Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Odwieczny Wróg
Odwieczny Wróg - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Odwieczny Wróg

Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:

Wydaje się rzeczą niemożliwą, by wszyscy mieszkańcy spokojnego kalifornijskiego miasteczka zniknęli niemal w jednej sekundzie podczas wykonywania codziennych zajęć. A jednak kiedy pewnego wrześniowego wieczoru Jenny Paige i jej młodsza siostra przyjeżdżają do Snowfield, w tej dopiero co tętniącej życiem miejscowości nie ma nikogo. Właściwie należałoby powiedzieć: nie ma żywego człowieka, bo oprócz nielicznych ludzkich zwłok, na których trudno dopatrzyć się śladów gwałtownej śmierci, jest tu ktoś jeszcze – niewidzialny, mądry i okrutny, rozkoszujący się własną potęgą. Odwieczny wróg ludzkości, pragnący dla niej tylko śmierci i zatracenia…
1 ... 52 53 54 55 56 57 58 59 60 ... 100
Перейти на страницу:

Bliżej.

Gdyby Billy był lękającym się Boga nazarejczykiem lub wymachującym Biblią, grożącym siarką i ogniem piekielnym chrześcijańskim fundamentalistą, wiedziałby, co to za bestia może wydać taki krzyk. Gdyby nauczono go, iż Władca Mroku i jego ulubieńcy stąpają po ziemi w cielesnych kształtach, szukając nierozważnych dusz do pożarcia, natychmiast rozpoznałby bestię. Powiedziałby: To Szatan. Doprawdy, ryk odbijający się po cementowych ścianach tunelu był na to wystarczająco straszny.

I bliski.

Coraz bliższy.

Szybko nadciągał.

Ale Billy był katolikiem. Współczesny katolicyzm zwykł pomijać historie o cuchnących-siarką-czeluściach-piekielnych, podkreślając za to wielką łaskę Boga i Jego nieskończoną dobroć. Ekstremistyczni protestanccy fundamentaliści widzieli rękę diabła we wszystkim; od telewizyjnych programów i powieści Judy Blume do “bardotek". Ale katolicyzm potrącał w spokojniejszą, milszą sercu nutę. Kościół rzymskokatolicki dał teraz światu śpiewające mniszki, Bingo Środowej Nocy i księży w rodzaju Andrew Greeleya. Toteż Billy Velazquez, wychowany na katolika, nie od razu skojarzył nieziemskie zastępy szatańskie z mrożącym krew w żyłach zawołaniem nieznanej bestii – choć przecież tak żywo pamiętał starą historię komiksową o drodze do piekła. Billy tylko wiedział, że rycząca kreatura, która się zbliżała, jest czymś złym. Bardzo złym.

Była blisko. Coraz bliżej.

Ron Peake dotarł do szczebli, ruszył w górę, upuścił latarkę, nie zawrócił po nią.

Peake był zbyt powolny i Billy krzyknął:

– Ruszaj dupę!

Wrzask nieznanej bestii przeszedł w nieziemskie zawodzenie. Wypełniło podziemne kłębowiska kanałów szczelnie jak powódź. Billy nie słyszał nawet własnego krzyku.

Peake dotarł do połowy drabiny. Teraz za nim było dość miejsca dla drugiego. Billy mógł zacząć wspinaczkę. Położył rękę na szczeblu.

Stopa Peake'a omsknęła się. Spadł o jeden szczebel.

Upiorny lament rósł.

Bliżej, bliżej.

Leżąca na dnie latarka Peake'a była skierowana na tunel Skyline, ale Billy nie odwracał się. Patrzył tylko w górę, w słońce. Jeśli się obejrzy, zobaczy coś potwornego, siły go opuszczą i ono wykończy go, na Boga, wykończy!

Peake ruszył znowu w górę. Tym razem utrzymał nogę na szczeblu.

Betonowy tunel przenosił wibracje. Billy czuł je przez podeszwy butów. Wibracje od ciężkich, szurających, ale szybkich jak błyskawice kroków.

Nie patrz, nie patrz!

Billy złapał za boczne poręcze i zaciskając mocno dłonie ruszył szybko, dużo szybciej niż Peake. Jeden szczebel, dwa, trzy.

Na górze Peake minął właz i znalazł się na ulicy.

Kiedy otwór się odsłonił, promienie jesiennego światła chlusnęły na Billy'ego Velazqueza i było w nich coś ze światła przebijającego kościelne okno. Nadzieja?

Minął połowę szczebli.

Uda się, uda się, na pewno się uda, powtarzał sobie w myślach.

Ale ono drze się i wyje! Jezu! Jakbym wpadł w cyklon.

Jeszcze jeden szczebel.

I jeszcze jeden.

Strój ochronny ciążył jak nigdy. Ważył tonę. Jak zbroja. Ściągał w dół.

Znalazł się prawie u wylotu tunelu. Spojrzał z tęsknotą na światło i twarze pochylone w dół, do niego. Nie przestawał się podciągać.

Uda się.

Głowa już ponad włazem.

Ktoś schylił się, podał mu rękę. Sam Copperfield.

Krzyki za Billym ustały.

Wszedł na kolejny szczebel, jedną rękę wyciągnął do generała…

…ale coś ujęło go za nogi, zanim złapał dłoń Copperfielda.

