Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]
Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]

Электронная книга - «Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]». Краткое содержание книги:

Drugi tom cyklu „Temeraire” — niezwykłego połączenia fantasy i powieści historycznych z czasów napoleońskich.
Kapitan Laurence i Temeraire, nowicjusze w brytyjskim Korpusie Powietrznym, odegrali decydującą rolę w bitwie pod Dover, przyczyniając się do odparcia francuskiej inwazji. Niestety, wkrótce wpadają w kłopoty. Kiedy Chińczycy dowiadują się, że Temeraire — niezwykle rzadki smok, którego podarowali Napoleonowi — dostał się w ręce Anglików, wysyłają do Londynu gotową na wszystko delegację, aby go odzyskać. Laurence jednak odmawia współpracy. Za nieposłuszeństwo grozi mu szubienica, więc wbrew własnej woli musi wyruszyć z Temeraire’em w długą i niebezpieczną podróż na Daleki Wschód. Na dworze chińskiego cesarza czekają go jeszcze bardziej szokujące niespodzianki…
1 ... 55 56 57 58 59 60 61 62 63 ... 88
Перейти на страницу:

Temeraire obserwował wszystko z wielkim zainteresowaniem, prychając z rozbawieniem na widok niektórych niemowląt, które wyglądały śmiesznie w długich, haftowanych ubraniach, niczym parówki spowite w jedwab i złotą nić, i zazwyczaj kwiliły rozpaczliwie, machając w powietrzu nóżkami i rączkami.

— Zapytam je — powiedział.

Pochylił się nad relingiem i zwrócił się do jakiejś energicznej kobiety, która przewróciła rywalkę, by uzyskać lepsze miejsce przy burcie łodzi dla siebie i swojej latorośli, grubego, może dwuletniego chłopca, na którego pucołowatej twarzy wciąż malowała się flegmatyczna rezygnacja, choć znalazł się niemal w pysku smoka.

Temeraire zamrugał, usłyszawszy odpowiedź, i znowu przysiadł na tylnych łapach.

— Nie jestem pewny, czy dobrze zrozumiałem, bo ona mówi trochę inaczej — rzekł — ale chyba powiedziała, że przyszli tutaj, żeby mnie zobaczyć.

Udając obojętność, odwrócił łeb i niby to dyskretnie potarł pyskiem swój bok, ścierając wyimaginowane plamy, po czym pofolgował swojej próżności, przyjmując najbardziej korzystną pozę: uniósł wysoko łeb, podniósł krezę i rozpostarł lekko skrzydła.

— Niebiański przynosi szczęście. — Yongxing bez wątpienia uważał, że jest to oczywiste, kiedy poproszono go o udzielenie dodatkowych wyjaśnień. — Normalnie nie mieliby okazji go zobaczyć — to tylko kupcy.

Książę z lekceważeniem odwrócił się od gapiów.

— Razem z Liu Bao i Sun Kaiem udamy się do Guangzhou, by porozmawiać z nadzorcą i wicekrólem i przekazać cesarzowi wiadomość o naszym przybyciu — oznajmił, posługując się chińską nazwą Kantonu, i zawiesił wyczekująco głos, tak że siłą rzeczy Laurence musiał zaoferować mu łódź paradną z okrętu.

— Pozwolę sobie przypomnieć Waszej Wysokości, że raczej na pewno dotrzemy do Tien-sing w ciągu trzech tygodni, więc równie dobrze można się wstrzymać z komunikacją ze stolicą. — Laurence pragnął jedynie zaoszczędzić księciu trudu. Znajdowali się ponad tysiąc mil od celu.

Ale Yongxing stanowczo dał mu do zrozumienia, że ta propozycja niemal obraża tron, więc Laurence złożył przeprosiny, tłumacząc się nieznajomością lokalnych zwyczajów. Yongxing wcale nie wyglądał na zadowolonego i Laurence z wielką ulgą zapakował jego i dwóch posłów do łodzi paradnej, choć oznaczało to, że on i Hammond popłyną na ląd szalupą, bo barkas został już oddelegowany do przewozu na pokład wody pitnej i żywego inwentarza.

— Czy mam przywieźć coś dla ciebie, Tom? — zapytał Laurence, wsuwając głowę do kajuty Rileya.

Ułożony pod oknem Riley uniósł głowę z poduszek i słabo pomachał żółtawą dłonią.

