivanowi, dodał więc: — Przekonałem tylko Galena do porwania ciebie, żeby sprowadzić Milesa.
— A więc to był twój pomysł.
— W każdym razie podziałało. Zaraz się zjawił i dla ciebie złożył głowę pod topór.
Ivan zacisnął szczęki.
— Niestety nie zerwał z tym zwyczajem — odgryzł się zjadliwym tonem.
Mark musiał zamilknąć. Jednak kuzyn dodał mu nieco otuchy. Przynajmniej on traktował go tak, jak na to zasługiwał. Należna i mile widziana nagana. Czuł, że niemal odżywa pod tym deszczem wzgardy, niczym usychająca roślina. Ivanowi udało się prawie poprawić mu humor.
— Skąd się tu wziąłeś? — spytał go.
— Wierz mi, to nie mój pomysł — odrzekł Ivan. — Mam cię stąd zabrać. Żebyś się trochę przewietrzył.
Mark zerknął na księżnę, ale ona skupiła całą uwagę na mężu.
— Już? — spytała.