Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Wojna [Conventions of War - pl]
Wojna [Conventions of War - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wojna [Conventions of War - pl]

Электронная книга - «Wojna [Conventions of War - pl]». Краткое содержание книги:

Straszliwe imperium tyranów Shaa przestało istnieć, wszechświat znalazł się na łasce bezlitosnych, spragnionych władzy gadopodobnych Naksydów. Wszędzie zapanował krwawy chaos. Jednak dalecy potomkowie Terry cenią sobie wolność, a ich bohaterscy wojownicy nie poddają się. Lord Gareth Martinez i tajemnicza Caroline Sula, która prowadzi walkę w podziemiu, oddzieleni są latami świetlnymi, ale dążą własnymi drogami do decydującej bitwy o przyszłość, gdyż nowy porządek może się okazać jeszcze bardziej przerażający od starego. Jedyna nadzieja w tym, że powiedzie się ostatni desperacki plan, który scali rozbitą galaktykę.
1 ... 53 54 55 56 57 58 59 60 61 ... 158
Перейти на страницу:

— Nie bądź wulgarny — skarciła go tonem para.

Casimir ponownie się ukłonił.

— Wybacz, milady.

Weszli do budynku. W olbrzymim holu lśniącym polerowaną miedzią stał posąg: Lai-own, dwukrotnie większy od naturalnego, trzymał wielki czworościan; Sula nie rozumiała tej alegorii. Umundurowani strażnicy Lai-owni w granatowych kurtkach i wysokich spiczastych czako patrzyli na nich badawczo, ale ich nie zaczepili. Wjechali we trójkę ruchomymi schodami na pierwsze piętro i znaleźli się pod lśniącymi miedzianymi drzwiami klubu. Wisiała tam kartka z informacją, że klub zamknięto na imprezę prywatną.

Casimir otworzył wahadłowe drzwi i wprowadził Sulę i Macnamarę do mrocznego pomieszczenia. Słabe popołudniowe światło padające z zasnutego chmurami nieba odbijało się lekko od miedzianych okuć i polerowanego drewna. Z ciemności wynurzyli się strażnicy Lai-owni — tym razem bez śmiesznych nakryć głowy — i sprawdzili, czy któryś z gości nie ma urządzenia podsłuchowego. Znaleźli broń, ale jej nie tknęli. Najwidoczniej nie brali pod uwagę ewentualności, że Sula i jej towarzysze mogą być zabójcami.

Po przeszukaniu Casimir poprawił swój długi płaszcz, przeszedł do pokoju na zapleczu i zapukał do drzwi.

Sula wygładziła klapy kurtki i wyprostowała plecy. Postanowiła zachowywać się jak starszy dowódca Floty na inspekcji bandy dokerów. Nie mogła tym ludziom wydawać rozkazów, musiała zdobyć autorytet jako par i oficer Floty; tylko tymi kartami mogła teraz zagrać.

Julien otworzył drzwi i na widok Suli wytrzeszczył oczy, po czym nerwowo odsunął się na bok.

Sula wmaszerowała do pokoju — proste plecy, ręce założone do tyłu. Ta przestrzeń należy do mnie, pomyślała, ale w tym momencie zobaczyła oczy zebranych i serce jej skoczyło do gardła.

Dwaj Terranie, Lai-own i Daimong siedzieli w zacienionym pokoju wyłożonym ciemnymi panelami i patrzyli na nią zza stołu, który wyglądał jak kawał ulicznego bruku. Oblicze Daimonga było z natury nieodgadnione, ale pozostali również mieli pozbawione wyrazu twarze, jakby wyciosane z tego samego kawałka granitu.

Usłyszała, jak Macnamara staje tuż za nią z prawej strony, i uznała to za pożądane wsparcie. Casimir obszedł ich i stanął przy ścianie.

— Panowie — powiedział i ukłonił się w skomplikowany sposób — pozwólcie, że przedstawię porucznik lady Sulę.

— Jestem Sergius Bakshi — odpowiedział jeden z Terran. Nie przypominał Juliena. Miał owalną twarz, równo przycięte wąsy i okrągłe bezduszne oczy wielkiej drapieżnej ryby. Wskazał na Lai-owna. — To Am Tan-dau, dzięki któremu się spotykamy.

Tan-dau nie wyglądał sympatycznie. Siedział rozwalony w wyściełanym fotelu podtrzymującym jego kilokształtny mostek. Jaskrawe modne ubranie marszczyło się na nim, jakby było włożone na worek piór. Skórę miał matową, błony mrużne do połowy opuszczone. Wyglądał na sto lat, ale ciemne pierzaste włosy po obu stronach głowy świadczyły o tym, że jest jeszcze młody.

— To są moi znajomi, którzy mogliby być zainteresowani pani propozycjami — ciągnął Bakshi. Ruchem głowy wskazał Terranina. — To jest pan Patel.

Patel — młody mężczyzna o błyszczących włosach wijących się nad kołnierzem — nawet nie mrugnął w odpowiedzi, gdy Sula skinęła mu lekko głową.

Daimong nazywał się Sagas. Jego szaro-biała twarz miała charakterystyczny dla Daimongów wyraz ogromnego cierpienia.

