Statki czasu [The Time Ships - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-087-4
- Переводчик: Edward Szmigiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
— Chodźmy — powiedział z ożywieniem Wallis. — Przejdźmy się jeszcze trochę. Pokazy i tak wkrótce zaczną się powtarzać...
Wallis opowiedział mi więcej o swojej przeszłości. Pracując dla spółki Vickersa-Armstronga w bunkrze Weybridge, zyskał sobie pewną reputację jako konstruktor urządzeń aeronautycznych — według jego własnych słów, znano go jako „naukowca-czarodzieja.”
W czasie długoletniej wojny jego płodny umysł zajął się tym, jak można przyspieszyć jej koniec. Wallis na przykład zastanawiał się, jak można by zniszczyć źródła energii wroga — zbiorniki wodne, kopalnie i tym podobne punkty strategiczne — za pomocą potężnych materiałów wybuchowych zrzuconych ze stratosfery przez latające maszyny o nazwie „potworne bombowce”. W tym celu rozpoczął badania nad zależnością prędkości wiatru od wysokości, widzialnością przedmiotów z dużej wysokości, wpływem fal sejsmicznych na kopalnie i tak dalej.
— Dostrzega pan możliwości, prawda? Potrzeba tu tylko odpowiedniej wyobraźni. Dziesięcioma tonami materiałów wybuchowych można by zmienić bieg Renu!
— Jak zareagowano na te propozycje?
Westchnął.
— W czasie wojen środki są zawsze bardzo ograniczone, nawet dla projektów priorytetowych — a dla takich nie sprawdzonych, ryzykownych przedsięwzięć jak moje... Nazwali to „urojeniami”, „nieopisanymi banialukami”, i wojskowi dużo gadali o „wynalazcach”, takich jak ja, którzy „szastają” życiem „ich chłopców”. — Zauważyłem, że to wspomnienie jest dla niego bolesne. — Pan wie, że ludzie tacy jak my muszą być przygotowani na sceptycyzm... a jednak!
Wallis jednak kontynuował badania i wreszcie dostał pozwolenie na budowę swojego „potwornego bombowca”.
— Nazywa się „Zwycięstwo” — powiedział. — Z ładunkiem dwudziestu tysięcy funtów bomb i pułapem czterdziestu tysięcy stóp, bombowiec może lecieć z prędkością ponad trzystu mil na godzinę i ma zasięg czterech tysięcy mil. Przy starcie robi imponujące wrażenie, gdy z jego sześciu silników marki Herkules buchają płomienie. Potrzebuje co najmniej dwóch trzecich mili, by wznieść się w powietrze... A bomby sejsmiczne, które może zrzucić, już zaczęły siać spustoszenie na terenie Rzeszy!
Jego głębokie, ładne oczy błyszczały za zakurzonymi okularami.
Przez kilka lat Wallis zajmował się udoskonalaniem maszyny powietrznej „Zwycięstwo”. Potem jednak zmienił kierunek zainteresowań, gdyż natrafił na relację o moich podróżach w czasie i od razu dostrzegł możliwości przystosowania mojego wehikułu do celów wojennych.
Tym razem jego pomysły zostały szybko rozpatrzone — miał wysoką pozycję i nie trzeba było wielkiej wyobraźni, by dostrzec nieograniczone możliwości militarne wehikułu czasu — i utworzono Radę Wojny z Wykorzystaniem Skoków w Czasie, z Wallisem jako cywilnym szefem pionu naukowo-badawczego. Pierwszym posunięciem RWWSC była sekwestracja mojego starego domu, który stał opuszczony w Richmond od chwili, gdy wyruszyłem w czas, i odgrzebanie pozostałości po moich badaniach.
— Ale czego ode mnie chcecie? Macie już przecież wehikuł czasu — molocha, który mnie tu sprowadził.
Założył ręce za siebie, robiąc posępną, poważną minę.
— „Raglana”. Oczywiście, ale sam pan widział tę bestię. Jeśli chodzi ojej możliwości podróżowania w czasie, skonstruowano ją wyłącznie z wykorzystaniem resztek, które znaleziono w ruinach pańskiego laboratorium. Z kwarcowymi i mosiężnymi kawałkami zalanymi plattnerytem — niemożliwymi do zrównoważenia lub skalibrowania — „Raglan” jest niezgrabną bestią, która może oddalić się od teraźniejszości o zaledwie półwiecze. Odważyliśmy się narazić molocha jedynie na takie ryzyko, które nie pozwalało nam dopuścić do anachronicznej ingerencji naszych wrogów w rozwój pańskiej pierwotnej machiny. Teraz jednak — przypadkowo! — moloch sprowadził nam pana.
