Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
– Hm, cały świat pełen Meekhańczyków? Jedne prawa i obyczaje, jedna religia. Naprawdę tego byś chciała?
– Wiesz, że nie o to mi chodzi, Pierwszy. Pytam, czy to źle, że ktoś szuka własnej drogi? Innej niż droga ojców i dziadów.
– No – wtrąciła Nee’wa – i matków, i babków, dodaj jeszcze. Gadacie, jakbyście z rydwanu wypadli, a wszystko, jak zwykle, przez dziewczynę. Córkę młynarza z Lewwen. Eso’bar jeździ do niej od roku... No, co? Co mnie trącasz, Pierwsza? Wielka mi tajemnica! Dziewczyna jest Meekhanką, jak Kailean, jasne włosy, niebieskie ślepka. Zbałamuciła go, i tyle. Teraz po mąkę jeździłby co trzy dni i żrą się o to z ojcem co chwilę. I właśnie dla niej Trzeci byłby gotów wskoczyć na siodło, założę się, o co chcecie.
Kailean pierwszy raz o tym słyszała, a sądząc ze spojrzeń, jakim obrzucili Nee’wę pozostali, dla reszty też była to nowina. Może z wyjątkiem Ana’we, która wbijała w siostrę wściekłe spojrzenie.
– Już nigdy więcej nic ci nie powiem.
– Nie powiem, nie powiem. Trzymałabyś język za zębami, a oni by się tu zaraz nożami cięli. Niech Pierwszy przywiezie z Mandellen jakąś ślicznotkę, a Eso’bar raz-dwa wróci do rodziny. Dziewczyny są tam chyba ładne, co Der?
– Nie wiem. Ale w porównaniu z tobą, Druga, na pewno mają krótsze języki.
Nee’wa posłała mu dwa krótkie gesty w niższej mowie. „Głupiec” i „tępy wół”. Uśmiechnął się i rzucił w av’anaho:
– Pyskata koza – z gestem oznaczającym „ulubiona”.
Fuknęła i demonstracyjnie odwróciła się plecami. Kailean tylko się uśmiechnęła. Nee’wa kończyła w tym roku czternaście lat i większość jej myśli krążyła wokół chłopców, dziewczyn i kontaktów między nimi, a ponieważ z Wozaków wokół miała tylko braci, zaczynało się to robić irytujące. Ale może dzięki temu trafiła w sedno. Może o to chodziło – Eso’bar zadurzył się niezbyt mądrze i starał się przypodobać wybrance i jej rodzinie. Na przeszkodzie takiemu związkowi nie stawałyby majątki rodzin, ale pochodzenie. Niewielu rodowitych mieszkańców Imperium zdecydowałoby się wydać córkę za Verdanno. Ale jeśliby to dobrze rozegrać... Przez chwilę rozważała, jakby to było wprowadzić do rodziny jeszcze jedną Meekhankę.
Fen’doryn zajrzał nagle do wnętrza wozu.
– Coście zrobili Trzeciemu? Wpadł do kuchni z taką miną, że czym prędzej się stamtąd wynieśliśmy.
– Jak zwykle – mruknęła odwrócona plecami Nee’wa – kłócą się o byle co, a potem jeden warczy, a drugi idzie się wypłakać matce.
– Twój kha-dar tu jest. – Gen’doryn pojawił się w drzwiach i spojrzał na Kailean. – Z ojcem rozmawia. W kuźni.
Wymienili z Pierwszym zaskoczone spojrzenia. Laskolnyk rzadko odwiedzał kowala, sama nie wiedziała dlaczego, więc jeśli wybrał się tu, zamiast popijać zimne piwo, sprawa musiała być poważna. Der’eko zmarszczył brwi, poruszył ramionami.
– Wiesz coś o tym, Kailean?
– Pierwsze słyszę. W ogóle mi nie wspominał, że zamierza się tu wybrać.
– Chcesz się dowiedzieć, po co przyszedł?
– Miałabym podsłuchiwać własnego kha-dara? – Zrobiła oburzoną minę i zaraz uśmiechnęła się szeroko. – Z największą przyjemnością.
