Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 52 53 54 55 56 57 58 59 60 ... 173
Перейти на страницу:

– Nic, nic. Nie ty je­den od­sze­dłeś od praw ka­ra­wa­ny.

Unie­sie­nie brwi Eso’bara było rów­nie lek­ce­wa­żą­ce.

– Pra­wa cze­goś, cze­go nie ma? Pra­wa, któ­re za­pro­wa­dzi­ły nas tu­taj? Dziw­ne, kła­nia­cie się im, nie­mal czci­cie, a jed­no­cze­śnie na­rze­ka­cie na sy­tu­ację, w ja­kiej się przez nie zna­leź­li­ście.

Eso’bar na­praw­dę mó­wił w me­ekhu naj­le­piej z ca­łej ro­dzi­ny. Po­tra­fił być w nim nie­mal tak ob­raź­li­wy, jak brat.

– Wy? Dziw­ne, jesz­cze nie­daw­no mó­wi­łeś „my”.

– Och, na­dal mó­wię „my”. – Trze­ci za­to­czył ręką koło. – My, na­sza ro­dzi­na, na­sze ko­nie, nasz dom. A ty, bra­cie, kogo masz na my­śli, kie­dy mó­wisz „my”?

– Nas. Wszyst­kich uro­dzo­nych na wo­zie, wszyst­kich wy­gnań­ców.

– Och, świet­nie. Ale ja nie uro­dzi­łem się na wo­zie, tyl­ko – po­kle­pał ręką ścia­nę – w domu bez kół. Tak samo jak ty. Jak my wszy­scy.

Der’eko uśmiech­nął się iro­nicz­nie.

– Wiesz, bra­cisz­ku, to tyl­ko ta­kie okre­śle­nie. Dla Ver­dan­no, któ­rzy nie za­po­mnie­li, skąd po­cho­dzą.

– Albo wy­ro­ili so­bie ja­kieś mrzon­ki.

Ka­ile­an wo­dzi­ła wzro­kiem od jed­ne­go do dru­gie­go. Byli Ver­dan­no, ża­den nie wy­parł­by się swo­jej krwi, lecz jed­no­cze­śnie cał­ko­wi­cie się róż­ni­li. Młod­szy za­chwy­cał odzie­dzi­czo­ną po mat­ce uro­dą, de­li­kat­ny­mi ry­sa­mi i ko­cią gib­ko­ścią, star­szy bu­dził re­spekt wzro­stem i sze­ro­ki­mi bar­ka­mi; przy­po­mi­nał And’ewer­sa z cza­sów mło­do­ści. Ale o wie­le sku­tecz­niej bra­cia pod­kre­śla­li od­mien­ność ubio­rem. Eso’bar no­sił się jak miesz­ka­niec po­gra­ni­cza, Der’eko od­wo­ły­wał się do swo­ich ko­rze­ni każ­dym szcze­gó­łem stro­ju. Skó­rza­ne spodnie, sze­ro­ki pas, skó­rza­na ka­mi­zel­ka wy­szy­wa­na w mo­tyw pę­dzą­cych koni, na nad­garst­kach bran­so­le­ty z po­le­ro­wa­ne­go rogu, war­kocz sta­ran­nie sple­cio­ny i na­sma­ro­wa­ny tłusz­czem. Buty na mięk­kiej po­de­szwie. Swój ka­vayo no­sił zgod­nie z tra­dy­cją na ple­cach, na wy­so­ko­ści krzy­ża, z rę­ko­je­ścią skie­ro­wa­ną w bok. Ka­ile­an mo­gła się za­ło­żyć, że na­wet pół wie­ku temu Ver­dan­no nie ubie­ra­li się tak po wo­zac­ku, jak on te­raz. Nie mó­wiąc o tym, że w tej ca­łej skó­rze mu­sia­ło mu być strasz­nie go­rą­co.

– Jed­ni ma­rzą, żeby znów być sobą, inni, żeby zo­stać kimś in­nym, Eso’ba­rze. To tak, jak­by ogier pró­bo­wał zo­stać wo­łem. Po­wo­dze­nia.

– Ech, bła­gam cię, Pierw­szy, nie sil mi się tu na nie­zgrab­ne po­rów­na­nia. To nie ja po­rzu­ci­łem ro­dzi­nę dla ja­kichś mrzo­nek. By­wam w mia­stach, wi­du­ję to i owo. Te wozy usta­wio­ne jak ka­ra­wa­na roz­ło­żo­na w obóz, te ulicz­ki mię­dzy nimi, te sta­da koni, któ­re pasą się wo­kół. Kto żyje ma­rze­nia­mi? Po co wo­kół miast te ta­bu­ny, sko­ro ko­nie moż­na za­prząc do wo­zów raz na kil­ka lat, a i tak mało kto ko­rzy­sta z tego pra­wa? Po co robi się w mia­stach ry­dwa­ny, ta­kie, ja­kim za­je­cha­łeś dziś do domu? – Eso’bar oparł się o fra­mu­gę i uśmiech­nął zło­śli­wie. – Te, co to krzy­czą wprost, że są wo­za­mi bo­jo­wy­mi, mają miej­sce na woź­ni­cę i łucz­ni­ka, uchwy­ty na koł­cza­ny i oszcze­py, i moż­li­wość opan­ce­rze­nia burt. Mrzon­ki, bra­cisz­ku, mrzon­ki i ma­rze­nia ma­łych dzie­ci. A może ina­czej, mrzon­ki i ma­rze­nia star­ców, któ­ry­mi za­ra­zi­ły się małe dzie­ci. Za­mier­za­cie znów po­słać ry­dwa­ny prze­ciw ka­wa­le­rii? Koła prze­ciw ko­py­tom? Byle dziu­ra w zie­mi, nad któ­rą koń prze­sko­czy, za­trzy­ma naj­lep­szy wóz. Naj­sil­niej­sza para koni, cią­gnąc ry­dwan, nie po­bie­gnie tak szyb­ko, jak cho­ro­wi­ta cha­be­ta z jeźdź­cem na grzbie­cie. Cią­gle o tym za­po­mi­na­cie?

