Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 53 54 55 56 57 58 59 60 61 ... 173
Перейти на страницу:

– Hm, cały świat pe­łen Me­ekhań­czy­ków? Jed­ne pra­wa i oby­cza­je, jed­na re­li­gia. Na­praw­dę tego byś chcia­ła?

– Wiesz, że nie o to mi cho­dzi, Pierw­szy. Py­tam, czy to źle, że ktoś szu­ka wła­snej dro­gi? In­nej niż dro­ga oj­ców i dzia­dów.

– No – wtrą­ci­ła Nee’wa – i mat­ków, i bab­ków, do­daj jesz­cze. Ga­da­cie, jak­by­ście z ry­dwa­nu wy­pa­dli, a wszyst­ko, jak zwy­kle, przez dziew­czy­nę. Cór­kę mły­na­rza z Lew­wen. Eso’bar jeź­dzi do niej od roku... No, co? Co mnie trą­casz, Pierw­sza? Wiel­ka mi ta­jem­ni­ca! Dziew­czy­na jest Me­ekhan­ką, jak Ka­ile­an, ja­sne wło­sy, nie­bie­skie ślep­ka. Zba­ła­mu­ci­ła go, i tyle. Te­raz po mąkę jeź­dził­by co trzy dni i żrą się o to z oj­cem co chwi­lę. I wła­śnie dla niej Trze­ci był­by go­tów wsko­czyć na sio­dło, za­ło­żę się, o co chce­cie.

Ka­ile­an pierw­szy raz o tym sły­sza­ła, a są­dząc ze spoj­rzeń, ja­kim ob­rzu­ci­li Nee’wę po­zo­sta­li, dla resz­ty też była to no­wi­na. Może z wy­jąt­kiem Ana’we, któ­ra wbi­ja­ła w sio­strę wście­kłe spoj­rze­nie.

– Już ni­g­dy wię­cej nic ci nie po­wiem.

– Nie po­wiem, nie po­wiem. Trzy­ma­ła­byś ję­zyk za zę­ba­mi, a oni by się tu za­raz no­ża­mi cię­li. Niech Pierw­szy przy­wie­zie z Man­del­len ja­kąś ślicz­not­kę, a Eso’bar raz-dwa wró­ci do ro­dzi­ny. Dziew­czy­ny są tam chy­ba ład­ne, co Der?

– Nie wiem. Ale w po­rów­na­niu z tobą, Dru­ga, na pew­no mają krót­sze ję­zy­ki.

Nee’wa po­sła­ła mu dwa krót­kie ge­sty w niż­szej mo­wie. „Głu­piec” i „tępy wół”. Uśmiech­nął się i rzu­cił w av’ana­ho:

– Py­ska­ta koza – z ge­stem ozna­cza­ją­cym „ulu­bio­na”.

Fuk­nę­ła i de­mon­stra­cyj­nie od­wró­ci­ła się ple­ca­mi. Ka­ile­an tyl­ko się uśmiech­nę­ła. Nee’wa koń­czy­ła w tym roku czter­na­ście lat i więk­szość jej my­śli krą­ży­ła wo­kół chłop­ców, dziew­czyn i kon­tak­tów mię­dzy nimi, a po­nie­waż z Wo­za­ków wo­kół mia­ła tyl­ko bra­ci, za­czy­na­ło się to ro­bić iry­tu­ją­ce. Ale może dzię­ki temu tra­fi­ła w sed­no. Może o to cho­dzi­ło – Eso’bar za­du­rzył się nie­zbyt mą­drze i sta­rał się przy­po­do­bać wy­bran­ce i jej ro­dzi­nie. Na prze­szko­dzie ta­kie­mu związ­ko­wi nie sta­wa­ły­by ma­jąt­ki ro­dzin, ale po­cho­dze­nie. Nie­wie­lu ro­do­wi­tych miesz­kań­ców Im­pe­rium zde­cy­do­wa­ło­by się wy­dać cór­kę za Ver­dan­no. Ale je­śli­by to do­brze ro­ze­grać... Przez chwi­lę roz­wa­ża­ła, jak­by to było wpro­wa­dzić do ro­dzi­ny jesz­cze jed­ną Me­ekhan­kę.

