Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 52 53 54 55 56 57 58 59 60 ... 116
Перейти на страницу:

Widziałem wszystko w dziwacznych, gwałtownych błyskach, niczym we śnie. Że jesteśmy na zupełnie gładkim płaskowyżu, że w oddali widać bagienną równinę. Że nad nami wznosi się jeszcze jeden masyw.

Że kurty żołnierzy mają barwy różnych tymenów, a na tarczach nie widać znaku Podziemnego Łona.

Potem był wąski, stromy korytarz ze schodami, których krawędzie wygładziły wieki używania.

Wciąż wykręcano mi ręce, czyjaś dłoń szarpała mnie za kołnierz i gdybym nie przebierał nogami, wyłamaliby mi ramiona z barków, jak wyłamuje się nóżkę z pieczonego drobiu.

Na górze rozciągała się kolejna biała płaszczyzna, też równa jak stół, i pomyślałem, że to chyba jedna z tajemniczych pradawnych ruin, które znajduje się czasem na pustkowiach.

Pośrodku wznosiły się prastare, oślepiająco jasne budynki, większość wyglądała niczym kule do gry. Idealnie okrągłe i białe. Czasem wydawały się wystawać tylko częściowo, czasem leżały na kamiennej płycie, czasem wznosiły się ponad nią na grubych, też białych słupach.

Poprowadzono mnie do jednego z budynków, przed czarnym, kolistym otworem stało dwóch żołnierzy w hełmach i z włóczniami.

Mieli okrągłe tarcze, na których nie było ani numeru tymenu, ani jego godła. A potem wepchnięto mnie do wnętrza.

Spodziewałem się ciemności, a mimo to wewnątrz było jasno, zupełnie jakby kulisty budynek zbudowano z mlecznego szkła. Nie było okien ani kaganków, tylko jasne światło, jakby mrok, który przebiłem głową, był jakąś zasłoną.

Pośrodku kolistej podłogi ustawiono niewielki stolik, za którym na niskim taborecie siedział niemłody, łysiejący człowiek o przenikliwych oczach i popijał napar z czarki.

— Witaj, wędrowcze — powiedział. — Och, puścić go! Patrzyłem na niego z osłupieniem. Mężczyzna miał na sobie kurtę z klanowymi obszyciami i kireneński nóż u pasa, pykał też krótką fajkę z główką z kamienia i płaskim, drewnianym ustnikiem.

— Siadaj, chłopcze! — Spojrzał na mnie uważniej. — Święte żywioły... Ile ty masz lat? Szesnaście?

Przytaknąłem.

— Przeklęta wojna. Miałem syna w twoim wieku. Rozdzielił nas Ogień Pustyni. Nie wiem, czy żyje. Dlaczego cię tak wlekli? Pobiłeś któregoś?

Zaprzeczyłem.

— Siadaj! Napij się naparu... Zaraz każę przynieść śniadanie i czarkę. Przy okazji, jakie to ma być śniadanie?

— Słucham? — Wciąż byłem zbyt oszołomiony, by pojąć, o co mu chodzi.

— Śniadanie, chłopcze. Ten prosty, poranny posiłek, po którym rozpoznaje się, czy znalazłeś się wśród ludzi cywilizowanych, czy barbarzyńców. Czy trafiłeś dobrze, czy źle. Jeżeli gdzieś nie jadają śniadania w ogóle albo dojadają resztki z kolacji, nie jest dobrze. Jeśli zaś gdzieś nie wolno czegoś spożywać lub robić różnych codziennych rzeczy, to trafiłeś pod rządy tyranów i w tym zorientujesz się właśnie już przy śniadaniu. Jeśli bogowie lub królowie wtrącają się nawet do tego, czym prosty człowiek krzepi się o poranku, to niechybnie wtrącają się do wszystkiego i ciężko będzie żyć w takim miejscu. Moja rada: najpierw przyjrzyj się śniadaniu, gdy znajdziesz się w obcych ziemiach i między obcymi. Jeśli można tam godnie zjeść, wypić czarkę naparu i zapalić fajeczkę bakhunu, trafiłeś między dobrych ludzi. Jeśli nikt się nie zdziwi, gdy po śniadaniu do fajeczki weźmiesz szklaneczkę korzennego piwa lub ambriji, jesteś między ludźmi zacnymi i wolnymi. Jeżeli nawet tego nie wolno, lepiej uciekaj, jeśli tylko zdołasz. To znaczy, że nie wolno też mówić albo myśleć. Tyle mamy wolności, ile dotyczy nas samych. Kiedy i tę nam odbiorą, zmienią wkrótce w zwierzęta. My jadamy różne rzeczy. Nie mamy przesądów, choć mawia się, że rano należy jeść posiłek lekki. Biały. Mleko, sery, chleb, jaja, zimne mięso lub ryby, pasty, owoce. Co kto chce. Ale my jesteśmy potworami. Niewolimy swoje kobiety i zagarniamy dla siebie dobra ziemi. Chwyta się nas i morduje w wieżach albo gna na pola, byśmy pracowali, aż padniemy z wycieńczenia. Amitraje spożywają jedynie to, na co pozwala im Kodeks, zależnie od kasty. Tylko by utrzymać się przy życiu. Wojsko może nawet kosztować mięsa, choć rzadko i niekoniecznie na śniadanie. Co więc mam kazać ci przynieść? Czy wodę i rozgotowaną durrę bez krztyny soli i mleka? Suchą kromkę chleba? Masz na sobie szatę Sindara. Jesteś więc bogobojnym Amitrajem. Szanującym tradycję i posłusznym, nieźle urodzonym, choć niekoniecznie bogatym. Ale spójrzmy w zwój...

