Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
– Nic, nic. Nie ty jeden odszedłeś od praw karawany.
Uniesienie brwi Eso’bara było równie lekceważące.
– Prawa czegoś, czego nie ma? Prawa, które zaprowadziły nas tutaj? Dziwne, kłaniacie się im, niemal czcicie, a jednocześnie narzekacie na sytuację, w jakiej się przez nie znaleźliście.
Eso’bar naprawdę mówił w meekhu najlepiej z całej rodziny. Potrafił być w nim niemal tak obraźliwy, jak brat.
– Wy? Dziwne, jeszcze niedawno mówiłeś „my”.
– Och, nadal mówię „my”. – Trzeci zatoczył ręką koło. – My, nasza rodzina, nasze konie, nasz dom. A ty, bracie, kogo masz na myśli, kiedy mówisz „my”?
– Nas. Wszystkich urodzonych na wozie, wszystkich wygnańców.
– Och, świetnie. Ale ja nie urodziłem się na wozie, tylko – poklepał ręką ścianę – w domu bez kół. Tak samo jak ty. Jak my wszyscy.
Der’eko uśmiechnął się ironicznie.
– Wiesz, braciszku, to tylko takie określenie. Dla Verdanno, którzy nie zapomnieli, skąd pochodzą.
– Albo wyroili sobie jakieś mrzonki.
Kailean wodziła wzrokiem od jednego do drugiego. Byli Verdanno, żaden nie wyparłby się swojej krwi, lecz jednocześnie całkowicie się różnili. Młodszy zachwycał odziedziczoną po matce urodą, delikatnymi rysami i kocią gibkością, starszy budził respekt wzrostem i szerokimi barkami; przypominał And’ewersa z czasów młodości. Ale o wiele skuteczniej bracia podkreślali odmienność ubiorem. Eso’bar nosił się jak mieszkaniec pogranicza, Der’eko odwoływał się do swoich korzeni każdym szczegółem stroju. Skórzane spodnie, szeroki pas, skórzana kamizelka wyszywana w motyw pędzących koni, na nadgarstkach bransolety z polerowanego rogu, warkocz starannie spleciony i nasmarowany tłuszczem. Buty na miękkiej podeszwie. Swój kavayo nosił zgodnie z tradycją na plecach, na wysokości krzyża, z rękojeścią skierowaną w bok. Kailean mogła się założyć, że nawet pół wieku temu Verdanno nie ubierali się tak po wozacku, jak on teraz. Nie mówiąc o tym, że w tej całej skórze musiało mu być strasznie gorąco.
– Jedni marzą, żeby znów być sobą, inni, żeby zostać kimś innym, Eso’barze. To tak, jakby ogier próbował zostać wołem. Powodzenia.
– Ech, błagam cię, Pierwszy, nie sil mi się tu na niezgrabne porównania. To nie ja porzuciłem rodzinę dla jakichś mrzonek. Bywam w miastach, widuję to i owo. Te wozy ustawione jak karawana rozłożona w obóz, te uliczki między nimi, te stada koni, które pasą się wokół. Kto żyje marzeniami? Po co wokół miast te tabuny, skoro konie można zaprząc do wozów raz na kilka lat, a i tak mało kto korzysta z tego prawa? Po co robi się w miastach rydwany, takie, jakim zajechałeś dziś do domu? – Eso’bar oparł się o framugę i uśmiechnął złośliwie. – Te, co to krzyczą wprost, że są wozami bojowymi, mają miejsce na woźnicę i łucznika, uchwyty na kołczany i oszczepy, i możliwość opancerzenia burt. Mrzonki, braciszku, mrzonki i marzenia małych dzieci. A może inaczej, mrzonki i marzenia starców, którymi zaraziły się małe dzieci. Zamierzacie znów posłać rydwany przeciw kawalerii? Koła przeciw kopytom? Byle dziura w ziemi, nad którą koń przeskoczy, zatrzyma najlepszy wóz. Najsilniejsza para koni, ciągnąc rydwan, nie pobiegnie tak szybko, jak chorowita chabeta z jeźdźcem na grzbiecie. Ciągle o tym zapominacie?
