Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Spomiędzy kolumnowych nóg wyszła drobna, odziana w szarą szatę postać. Młody książę uśmiechnął się łobuzersko i pomachał im ręką. Wyglądał na absolutnie szczęśliwego.
– Właśnie widzę. Nie boicie się, że go rozdepcze?
– Kogo? Samiyego? Matka urodziła go, leżąc między słoniowymi nogami, wyrósł, huśtając się na trąbie, a Mama Bo uważa go najwyraźniej za własne potomstwo, bo pozwala wdrapywać się na grzbiet. Wierz mi, ten łobuz jest tu bezpieczniejszy niż dziecko w kołysce.
Deana poczuła, jak ziemia drży jej pod stopami, a w głowie coś pęka i wiruje.
– K…kim on jest?
– Samiy. Osobisty kornak i sługa księcia, właściwie sługa to nie najlepsze określenie. Kornak to ktoś, od kogo zależy życie wszystkich na grzbiecie słonia, więc Samiy jest trochę sługą, trochę błaznem, a trochę zaufanym księcia, no i oczywiście jego oczami. Może mu mówić po imieniu, pyskować i w ogóle, ale za to co on potrafi robić ze słoniami… Hej, dobrze się czujesz? Dziewczyno… Samiy, biegnij po…
Interludium
Kobieta podniosła na nich wzrok dopiero wtedy, gdy stanęli tuż przed nią. Minę miała taką, jakby zaskoczyło ją, że ktoś w ogóle mógł się zatrzymać właśnie w tym miejscu.
Yatech obrzucił okolicę spojrzeniem. Stragan tkwił pod ścianą w rogu wielkiego placu targowego i był częściowo zasłonięty przez inne stoiska. Za nim widać było wejście do budynku, który najwyraźniej pełnił funkcję magazynu i sypialni, bo za uchylonymi drzwiami dostrzegł wąskie łóżko i półkę z jakimiś paczkami. Potem spojrzał na towar. Tkaniny. Bele jedwabiu barwionego na dziesiątki kolorów, jasnych i żywych, jak pióra ptaków mieszkających w dżungli. W każdym innym zakątku świata byłoby to olbrzymie bogactwo, w tym mieście takie cudne materie leżały na małym straganie rzucone byle jak na kupę.
Ich właścicielka zapytała o coś w miejscowym języku, którego nie znał. Mała Kana odpowiedziała jej uprzejmie, oglądając materiały, unosząc je pod światło i podziwiając fakturę.
Nie zwracali na siebie uwagi, drobna dziewczyna w towarzystwie skromnie odzianej służącej i ich issarski strażnik. Spotkał w Konoweryn wystarczająco wielu swoich pobratymców, by taki widok nie wzbudzał sensacji. Na tę okazję założył ekchaar i przyjął pozę podejrzliwego barbarzyńcy, demonstracyjnie rozglądającego się wokół i muskającego dłońmi rękojeść miecza za każdym razem, gdy ktoś próbował zbliżyć się na pięć stóp do kobiet powierzonych jego opiece. Całe szczęście o tej porze, w samo południe, gdy słońce świeciło niemal prosto z góry, nawet na targowisku ruch zamierał. Ludzie szukali schronienia w grubych murach tutejszych winiarni, popijając chłodne napoje, tocząc batalie w jakieś tutejsze gry i leniwie plotkując.
Ta handlarka była jedną z niewielu, które wciąż tkwiły na swoim miejscu.
Być może nie stać jej było na wynajęcie kogoś, kto pilnowałby towaru w czasie, gdy ona będzie odpoczywała.
Yatech obserwował, jak Kanayoness gra swoją rolę przez dobry kwadrans i robi to z takim zaangażowaniem, jakby rzeczywiście zamierzała coś kupić. Przez ostatnie dni była inna. Wydawało się, że spotkanie w komnacie pełnej spadającego popiołu skierowało ją na nieco dłużej na drogę rozsądku i normalności.
Albo znalazła wreszcie cel, do którego dążyła i który angażował ją tak, że teraz nie pozwala już sobie na przebłyski szaleństwa. Stała się skupiona i jakby odleglejsza. Bez żadnych złośliwych komentarzy obserwowała ćwiczenia Yatecha z Iavvą, a jej polecenia były krótkie i konkretne. Żadnych monologów, żadnego obłędu wyglądającego z oczu. Cisza i spokój.
Nie sądził, że kiedykolwiek będzie się tym martwił. Ale teraz musiał przyznać sam przed sobą, że ta cisza była jednak niepokojąca.
