Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Wielkie krzesło, które zdawało się wrośnięte na stałe w podłogę, zaskrzypiało, przechyliło się i runęło na bok, odsłaniając płytką niszę.
— Patrz.
Poszukiwanie prawdy…
Na „prawdę” Ouma składało się kilka miejsc na Północy, do których Altsin miał zajrzeć w czasie wędrówki. Wszystkie leżały mniej więcej w jednej linii, więc odwiedzenie ich nie powinno go spowolnić. A czasem nawet, jak w Jaskini Śpiących, ich lokalizacja pozwalała na skrócenie drogi, rzucenie czaru z wykorzystaniem cudzego ciała jako kanału dla Mocy.
Jaskinia Śpiących to pierwsze z tych miejsc, po niej odwiedził sześć kamiennych kręgów ustawionych z głazów wielkości przeciętnej chłopskiej chałupy, ukrytych w zapomnianej przez ludzi i bogów dolince. Na południowej stronie każdego z głazów wyryto kilka zdań w języku, którego nie używano od tysiącleci. Historia zdrady i rozpaczy wydrapana w kamieniu. Gdy tylko dotknął jednego z menhirów, poczuł, co znajduje się pod każdym z głazów, i dlatego opuszczając dolinkę, postarał się zatrzeć dokładnie wszelkie ślady, które mogłyby do niej zaprowadzić innych.
Następny był dół wypełniony dziesięcioma tysiącami kości. Ludzi, aherów, sui… i innych. Kilkadziesiąt mil dalej z płytkiego grobu w wiecznej zmarzlinie wykopał szkielet, złożony ze szczątków różnych ras. Czaszka od tej, lewa ręka od tamtej, prawa noga od innej. Patrzył na niego długie godziny, chłonąc szaleństwo i rozpacz twórców tej makabrycznej pamiątki. Północ ze swoim od tysiącleci zimnym i suchym klimatem przechowywała sekrety, które już dawno powinny się rozpaść w pył.
Oum nie przekazał mu nic więcej poza zdawkowym – idź, patrz, myśl. Odwiedź te miejsca. Zbadaj. A gdy dotrzesz tam, gdzie cię wysyłam, i jeśli okaże się to tym, czym mam nadzieję, że jest, przekaż… wieść. Od Płonącego Ptaka. I jego dzieci.
Tylko że Altsin się spóźnił. A Oum go nabrał. Oszukał. „Dotrzyj tam, gdzie cię wysyłam”, dobre sobie. Sądząc po tym, co wyczuwał, jego cel znajdował się na morzu. I przemieszczał. Czym mogło być „miejsce” przemieszczające się po oceanie, które tak wzburzyło bożka Seehijczyków? Bożka, który sam kiedyś orał fale jako długi na ćwierć mili okręt z czerwonego dębu, zwany Płonącym Ptakiem.
Och, Altsinie Awendeh, ty pieprzony, głupi jak pijane pisklę, żałosny dupku. Co z tego, że objąłeś duszę boga? Co z tego, że nie pozwoliłeś mu się pochłonąć. Nadal nie jesteś niczym więcej niż żałosnym miejskim szczurkiem.
Powinien się poczuć zwolniony z umowy i odejść. W którąkolwiek świata stronę. Ale…
Jaskinia Śpiących, krąg menhirów, kości… Niechciani… ludzie… bogowie… Drzewo… bełkot Ouma, który kiedyś słyszał…
Ostateczna odpowiedź na pytania, które miał… nie, ostateczne potwierdzenie podejrzeń, które się w nim zrodziły, oddalało się właśnie na wschód. Ale nie na tyle szybko, by nie miał szans go dogonić.
Oderwał plecy od lodowca.
Pani Lodu przestała chłostać świat swoim gniewem, więc powinna mu wybaczyć kilka drobnych sztuczek.
Rozdział 12
Modlitwę o dobry dzień przerwało pukanie do drzwi.
— Pani?
Wszyscy w pałacu wiedzieli, że do jej osobistych komnat nie należy wchodzić bez zaproszenia. Nadal była wojowniczką Issaram.
— Zaraz. — Pochyliła głowę i spokojnie dokończyła słowa skierowane do Wielkiej Matki.