– Nie!

Coś złapało go, ściągnęło ze szczebli, oderwało w tył. Krzycząc (dziwne, słyszał, jak przyzywa matkę!) Billy spadał, rozbił hełm o ścianę tunelu, o szczebel; ogłuszyło go, rozbił sobie łokcie i kolana. Rozpaczliwie próbował chwycić się szczebla, ale nadaremnie. W końcu spadł w potężne objęcia tego niewysłowionego czegoś, co zaczęło go wlec w tył, do kanału pod Skyline Road.

Wykręcał się, kopał, tłukł pięściami – bez skutku. Znalazł się w żelaznym uścisku, wleczony coraz głębiej w kanały.

W odbiciu światła z włazu, a potem w szybko słabnącym promieniu latarki Peake'a, Billy zobaczył trochę stworzenia trzymającego go w uścisku. Nie za dużo. Zaledwie części wyłaniające się z ciemności, znikające w ciemności. Dość, żeby zwieracz i pęcherz żołnierza puściły. Było gadzie. Ale nie było gadem. Owadzie. Ale nie było owadem. Syczało, skomlało i warczało. Szarpało, rwało za strój ochronny, nie przestając ciągnąć Billy'ego. Przepastne szczęki. Zęby. Jezusmaria, Józefie święty – zęby! Podwójny szereg szpikulców ostrych jak brzytwa. Szpony, ogromne szpony. Oczy koloru przyćmionej czerwieni, podłużne źrenice, czarne jak dno grobu. Zamiast skóry, łuski, dwa rogi wyrastające z czoła nad złowrogimi oczami, zagięte do góry, ostre jak sztylety. Nie nos, lecz ryj, ryj kapiący śluzem. Rozdwojony język, biegający po śmiercionośnych kłach i coś, co wyglądało jak żądło osy – a może szczypce.

Wlokło Billy'ego Velazqueza w kanał Skyline. Billy wpijał paznokcie w beton, rozpaczliwie starając się czegoś złapać, ale udało mu się jedynie poranić palce i zerwać wewnętrzną stronę rękawic. Poczuł na dłoniach zimny, podziemny wiew. Pomyślał, że teraz może ulec skażeniu, ale to było najmniejsze zmartwienie.

Wlokło go w walące młotem serce ciemności. Zatrzymało się, nie rozluźniając uścisku. Rwało strój. Tłukło w hełm. Szperało przy osłonie twarzy. Dobrało się do żołnierza jak do smakowitego kawałka orzecha w twardej skorupie.

Billy z najwyższym trudem zachowywał resztki zdrowego rozsądku. Ale walczył o trzeźwość umysłu, chciał zrozumieć. Z początku ono wydało mu się czymś sprzed milionów lat, prehistoryczną kreaturą, która przez szczelinę w czasie wpadła do kanałów. Ale to szaleństwo! Czuł, jak rośnie w nim srebrzysty, piskliwy, obłąkańczy śmieszek, i wiedział, że zginie, jeśli pozwoli mu się wydobyć z gardła. Bestia rozerwała już prawie cały strój ochronny. Dotykała go teraz bezpośrednio, dociskała mocno zimnym i obrzydliwie śliskim językiem, który pulsował, jakoś zmieniał się, dotykając Billy'ego. Billy, łapiąc powietrze, łkając, przypomniał sobie nagle ilustrację ze starego katechizmu. Tak, dokładnie to samo na niej było. Rogi. Czarny, rozdwojony język. Czerwone ślepia. Demon rodem z piekła. A potem pomyślał: nie, nie, to też szaleństwo! A kiedy te myśli przelatywały mu przez głowę, drapieżny stwór rozebrał go i kompletnie rozdarł hełm. W nieprzeniknionej ciemności Billy poczuł ryj przeciskający się do twarzy między połówkami zniszczonego hełmu. Węszyło. Billy poczuł, jak język trzepocze o jego usta i nos. Poczuł niewyraźny, choć obrzydliwy smród, nie przypominający żadnej znanej woni. Bestia dłubała ryjem przy jego brzuchu i udach. Poczuł dziwny, brutalny, przeszywający płomień: płomień płynnego kwasu. Billy wił się, wykręcał, kopał, szarpał wszystko na próżno. Usłyszał swój własny krzyk. Krzyk grozy, bólu, kompletnego zamętu: To diabeł! To diabeł! Zrozumiał, że wydzierał się tak i krzyczał rozmaite rzeczy prawie nieprzerwanie, od momentu kiedy został ściągnięty ze szczebli. A teraz, niezdolny już do krzyku, bo płomień bez ognia spopielał mu płuca i kłębił się w gardle, Billy modlił się cichym śpiewnym zawodzeniem, odpędzając strach, śmierć i straszliwe poczucie, które go ogarnęło: poczucie własnej małości i bezbronności: Zdrowaś Mario, Matko Boża, Mario, wysłuchaj mnie… wysłuchaj, Mario, módl się za mnie… módl, módl się za mnie, Mario, Matko Boża, wstaw się za mnie i…

Otrzymał odpowiedź na swoje pytanie.

Wiedział już, co spotkało sierżanta Harkera.

1 ... 52 53 54 55 56 57 58 59 60 ... 100
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)