Dziewczyna wreszcie postanowiła skończyć przedstawienie. Spoglądając z ujmującym uśmiechem na handlarkę, pokręciła głową. Tamta rozłożyła ręce w geście rezygnacji, najwyraźniej interesy od dłuższego czasu nie szły dobrze.
A potem Mała Kana odezwała się w innym języku. Bardziej szorstkim, gardłowym, pełnym znacznie krótszych słów i ostrzejszych dźwięków. Starsza kobieta pobladła, złapała się za pierś i cofnęła pod ścianę. Iavva już przy niej była. Już z troską podtrzymywała za ramię, już zasłaniała od widoku z placu targowego. Kanayoness podeszła z drugiej strony.
Dla postronnego obserwatora musiało to wyglądać na zwykłą scenę, handlarka poczuła się słabo w upale południa, więc te miłe dziewczęta jej pomogą. Wprowadzą do cienistego wnętrza ukrytego za drzwiami, napoją i pozwolą odpocząć, a issarski strażnik będzie strzegł jej straganu, rozglądając się groźnie wokół.
Nikt się nimi nie zainteresował.
Wyszły z budynku po dwóch kwadransach. Wystarczył rzut oka na twarz Małej Kany, by wyczuć ślad przemocy i bezwzględności. Iavva trzymała pod pachą coś, co wyglądało jak gruba na cal deska owinięta kilkoma warstwami materiału.
Żadna nie obejrzała się na stragan ani drzwi za nimi.
Sprawa zakończona.
Rozdział 15
Deana przebudziła się, od razu świadoma, gdzie jest, co się stało i skąd się tu wzięła. Jakby złośliwa ręka jednym ruchem zerwała z niej pled snu. W głowie miała wicher, potężną trąbę powietrzną, którą napędzał jej gniew i poczucie krzywdy.
Książę. Kłamca i oszust. Szalbierz i bendorewas. Krętacz i kanerde’h. Podły i bezduszny pomiot Mroku, któremu ocaliła życie.
Jak mógł to zrobić? Oszukał ją, zwiódł, podawał się za zwykłego sługę, by ją uwieść i…
Gdzieś w głębi duszy usłyszała cichy śmiech ciotki. Deana, możesz oszukiwać ludzi, ale na Łzy Pani, jeśli zaczniesz oszukiwać siebie, będzie naprawdę źle.
Nie uwiódł jej. Sama tego pragnęła, wtedy, w ostatnią, jak sądziła, noc swojego życia. Nawet gdyby od początku wiedziała, że jest księciem, i tak odpowiedziałaby na jego dotyk. Potrzebowała tego. Przez te kilka chwil byli tym, czym zawsze są kochankowie, ludźmi odartymi z fałszu pochodzenia, plemienia, różnic krwi. Ich bezbronność była całkowita, jakby zdjęli skóry i połączyli się za pomocą nagich nerwów. Kobieta i mężczyzna, którzy nawzajem ofiarowują sobie chwilę zapomnienia. Ale był księciem…
Księciem, który kazał wieźć ją setki mil przez pustynię.
To było ostrze, cierń, wokół którego nawijał się jej gniew. Mając tysiąc ludzi w karawanie, czarowników i lekarzy, książę mógł bez problemu odesłać ją w góry albo zostawić pod dobrą, najlepszą opieką w pierwszej napotkanej oazie. Ale nie, zdecydował, że jego – jak to było? – „ujarzmiona lwica” pojedzie na południe, jako ozdoba triumfalnego powrotu i kolejne zwierzątko w kolekcji. Tylko zamiast klatki z żelaznych prętów użył jedwabnych bandaży i tumaniących umysł mikstur podsuwanych ręką usłużnego truciciela.
Śmiech ciotki rozbrzmiał delikatną przyganą. Deana…
Tak. Nie ma się co oszukiwać. Suchi może i jest sługą księcia, ale są słudzy i sługusy. Na pewno nie podałby jej nic, co nie było niezbędne. Chyba że całkowicie pomyliła się w ocenie tego mężczyzny.
Podniosła się z posłania i omal nie krzyknęła. Był tam. Książę we własnej osobie. Siedział dwa kroki od jej posłania z taką miną, jakby nic się nie stało. Ludzie tacy jak on, powiedział, gdy się spotkali, potrafią być bardzo cicho.
– Lepiej się czujesz?
Nie odpowiedziała, rozglądając się po ścianach namiotu. Szukała zakłócenia w ruchu jedwabiu, cienia, szczeliny. Czegoś, co sugerowałoby obecność jakichś strażników. Niemożliwe, by po tym wszystkim miał dość odwagi, by przyjść tu bez eskorty.