Po czym poprawiając chaffdę, stanęła za stołem. Wiedziała, że nie może to być nikt obcy, ale i tak położyła dłonie na rękojeściach talherów. Ufaj ludziom, lecz nie bardziej niż sobie samej.
— Wejść.
Młoda służąca zajrzała ostrożnie i dopiero gdy miała pewność, że twarz Deany chroni ekchaar, przekroczyła próg. Deana rozpoznała ją od razu. To ta od gizarmy, Loila. Tym razem uzbroiła się na szczęście w lekką szablę, choć pas, na którym wisiała broń, był zbyt luźny, więc pochwa obijała się dziewczynie gdzieś w okolicach kolana.
— Przyszły, pani. Wszystkie trzy.
Wszystkie trzy… Spodziewała się, że przynajmniej jedna odmówi. Ale handel stał w miejscu, tylko nieliczne karawany powędrowały na północ, więc dla Issaram każdy miedziak się liczył. A ona bynajmniej nie proponowała zapłaty miedziakami.
— Gdzie czekają?
— W Ogrodzie Żółtej Lilii, jak kazałaś, pani.
— Dobrze. Pójdę do nich, a ty zostań przy księciu.
Dziewczyna zamrugała, zakłopotana.
— Czy…
— Nie, Loila, dam sobie radę. A, wieczorem udaj się do pałacowego zbrojmistrza, niech poprawi ci ten pas. Nie zdołasz szybko wyciągnąć szabli, jak będzie się tak nisko majtać.
Dziewczyna zaczerwieniła się i dygnęła.
— Tak, pani.
Spotkanie miało się odbyć w części pałacu znajdującej się poza Domem Kobiet. Deana uznała, że to odpowiednie miejsce. Jeszcze nie dopełniono wszystkich formalności i nie złożono przysiąg, więc ostrożność nie była przesadzona. Póki nie zostaną zawarte odpowiednie umowy, nie wpuści tych kobiet do prywatnych komnat.
Ogród był kwadratem o boku pięćdziesięciu jardów, wysypanym drobnymi, białymi kamykami. Pośrodku usytuowano owalne oczko wodne porośnięte liliami, żółtymi oczywiście, choć o tej porze dnia większość kwiatów nie zdążyła jeszcze otworzyć płatków.
Zaproszone kobiety czekały przy sadzawce. Dwie stały w swobodnych pozach, trzecia przysiadła na brzegu i moczyła dłoń w wodzie. Deana zatrzymała się przy wejściu i obserwowała je, ukryta w cieniu. Dwie stojące to były g’larryski, a obmywająca rękę pochodziła z s’haihyrów. Oba plemiona mieszkały na zachodnich ziemiach Issaram, więc między nimi a d’yahirrami Deany nie było żadnych krwawych waśni.
A to ważne, bo przecież Deana zamierzała im powierzyć bezpieczeństwo swojego domu.
G’larryski ubierały się w luźne szaty, których główną częścią była sięgająca połowy łydek chaffda, odsłaniająca ramiona, szyję i spory dekolt. Ich ekchaary przypominały zasłony noszone przez wiele miejscowych kobiet, a głowy zdobiły skomplikowane, wielokolorowe turbany. W przeciwieństwie do tej dwójki kobieta z s’haihyrów wyglądem i strojem przypominała młodego chłopaka: drobna i szczupła, w spodniach z lnu barwionego na sprany brąz i luźnej, szarej koszuli z długimi rękawami. Jej zasłona na twarz przypominała worek z wstawką z ażurowej tkaniny na wysokości oczu, przewiązany na czole kawałkiem sznurka. To plemię, mieszkające na zachodzie pustyni, na samym skraju rdzennych ziem Issaram, nie słynęło ani z barwnych szat, ani z zamiłowania do zdobień. Ich tereny pozbawione były też kamiennych afraagr, więc żyli i mieszkali jak większość pustynnych koczowników, prowadząc stada po niegościnnej ziemi i wędrując od oazy do oazy. Za to lata walk z nomadami uczyniły z s’haihyrów najlepszych łuczników i mistrzów włóczni wśród rodaków Deany. Oraz niezrównanych jeźdźców. Nawet niektórzy wojownicy d’yahirrów podróżowali na zachód, by spędziwszy kilka miesięcy na wędrówkach po pustyni, podpatrzyć sztukę walki włócznią, lancą i oszczepem oraz łuczniczy kunszt tego plemienia.