Fen’do­ryn zaj­rzał na­gle do wnę­trza wozu.

– Co­ście zro­bi­li Trze­cie­mu? Wpadł do kuch­ni z taką miną, że czym prę­dzej się stam­tąd wy­nie­śli­śmy.

– Jak zwy­kle – mruk­nę­ła od­wró­co­na ple­ca­mi Nee’wa – kłó­cą się o byle co, a po­tem je­den war­czy, a dru­gi idzie się wy­pła­kać mat­ce.

– Twój kha-dar tu jest. – Gen’do­ryn po­ja­wił się w drzwiach i spoj­rzał na Ka­ile­an. – Z oj­cem roz­ma­wia. W kuź­ni.

Wy­mie­ni­li z Pierw­szym za­sko­czo­ne spoj­rze­nia. La­skol­nyk rzad­ko od­wie­dzał ko­wa­la, sama nie wie­dzia­ła dla­cze­go, więc je­śli wy­brał się tu, za­miast po­pi­jać zim­ne piwo, spra­wa mu­sia­ła być po­waż­na. Der’eko zmarsz­czył brwi, po­ru­szył ra­mio­na­mi.

– Wiesz coś o tym, Ka­ile­an?

– Pierw­sze sły­szę. W ogó­le mi nie wspo­mi­nał, że za­mie­rza się tu wy­brać.

– Chcesz się do­wie­dzieć, po co przy­szedł?

– Mia­ła­bym pod­słu­chi­wać wła­sne­go kha-dara? – Zro­bi­ła obu­rzo­ną minę i za­raz uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko. – Z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią.

– Resz­ta tu zo­sta­je – za­de­cy­do­wał. – Jak się cała ro­dzi­na za­cznie tło­czyć pod ścia­ną, to na pew­no się zo­rien­tu­ją. Od wscho­du czy od po­łu­dnia?

– Od po­łu­dnia. Wej­ście jest na­prze­ciw, bę­dzie le­piej wi­dać.

– Do­brze.

* * *

Ple­cio­ne z wi­kli­ny ścia­ny kuź­ni mia­ły za­pew­nić prze­pływ po­wie­trza, ale też wy­star­czy­ło roz­chy­lić lek­ko kil­ka ga­łą­zek, żeby móc zaj­rzeć do środ­ka. La­skol­nyk ubrał się jak na zwy­kłą wi­zy­tę. Ko­szu­la, spodnie, pas. Na­wet mie­cza nie za­brał. Ka­ile­an też cho­dzi­ła bez sza­bli. Było za go­rą­co, żeby ta­skać ze sobą że­la­zo, a zresz­tą Li­th­rew to Li­th­rew. Dom i tyle.

Męż­czy­zna sta­nął te­raz przy du­żym ko­wa­dle i za­my­ślo­ny, pa­trzył na ze­staw na­rzę­dzi le­żą­cych obok. Wziął wresz­cie mały mło­tek i za­czął z bli­ska oglą­dać jego głów­kę. And’ewers za­ję­ty był roz­grze­by­wa­niem wy­sty­głych już po­pio­łów pa­le­ni­ska. Od­wró­co­ny ty­łem do kha-dara, wy­glą­dał na cał­ko­wi­cie po­chło­nię­te­go tą czyn­no­ścią.

– Ju­tro – mruk­nął wresz­cie. – Do­pie­ro roz­ła­do­wa­łem wóz ze sta­lą. Zresz­tą dziś mam w domu Pierw­sze­go, to nie jest do­bry czas na taką ro­bo­tę.

– Wiem. – La­skol­nyk w za­my­śle­niu stuk­nął ma­łym młot­kiem w ko­wa­dło. – Wi­dzia­łem ry­dwan.