Sula wiedziała od Casimira, że te cztery osoby tworzą coś w rodzaju komisji regulującej nielegalną działalność w południowych rejonach miasta Zanshaa. Najbardziej liczył się głos Bakshiego, choćby dlatego, że udało mu się dożyć wieku średniego.

— Panowie — odezwała się Sula tonem parów — pozwólcie, że przedstawię swojego adiutanta, pana Macnamarę.

Cztery pary oczu błyskawicznie spojrzały na niego, po czym znowu wszyscy patrzyli na Sulę. W gardle jej zaschło, ale nie chcąc zdradzić zdenerwowania, nawet nie odchrząknęła.

Bakshi złożył swoje wielkie ciastowate dłonie na stole i przemówił.

— Lady Sula, co możemy dla pani zrobić?

Odpowiedź padła natychmiast.

— Pomóżcie mi zabijać Naksydów.

Wbrew oczekiwaniom Suli, nawet takie żądanie nie wywołało żadnej reakcji z ich strony.

Bakshi cały czas wbijał w nią wzrok.

— Przyjmując czysto teoretycznie, że byłoby to możliwe — powiedział — dlaczego mielibyśmy atakować tak potężne osoby, że nawet Flocie nie udało się ich pokonać?

Sula spojrzała na niego: jeśli chce walki na spojrzenia, będzie ją miał.

— Flota wcale nie skończyła jeszcze z Naksydami — odparła. — Nie wiem, czy ma pan możliwości zweryfikowania tego, ale ja wiem, że również w tej chwili przeprowadza ataki głęboko na terytorium wroga. Flota wyrywa rebelii bebechy, a tymczasem główne siły Naksydów utknęły tu i strzegą stolicy.

Bakshi bardzo nieznacznie wzruszył ramionami.

— Możliwe — zauważył — ale to nie zmienia faktu, że Naksydzi są tutaj.

— Skąd mamy pewność? — spytał niewyraźnie Tan-dau. — Skąd mamy pewność, że nie została przysłana przez Naksydów, by nas sprowokować?

Trudno było orzec, do kogo skierował pytanie, ale Sula postanowiła na nie odpowiedzieć.

— Zabiłam przy Magarii kilka tysięcy Naksydów. Może pan pamięta, że dostałam za to medal. Raczej nie pozwoliliby mi zmienić frontu, nawet gdybym chciała.

— Lady Sula jakoby zginęła — rzucił Tan-dau. Sula lekko się uśmiechnęła.

— Wie pan, jak dokładni są Naksydzi we wszystkich kwestiach.

— Skąd mamy wiedzieć, że ona jest tą prawdziwą… — zaczął Tan-dau i przerwał.

Sula odpowiedziała dopiero wtedy, gdy nabrała pewności, że więcej słów już się nie pojawi.

— Nie możecie wiedzieć. — Wyjęła z kurtki swój identyfikator z Floty. — Proszę sprawdzić mój identyfikator… choć oczywiście Naksydzi mogli go podrobić. Myślę jednak, że zdajecie sobie panowie sprawę… — spojrzała na wszystkich po kolei — że gdyby Naksydzi wybrali was za cel ataku, nie potrzebowaliby mnie. Ogłosiliby stan wyjątkowy, posłali za wami swoich ludzi i nikt już nie zobaczyłby was żywych.

Słuchali tego w ciszy, bez żadnej reakcji.

— Więc po co mamy robić coś, co sprowadzi na nas to wszystko? — odezwał się wreszcie Bakshi.

Sula miała trzy dni, żeby przygotować się do tej rozmowy. Musiała się hamować, by nie wszystko od razu powiedzieć, by zachować spokój i wyłożyć swoje argumenty powoli i z należytym naciskiem.

— Przede wszystkim warto, żebyście byli po stronie zwycięskiej. Już samo to się opłaca. Po drugie, rząd podziemny zamierza przebaczyć i zaproponować amnestię wszystkim, którzy nam pomagają.

Jakby mówiła do ściany. Miała ochotę chodzić w kółko, gestykulować, przemawiać w desperackiej nadziei, że przynajmniej jeden z nich jakoś zareaguje. Ale nakazała sobie spokój, założyła ręce do tyłu i przyjęła postawę wyższości. Musi robić wrażenie osoby władczej i opanowanej. Jeśli okaże słabość, będzie skończona.

— A dlaczego pani sądzi, że potrzebujemy przebaczenia i amnestii? — Sagas odezwał się po raz pierwszy cudownie dźwięczącym głosem.

— Przebaczenie oznacza, że wszelkie dochodzenia, śledztwa skargi i postępowania karne zostaną definitywnie ucięte — wyjaśniła Sula. — Nie tylko w waszych sprawach, również w sprawach waszych przyjaciół, klientów i współpracowników, którzy zechcą pomóc rządowi. Może wam osobiście amnestia nie jest potrzebna, ale przydałaby się niektórym z waszych przyjaciół.

Przesunęła wzrokiem po twarzach mężczyzn; znów nie dostrzegła żadnej reakcji.

1 ... 53 54 55 56 57 58 59 60 61 ... 158
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)