Wojna [Conventions of War - pl]
- Автор: Уильямс Уолтер Джон
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-7480-018-6
- Переводчик: Grazyna Grygiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wojna [Conventions of War - pl]». Краткое содержание книги:
— To był Legion. Wzięli wszystkich.
Casimir utkwił wzrok w przeciwległej ścianie, jakby widział na niej puzzle, które koniecznie należało poskładać. Sula wstała i podeszła do kanapy, na której leżała jej torba. Otworzyła ją i wyjęła ubranie.
— Czy Sergius o tym wie? — spytał Casimir.
— Nie ma go w biurze. Mam z nim kontakt tylko przez ten numer.
— Jasne. Dziękuję. Sam do niego zadzwonię.
Casimir wiedział, że będzie musiał przeprowadzić pełną — razem z wideo — rozmowę z Sergiusem Bakshim, włożył więc koszulę i przyczesał włosy. Mówił cicho i Sula niewiele słyszała. W tym czasie skończyła się ubierać, wzięła z torby pistolet i wetknęła go za pas z tyłu.
Casimir skończył rozmowę i spojrzał na nią ponuro.
— Powinieneś się ulotnić — poradziła. — Mogą was wszystkich poszukiwać.
— To samo mówił mi Sergius — odparł Casimir.
— Albo… — Sula zmrużyła oczy — tak naprawdę szukali ciebie i poszli do „Dwóch Batut', bo myśleli, że tam jesteś.
— Albo mogli szukać ciebie, a Julien i ja jesteśmy przypadkowymi osobami.
— Nie przyszło mi to do głowy — przyznała.
Casimir zaczął się ubierać.
— To wszystko źle wygląda — rzekł. — Ale może dzięki temu dostaniesz to, czego chciałaś.
Spojrzała na niego pytająco.
— Wojnę między nami a Naksydami — wyjaśnił.
— Ale to przyszło mi do głowy — powiedziała.
Prawdę mówiąc, przyszło jej to do głowy poprzedniego wieczora, gdy patrzyła na odbicie kropli deszczu na wazonie Yu-yao. Dlatego dziś rano udała się do publicznego punktu komunikacyjnego. Miała na sobie roboczy kombinezon, blond perukę i kapelusz z szerokim rondem, które opuściła na twarz. Zdjęła kapelusz, zakryła nim kamerę, a potem wprowadziła ręcznie kod, który połączył ją z linią dla donosicieli Legionu Prawomyślności.
— Chciałabym przekazać pewną informację — powiedziała. — Komórka anarchistyczna ma dziś wieczorem spotkanie w restauracji „Dwie Batuty” przy placu Harmonii. Planują sabotaż. Spotkanie ustalono na dwadzieścia cztery zero jeden w prywatnym saloniku. Nie mówcie o tym lokalnej policji, bo są skorumpowani i ostrzegą sabotażystów.
Mówiła to z akcentem Ziemianki, który kiedyś tak bawił Caro Sulę. Odeszła od komunikatora, nie zdejmując kapelusza z kamery.
Zapewne była przekonująca, bo Julien został aresztowany.
— Jak mam się z tobą skontaktować? — spytała.
Poprawił spodnie i podał jej kod.
Sula skinęła głową.
— Dobrze.
Spojrzał na nią, zdziwiony.
— Nie musisz sobie tego zapisać?
— Stworzyłam w myślach algorytm, który pomaga mi zapamiętać każdą liczbę — wyjaśniła. — Zawsze tak robię.
Zamknął na moment oczy.
— Sprytne.
Pocałowała go.
— Tak, bardzo sprytne — potwierdziła.
Następnego dnia Naksydzi wpadli w szał. Jakiś snajper z karabinem wszedł do budynku stojącego przy alei Axtattle — głównej drogi łączącej miasto Zanshaa z lądowiskiem Naksydów w Wi-hun — poczekał na przejazd naksydzkiego konwoju i zastrzelił kierowcę pierwszego samochodu. Ponieważ pojazdy korzystały z automatycznie sterowanych pasów ruchu, samochód z zastrzelonym kierowcą nadal jechał, a tymczasem snajper zastrzelił następnego kierowcę, a potem jeszcze jednego.
Zanim Naksydzi zorientowali się w sytuacji, zginęło ich co najmniej ośmiu, a wielu zostało rannych. Snajper, który używał znacznie lepszej broni niż Sidney Model Jeden, zniknął bez śladu.
Za każdego zmarłego Naksydzi postanowili zastrzelić pięćdziesięciu jeden zakładników. Sula nie rozumiała, dlaczego akurat pięćdziesięciu jeden — nie jest to nawet liczba pierwsza.