Tyl­ko tyle, a ko­wal jak­by ska­mie­niał, na­piął mię­śnie przed­ra­mion, że­la­zny hak za­zgrzy­tał o ruszt pa­le­ni­ska.

– To nic nie zna­czy – po­wie­dział po krót­kim mil­cze­niu. – Wie­lu mło­dych jeź­dzi te­raz w ten spo­sób. Ry­dwan jest szyb­szy niż wóz i nie po­trze­bu­je po­zwo­le­nia.

– Tak. Choć z tego, co wiem, wóz han­dlo­wy też nie po­trze­bu­je po­zwo­le­nia.

– Ale jest po­wol­ny. Wóz bę­dzie się to­czył cały dzień, a ry­dwan do­je­dzie w dwie-trzy go­dzi­ny i koń na­wet się nie zgrze­je. Tyl­ko o to cho­dzi.

Mło­tek ude­rzył o ko­wa­dło, głów­ka pod­sko­czy­ła i za­raz znów opa­dła, wy­ko­nu­jąc se­rię co­raz szyb­szych ude­rzeń, wy­peł­nia­ją­cych kuź­nię śpiew­nym dźwię­kiem. La­skol­nyk wy­da­wał się nie­mal za­hip­no­ty­zo­wa­ny, bo ani na mo­ment nie ode­rwał wzro­ku od na­rzę­dzia.

– Cena że­la­za i sta­li sko­czy­ła – mruk­nął wresz­cie. – I to bar­dzo.

– I komu to mó­wisz, ge­ne­ra­le? To tak jak­byś mu­ra­rzo­wi chciał oznaj­mić naj­now­sze wie­ści o ce­nie ce­gieł albo wap­na. Wiem, jak po­dro­ża­ło że­la­zo.

– A jak po­szły w górę dę­bo­we de­ski? I wo­ło­we skó­ry? I owies? I cię­ci­wy do łu­ków i kusz? I gro­ty strzał, beł­tów i oszcze­pów?

– Gdy­by że­la­zo po­dro­ża­ło, a gro­ty po­szły w dół, mie­li­by­śmy o czym ga­dać. To by­ło­by dzi­wacz­ne i nie­zro­zu­mia­le, zja­wi­sko, nad któ­rym gło­wi­li­by się moż­ni i kup­cy. Ale tak? Co w tym dziw­ne­go?

And’ewers za­koń­czył grze­ba­nie w pa­le­ni­sku i za­jął się prze­glą­dem wi­szą­cych obok na­rzę­dzi. Na­dal nie od­wra­cał się do go­ścia. Przy­cup­nię­ta pod ścia­ną Ka­ile­an mia­ła tyl­ko na­dzie­ję, że cień pa­da­ją­cy z sze­ro­kie­go da­chu do­sta­tecz­nie kry­je za­rys jej syl­wet­ki. Niby nic ta­kie­go się nie dzia­ło, ko­wal i kha-dar to­czy­li ba­nal­ną roz­mo­wę o ce­nach tego i owe­go. Mimo wszyst­ko coś jej mó­wi­ło, że je­śli ich od­kry­ją, La­skol­nyk bę­dzie bar­dzo nie­za­do­wo­lo­ny. Der’eko klę­czał obok, nie­mal przy­kle­jo­ny do ścia­ny.

– Dąb, so­sna, je­sion, lipa, cedr. Ni­g­dy jesz­cze tyle drew­na nie je­cha­ło przez Ste­py. To nie są po­je­dyn­cze ka­ra­wa­ny, ale całe cią­gi ka­ra­wan. Z za­chod­nich i pół­noc­nych pro­win­cji przy­jeż­dża­ją tu wozy wy­ła­do­wa­ne róż­ny­mi ga­tun­ka­mi drew­na i wy­ob­raź so­bie, przy­ja­cie­lu, cena wciąż idzie w górę. – La­skol­nyk skoń­czył za­ba­wę młot­kiem i się­gnął po cięż­kie szczyp­ce.

1 ... 53 54 55 56 57 58 59 60 61 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)