— Naturalnie, obecnie potrafimy dużo więcej — ciągnął. — Usunęliśmy plattneryt z pańskiego starego wehikułu i umieściliśmy kadłub w Imperialnym Muzeum Wojny. Czy chciałby pan go zobaczyć? Muzeum będzie zaszczycone.
Poczułem ból na myśl o takim losie mojego wiernego rydwanu i niepokój z powodu niemożliwości wydostania się z 1938 roku! Pokręciłem sztywno głową.
— Potrzebujemy pana — mówił dalej Wallis — żeby wyprodukować więcej, tony substancji, którą nazwał pan plattnerytem. Proszę nam pokazać, jak to zrobić!
A więc Wallis najwyraźniej myślał, że to ja wyprodukowałem plattneryt... Nie zapytałem go o to wprost.
— Chcemy poznać i rozwinąć technologię pańskiego wehikułu czasu — ciągnął Wallis. — Wykorzystać ją do celów, o których się panu nie śniło... Mając PPC, można by zbombardować historię i zmienić jej bieg, tak jak w moim projekcie zmiany kierunku Renu! Czemu nie? Jeśli istnieje taka możliwość, to należy z niej skorzystać. To najbardziej ekscytujące wyzwanie techniczne, jakie można sobie wyobrazić, a ponadto może przesądzić o wyniku tej wojny.
— Zbombardować historię?
— Niech pan pomyśli. Można by wrócić i zadziałać interwencyjnie na początkowym etapie wojny. Lub dokonać zamachu na życie Bismarcka. — Czemu nie? Cóż to by była za psota — i nie dopuścić do powstania Niemiec! Czy pan to widzi? Wehikuł czasu to broń, przed którą nie ma obrony. Ten, kto pierwszy rozwinie technikę Skoków w Czasie, będzie władcą świata. I musi nim być Brytania!
Oczy Wallisa błyszczały nienaturalnie i zaczął mnie niepokoić jego niezmierny zapał do tego, by zawładnąć tą potęgą i dokonać tych wszystkich zniszczeń.
8. ŚWIETLANA PRZYSZŁOŚĆ
Dotarliśmy do Lancaster Walk i ruszyliśmy z powrotem do południowego obrzeża parku. Po bokach nadal eskortowali nas żołnierze, którzy zachowywali się dyskretnie.
— Proszę mi opowiedzieć coś więcej o tym, co się stanie, gdy Brytania i jej alianci wygrają tę wojnę. Proszę mi opowiedzieć o waszej „Świetlanej Przyszłości”.
Potarł się po nosie i zrobił niepewną minę.
— Nie jestem politykiem. Nie umiem...
— Ależ nie. Proszę to opisać własnymi słowami.
— No dobrze.
Spojrzał na kopułę.
— Trzeba zacząć od tego, że ta wojna pozbawiła nas wielu naiwnych złudzeń.
— Czyżby?
Uznałem to za złowieszczy wstęp i moje obawy niebawem się potwierdziły.
— Po pierwsze okazało się, że demokracja to ułuda. Widzi pan, teraz już jest jasne, że nie warto pytać ludzi, czego chcą. Jeśli społeczeństwo ma zostać uratowane, to trzeba raczej wpierw rozważyć, czego powinni chcieć. Następnie trzeba im wmówić, czego chcą i dopilnować, żeby to dostali.
— Wiem, że człowiekowi z pańskiej epoki może się to wydawać dziwne — ciągnął — ale na tym polega nowoczesne myślenie i słyszałem z fonografu, że pański sławny przyjaciel głosi podobne poglądy, a przecież pochodzi z pańskich czasów, prawda? Niewiele wiem na temat historii, ale wydaje mi się, że nowoczesne państwo, które tworzymy w Brytanii i Ameryce — model, który zamierzamy rozpropagować na całym świecie — bardziej przypomina starożytne republiki: kartagińską, ateńską, rzymską, które zasadniczo były arystokratyczne. Nadal mamy członków parlamentu, ale już nie są wybierani taką prymitywną metodą jak powszechne głosowanie.