– A jed­nak w cza­sie pod­bo­ju Se-koh­land­czy­cy nie­raz prze­gry­wa­li z na­szy­mi woź­ni­ca­mi.

– Tak, sły­sza­łem. Nie tyl­ko od ojca. Bi­twa pod Gewy’lo i An­ma­de­reth. Czte­ry ty­sią­ce ry­dwa­nów prze­ciw sze­ściu ty­siąc­om kon­nych. Tyl­ko że każ­dy ci po­wie, że my­śmy tych bi­tew nie wy­gra­li, lecz po pro­stu zmu­si­li­śmy ko­czow­ni­ków do uciecz­ki, bo gdy zro­zu­mie­li, że nas nie zła­mią, wy­co­fa­li się. A ry­dwa­ny nie mo­gły ich ści­gać i roz­bić. Ta­kie na­sze małe zwy­cię­stwa...

– Te­raz mó­wisz „my”?

Eso’bar za­ło­żył ręce na pier­si.

– Nie ob­ra­zisz mnie tym, Der. Wi­dzę, jak przy­jeż­dżasz tu od cza­su do cza­su, wiel­ki pan z mia­sta na pięk­nym ry­dwa­nie, i cza­ru­jesz resz­tę. Wi­dzę, co się dzie­je z Det’mo­nem i Mer’da­na­rem – uniósł dłoń – nie od­zy­waj­cie się, mło­dzi, gdy star­szy brat mówi. Wi­dzę, co cho­dzi po gło­wach bliź­nia­kom, gdy wy­ku­wa­ją swo­je ka­vayo. No­sisz sym­bol?

– Jaki sym­bol?

– Do­brze wiesz jaki. Mó­wi­łem ci już, jeż­dżę po oko­li­cy, wstę­pu­ję też do obo­zów. Co­raz czę­ściej wi­du­ję smar­ka­czy no­szą­cych na szyi ośmiosz­pry­cho­we koło. Sza­le­ją wo­kół miast na ry­dwa­nach, uda­ją, że wal­czą z kon­ni­cą, śnią na ja­wie o wo­jen­nej chwa­le. Ale my, Wo­za­cy Ver­dan­no, spę­ta­ni głu­pim zwy­cza­jem, za­wsze bę­dzie­my prze­gry­wać swo­je woj­ny, bo cza­sy ma­łych na­ro­dów się skoń­czy­ły. Me­ekhań­czy­cy, Se-koh­land­czy­cy, pew­nie jesz­cze inni od­kry­li to już daw­no, bra­cisz­ku: na­stał czas im­pe­riów, wiel­kich, sil­nych i po­tęż­nych. Na­sza wy­ży­na i tak za dłu­go była na ubo­czu. Inni już daw­no od­kry­li praw­dę, któ­rej wy nie do­strze­ga­cie.

Za­pa­dła ci­sza. Pierw­szy zwle­kał z za­da­niem oczy­wi­ste­go py­ta­nia. Za­miast tego sta­nął w lek­kim roz­kro­ku, prze­chy­lił gło­wę, zmie­rzył bra­ta wzro­kiem.

– Jaką? Ja­kąż to praw­dą wal­nie nas po oczach mój młod­szy brat?

– Że z sio­dła wi­dać wię­cej niż zza koń­skie­go zadu. – Eso’bar od­wró­cił się na pię­cie i wy­szedł.

Na dłuż­szą chwi­lę za­pa­dła ci­sza.

– Za­wsze tak jest. – Key’la po­ru­szy­ła się nie­cier­pli­wie. – Za­wsze się kłó­ci­cie, a po­tem Trze­ci ucie­ka. Ostat­nio też tak było. Tak samo jak z oj­cem. Wrzesz­czą na sie­bie i sy­czą ni­czym dwa zdzi­cza­łe koty, a po­tem je­den wali w kuź­ni mło­tem jak wście­kły, a dru­gi zni­ka gdzieś na cały dzień.

– Mó­wi­łem ojcu, niech przy­je­dzie z ro­dzi­ną do Man­del­len, tam, w obo­zie, mię­dzy swo­imi, Eso’bar szyb­ko za­po­mni o tych głu­po­tach. Tu­taj... – Pierw­szy po­krę­cił gło­wą i co Ka­ile­an tro­chę za­sko­czy­ło, wy­glą­dał na na­praw­dę zmar­twio­ne­go. – Tu prę­dzej czy póź­niej zła­mie Obiet­ni­cę.

Mó­wił te­raz w ana­ho, ale i tak nie po­trze­bo­wał do­dat­ko­wych ge­stów. Dla Ver­dan­no ist­nia­ła tyl­ko jed­na Obiet­ni­ca. Ta, któ­rą zło­ży­li Laal Sza­ro­wło­sej. Że ni­g­dy nie będą jeź­dzić na koń­skim grzbie­cie.

– A w obo­zach to się nie zda­rza? – wtrą­ci­ła. – Ni­g­dy?

– Zda­rza, ku­zyn­ko, zda­rza. Nie­któ­rym cia­sno w ro­dzin­nych wo­zach, my­ślą o za­sa­dze­niu domu w zie­mi, są też tacy, któ­rym nie w smak by­cie go­ściem, więc chcą stać się Me­ekhań­czy­ka­mi.

– Czy to źle?

1 ... 52 53 54 55 56 57 58 59 60 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)