Rozwinął rulon na stoliku i wskazał coś cybuchem fajki.

— Dosłownie chwilę przedtem byłeś jednak kapłanem. O kastę wyżej. Wprawdzie tylko adeptem, ale zawsze Oświeconym. Czy wiesz, że w takim razie w podróży wolno ci spożywać nawet fasolowe ciasteczka i pić rozwodnione mleko? Jakie więc zawołać śniadanie, chłopcze? Dla Sindara czy kapłana?

— Jestem urzędnikiem piątej rangi, sitar pahan. Ubogim Sindarem. Chcę wrócić do rodzinnego domu. Zanim nadeszła prorokini, mieszkałem w Maranaharze i jadłem różne rzeczy, nie tylko to, co nakazuje Kodeks. To były inne czasy. Gdzie mój stryj? Pozwól mi go widzieć.

— Twój towarzysz jeszcze się nie obudził — oznajmił mężczyzna. — Tymczasem zjedzmy śniadanie. Na pewno wkrótce się spotkacie.

Poczułem skurcz strachu. W zdawkowym tonie mojego beztroskiego z pozoru rozmówcy było coś złowrogiego. Czyżby Brus już nie żył? Tak po prostu?

— Jesteś bardzo ciekawym człowiekiem, chłopcze. Twój stryj jest kapłanem wysokiej rangi? Jechaliście wozem, a kiedy was napadnięto, zabiliście sześcioro zbrojnych. A potem nagle przebraliście się w szaty Sindarów. Dlaczego? Skoro jesteś, jak mówisz, urzędnikiem niskiej rangi, dlaczego wędrowaliście w strojach sług świątyni Pramatki?

Oparłem pięści o ziemię i dotknąłem czołem podłogi.

— Sitar pahan... Mój stryj jest niezdrów. Kiedy przybył po mnie do Maranaharu, nabawił się w drodze bagiennej gorączki. Czasem powala go choroba i wtedy nie wie, co robi. Tych kapłanów zabito na szlaku. Napotkaliśmy wóz i zwłoki. Stryj uparł się, że to znak od Pramatki, i przebrał się w strój świątynny. Uparł się, że tylko tak przejdziemy przez most w Aszyrdym. Dlatego potem wyrzuciliśmy przebrania.

— Jak się nazywasz, chłopcze?

— Nazywam się Ardżuk Hatarmał, sitar pahan. Pochodzę z Kamirsaru. Stryj nazywa się Tendzyn Byrtałaj.

— Napij się naparu, Ardżuk. Twój stryj to także fascynujący człowiek. Wędrował do stolicy aż spod gór Kamir przez kraj spalony największą suszą od pokoleń, a mimo to nabawił się bagiennej gorączki. Gdzie on też znalazł bagna przy tej pogodzie?

— Nie jestem medykiem, sitar pahan. Mógł jednak napić się zgniłej wody po drodze. Cesarscy ostrzegali, że w takiej wodzie mieszkają choroby.

Mężczyzna pochylił się i nalał mi naparu do czarki. Kłęby dymu z jego fajeczki pachniały lekko ambriją i wędzonymi śliwkami.

— Skąd wzięliście kije szpiega, Ardżuk? To rzadka rzecz, ciężko kupić sobie na bazarze, nawet gdyby jeszcze istniał normalny handel. I trudno też nauczyć się nim walczyć. Czy to część nauki urzędnika szóstej rangi?

— Mój stryj służył w ciężkiej piechocie. Ćwiczył mnie w walce kijem, bo drogi są niebezpieczne. A laski były na wozie kapłanów. Nie wiedzieliśmy, że to kije szpiega. A ja jestem urzędnikiem piątej rangi, nie szóstej. Umiem czytać i pisać.

— Ale twój stryj, żołnierz ciężkiej piechoty, zabił troje ludzi, z czego jednego strzałą z daleka. Ty zaś zabiłeś dwóch w walce, mając jedynie ten kij. W pewnej chwili nawet tego nie miałeś. Gołe ręce przeciwko dwóm łucznikom, a twój stryj trzymał tylko żelazny amulet na łańcuchu. I dobrze wiedziałeś, gdzie jest ostrze włóczni, a gdzie miecz. Kim byli ci napastnicy?

1 ... 52 53 54 55 56 57 58 59 60 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)