– Reszta tu zostaje – zadecydował. – Jak się cała rodzina zacznie tłoczyć pod ścianą, to na pewno się zorientują. Od wschodu czy od południa?
– Od południa. Wejście jest naprzeciw, będzie lepiej widać.
– Dobrze.
* * *
Plecione z wikliny ściany kuźni miały zapewnić przepływ powietrza, ale też wystarczyło rozchylić lekko kilka gałązek, żeby móc zajrzeć do środka. Laskolnyk ubrał się jak na zwykłą wizytę. Koszula, spodnie, pas. Nawet miecza nie zabrał. Kailean też chodziła bez szabli. Było za gorąco, żeby taskać ze sobą żelazo, a zresztą Lithrew to Lithrew. Dom i tyle.
Mężczyzna stanął teraz przy dużym kowadle i zamyślony, patrzył na zestaw narzędzi leżących obok. Wziął wreszcie mały młotek i zaczął z bliska oglądać jego główkę. And’ewers zajęty był rozgrzebywaniem wystygłych już popiołów paleniska. Odwrócony tyłem do kha-dara, wyglądał na całkowicie pochłoniętego tą czynnością.
– Jutro – mruknął wreszcie. – Dopiero rozładowałem wóz ze stalą. Zresztą dziś mam w domu Pierwszego, to nie jest dobry czas na taką robotę.
– Wiem. – Laskolnyk w zamyśleniu stuknął małym młotkiem w kowadło. – Widziałem rydwan.
Tylko tyle, a kowal jakby skamieniał, napiął mięśnie przedramion, żelazny hak zazgrzytał o ruszt paleniska.
– To nic nie znaczy – powiedział po krótkim milczeniu. – Wielu młodych jeździ teraz w ten sposób. Rydwan jest szybszy niż wóz i nie potrzebuje pozwolenia.
– Tak. Choć z tego, co wiem, wóz handlowy też nie potrzebuje pozwolenia.
– Ale jest powolny. Wóz będzie się toczył cały dzień, a rydwan dojedzie w dwie-trzy godziny i koń nawet się nie zgrzeje. Tylko o to chodzi.
Młotek uderzył o kowadło, główka podskoczyła i zaraz znów opadła, wykonując serię coraz szybszych uderzeń, wypełniających kuźnię śpiewnym dźwiękiem. Laskolnyk wydawał się niemal zahipnotyzowany, bo ani na moment nie oderwał wzroku od narzędzia.
– Cena żelaza i stali skoczyła – mruknął wreszcie. – I to bardzo.
– I komu to mówisz, generale? To tak jakbyś murarzowi chciał oznajmić najnowsze wieści o cenie cegieł albo wapna. Wiem, jak podrożało żelazo.
– A jak poszły w górę dębowe deski? I wołowe skóry? I owies? I cięciwy do łuków i kusz? I groty strzał, bełtów i oszczepów?
– Gdyby żelazo podrożało, a groty poszły w dół, mielibyśmy o czym gadać. To byłoby dziwaczne i niezrozumiale, zjawisko, nad którym głowiliby się możni i kupcy. Ale tak? Co w tym dziwnego?
And’ewers zakończył grzebanie w palenisku i zajął się przeglądem wiszących obok narzędzi. Nadal nie odwracał się do gościa. Przycupnięta pod ścianą Kailean miała tylko nadzieję, że cień padający z szerokiego dachu dostatecznie kryje zarys jej sylwetki. Niby nic takiego się nie działo, kowal i kha-dar toczyli banalną rozmowę o cenach tego i owego. Mimo wszystko coś jej mówiło, że jeśli ich odkryją, Laskolnyk będzie bardzo niezadowolony. Der’eko klęczał obok, niemal przyklejony do ściany.
– Dąb, sosna, jesion, lipa, cedr. Nigdy jeszcze tyle drewna nie jechało przez Stepy. To nie są pojedyncze karawany, ale całe ciągi karawan. Z zachodnich i północnych prowincji przyjeżdżają tu wozy wyładowane różnymi gatunkami drewna i wyobraź sobie, przyjacielu, cena wciąż idzie w górę. – Laskolnyk skończył zabawę młotkiem i sięgnął po ciężkie szczypce.