– A jednak w czasie podboju Se-kohlandczycy nieraz przegrywali z naszymi woźnicami.
– Tak, słyszałem. Nie tylko od ojca. Bitwa pod Gewy’lo i Anmadereth. Cztery tysiące rydwanów przeciw sześciu tysiącom konnych. Tylko że każdy ci powie, że myśmy tych bitew nie wygrali, lecz po prostu zmusiliśmy koczowników do ucieczki, bo gdy zrozumieli, że nas nie złamią, wycofali się. A rydwany nie mogły ich ścigać i rozbić. Takie nasze małe zwycięstwa...
– Teraz mówisz „my”?
Eso’bar założył ręce na piersi.
– Nie obrazisz mnie tym, Der. Widzę, jak przyjeżdżasz tu od czasu do czasu, wielki pan z miasta na pięknym rydwanie, i czarujesz resztę. Widzę, co się dzieje z Det’monem i Mer’danarem – uniósł dłoń – nie odzywajcie się, młodzi, gdy starszy brat mówi. Widzę, co chodzi po głowach bliźniakom, gdy wykuwają swoje kavayo. Nosisz symbol?
– Jaki symbol?
– Dobrze wiesz jaki. Mówiłem ci już, jeżdżę po okolicy, wstępuję też do obozów. Coraz częściej widuję smarkaczy noszących na szyi ośmioszprychowe koło. Szaleją wokół miast na rydwanach, udają, że walczą z konnicą, śnią na jawie o wojennej chwale. Ale my, Wozacy Verdanno, spętani głupim zwyczajem, zawsze będziemy przegrywać swoje wojny, bo czasy małych narodów się skończyły. Meekhańczycy, Se-kohlandczycy, pewnie jeszcze inni odkryli to już dawno, braciszku: nastał czas imperiów, wielkich, silnych i potężnych. Nasza wyżyna i tak za długo była na uboczu. Inni już dawno odkryli prawdę, której wy nie dostrzegacie.
Zapadła cisza. Pierwszy zwlekał z zadaniem oczywistego pytania. Zamiast tego stanął w lekkim rozkroku, przechylił głowę, zmierzył brata wzrokiem.
– Jaką? Jakąż to prawdą walnie nas po oczach mój młodszy brat?
– Że z siodła widać więcej niż zza końskiego zadu. – Eso’bar odwrócił się na pięcie i wyszedł.
Na dłuższą chwilę zapadła cisza.
– Zawsze tak jest. – Key’la poruszyła się niecierpliwie. – Zawsze się kłócicie, a potem Trzeci ucieka. Ostatnio też tak było. Tak samo jak z ojcem. Wrzeszczą na siebie i syczą niczym dwa zdziczałe koty, a potem jeden wali w kuźni młotem jak wściekły, a drugi znika gdzieś na cały dzień.
– Mówiłem ojcu, niech przyjedzie z rodziną do Mandellen, tam, w obozie, między swoimi, Eso’bar szybko zapomni o tych głupotach. Tutaj... – Pierwszy pokręcił głową i co Kailean trochę zaskoczyło, wyglądał na naprawdę zmartwionego. – Tu prędzej czy później złamie Obietnicę.
Mówił teraz w anaho, ale i tak nie potrzebował dodatkowych gestów. Dla Verdanno istniała tylko jedna Obietnica. Ta, którą złożyli Laal Szarowłosej. Że nigdy nie będą jeździć na końskim grzbiecie.
– A w obozach to się nie zdarza? – wtrąciła. – Nigdy?
– Zdarza, kuzynko, zdarza. Niektórym ciasno w rodzinnych wozach, myślą o zasadzeniu domu w ziemi, są też tacy, którym nie w smak bycie gościem, więc chcą stać się Meekhańczykami.
– Czy to źle?