Może wydający rozkaz o tym nie wiedział.
Casimir, który miał najwcześniej ze wszystkich wiadomości, zadzwonił do Suli tuż po świcie i powiedział, że nie powinna wychodzić na ulicę. Ona z kolei zadzwoniła do swoich ludzi z zespołu 491 i kazała im zostać w domu. Potem wystawiła głowę z bramy budynku i poradziła Jednemu-Krokowi, żeby się ulotnił.
Poranek spędziła w swoim mieszkaniu z książką o historii dyplomacji i zagadkami matematycznymi. W południe komunikator przysłał wiadomość, że Rashtag — szef bezpieczeństwa Biura Akt — zmienił swoje hasło dostępu do komputera. Nowe hasło dołączone było do wiadomości, więc Sula połączyła się z komputerem Biura Akt i przekonała się, że Naksydzi rozgryźli system dystrybucji „Bojownika”.
Rashtagowi kazano zmienić hasła wszystkich osób w Biurze i obserwować, czy w węźle rozsyłającym nie ma jakichś niedozwolonych procesów. Sula nie przejmowała się tym: zawsze miała nowe hasła Rashtaga, gdy ten je zmieniał, a rozsyłając „Bojownika”, wyłączała logowanie w węźle nadawczym, więc nie było informacji, którego węzła użyto. Żeby wykryć jej aktywność w systemie, wymagana byłaby koordynacja wysokiego rzędu — a na razie Sula nie zauważyła żadnych śladów takiej koordynacji.
Niestety, to tylko kwestia czasu.
Casimir znów zadzwonił po zmroku.
— Moglibyśmy się spotkać? — spytał.
— Czy na zewnątrz jest bezpiecznie?
— Policja skończyła łapankę. Pojmali nowych ludzi, którzy mają zastąpić zastrzelonych dzisiaj zakładników. I znów wrócili do podań o kartki żywnościowe. Ale na wszelki wypadek wyślę po ciebie samochód.
Umówili się na stacji lokalnego pociągu. Ciemnym sedanem hunhao przyjechał jeden z ochroniarzy, Torminel. Zawiózł Sulę na małą uliczkę na skraju dzielnicy zamieszkanej przez Cree; Sula widziała tam samców Cree, musztrujących czworonożne samice, które skakały wokół nich jak wielkie szczeniaki.
Casimir czekał na nią w mieszkaniu starszych, uśmiechniętych staruszków, którzy odnajmowali wolny pokój na kryjówkę i najwyraźniej dobrze im się dzięki temu powodziło. Pokój był przestronny i wygodny, na parapetach stały doniczki, na kanapach leżały narzuty z frędzlami. W powietrzu unosił się kwiatowy zapach z potpourri, na ścianach wisiały rodzinne fotografie, a ścianę wideo otaczało makramowe obramowanie. Na tacy stały resztki obiadu Casimira oraz opróżniona do połowy butelka musującego wina.
Na powitanie Sula pocałowała go i objęła ramionami. Czuła ciepło jego ciała i zapach ziemi — zapach jego wody toaletowej.
— To był chyba fałszywy alarm — stwierdził Casimir. — Legion raczej mnie nie szuka. Ani Sergiusa, ani nikogo innego, z wyjątkiem Juliena. Nie było nalotów, nie było śledztwa. Nie zauważono, by ktoś nas inwigilował.
— To się może zmienić, jeśli Julien zacznie mówić — zauważyła. Casimir cofnął się z surowym wyrazem twarzy, tak jakby Sula zanegowała męskość całej kliki Nabrzeża.
— Julien nie zacznie mówić — stwierdził. — To dobry chłopak.
— Nie zdajesz sobie sprawy, co oni z nim zrobią. Naksydzi traktują wszystko bardzo poważnie.
Usta Casimira wykrzywił pogardliwy grymas.
— Sergius Bakshi wychowywał Juliena w ten sposób, że dwa razy na tydzień bił go na kwaśne jabłko, właściwie bez powodu, tylko po to, by dać mu wycisk. Czy sądzisz, że po czymś takim Julien będzie się bał Naksydów?
Sula pomyślała, że coś w tym jest, gdy przypomniała sobie oczy Sergiusa — oczy drapieżnika — i jego wielkie blade dłonie.
— A więc nie wydobędą zeznań od Juliena. Pozostaje Veronika. Casimir pokręcił głową.
— Veronika nic nie wie o tobie.
— Ale wie, że Julien umówił się z nami na obiad. I Naksydzi musieli widzieć, że Julien siedział przy stole nakrytym dla czterech osób.