— Czuję się już o wiele lepiej. Ale nie odmówię dobrego porto, jeśli uda ci się tam znaleźć jakąś godziwą butelczynę, bo chyba mi się już na dobre wykrzywiła gęba od tej paskudnej chininy.

Laurence poszedł pożegnać się z Temeraire’em, któremu udało się namówić chorążych i gońców, żeby go wyczyścili, zupełnie niepotrzebnie. Chińscy goście stawali się coraz bardziej ambitni i zaczęli rzucać na pokład kwiaty, a także inne podarunki, mniej nieszkodliwe. Porucznik Franks przybiegł do Laurence’a bardzo blady i oznajmił, z przejęcia nawet się nie jąkając:

— Sir, wrzucają na pokład zapalone kadzidło. Proszę, niech pan im każe przestać.

Laurence wszedł szybko na smoczy pokład.

— Temeraire, powiedz im, proszę, żeby nie wrzucali na pokład żadnych zapalonych rzeczy. Roland, Dyer, obserwujcie, co wrzucają, a jeśli zauważycie coś niebezpiecznego, od razu wywalcie za burtę. Mam nadzieję, że nie przyjdzie im do głowy odpalać tu petard — dodał bez przekonania.

— Nie pozwolę im na to — obiecał Temeraire. — Sprawdzisz, czy mógłbym gdzieś tam wylądować?

— Sprawdzę, ale nie rób sobie większych nadziei. Cała kolonia ma zaledwie cztery mile kwadratowe, do tego jest gęsto zabudowana — powiedział Laurence. — Ale przynajmniej możemy polatać nad nią, a może i nad całym Kantonem, jeśli przystaną na to mandaryni.

Angielską faktorię wybudowano dokładnie naprzeciwko głównej plaży, więc nietrudno było ją znaleźć, choć nie musieli tego robić, ponieważ przedstawiciele Kompanii, zauważywszy tłum gapiów, wysłali na brzeg nieduży komitet powitalny, na którego czele stał wysoki młody mężczyzna w mundurze wojsk Kompanii Wschodnioindyjskiej, z agresywnymi bokobrodami i wydatnym orlim nosem, nadającym mu drapieżnego wyglądu, wzmocnionego jeszcze czujnym wzrokiem.

— Major Heretford, do usług — rzekł i skłonił głowę. — Pozwolę sobie powiedzieć, że cholernie się cieszymy na wasz widok — dodał z żołnierską szczerością, gdy weszli do środka. — Szesnaście miesięcy. Już myśleliśmy, że cała sprawa pozostanie niezauważona.

Laurence z niesmakiem przypomniał sobie o przechwyceniu przez Chińczyków statków handlowych Kompanii, do którego doszło wiele miesięcy temu. Przejęty sytuacją Temeraire’a i problemami związanymi z podróżą, niemal zapomniał o całym incydencie, lecz nie można było liczyć na to, że da się coś takiego ukryć przed ludźmi, którzy tutaj stacjonują. Siedzieli pewnie jak na szpilkach przez wszystkie te miesiące, gotowi odpłacić za tę zniewagę.

— Oczywiście nie podjęto żadnych działań? — zapytał Hammond z niepokojem, który graniczył wręcz ze strachem. Laurence znowu poczuł do niego niechęć. — Byłoby to ze wszech miar szkodliwe.

Heretford ledwo na niego spojrzał.

— Nie, pełnomocnicy Kompanii uznali, że w tych okolicznościach najlepiej będzie ułagodzić Chińczyków i poczekać na jakieś oficjalne decyzje — odpowiedział tonem, który nie pozostawiał zbyt wiele wątpliwości co do jego zapatrywań na całą sprawę.

Laurence od razu poczuł do niego sympatię, choć normalnie nie miał zbyt wysokiego zdania o armii Kompanii. Lecz Heretford wyglądał na człowieka inteligentnego i kompetentnego, a jego nieliczni podwładni zdradzali oznaki dobrej dyscypliny: broń mieli dobrze utrzymaną, a mundury czyste mimo upału.

Okna sali konferencyjnej zasłonięto przed promieniami wschodzącego słońca i przygotowano wachlarze, aby rozpędzić wilgotne i duszne powietrze. Kiedy już wszyscy się przedstawili, przyniesiono szklaneczki z ponczem z bordo, ochłodzonym lodem w piwnicach. Pełnomocnicy Kompanii chętnie przyjęli listy, które wręczył im Laurence, i obiecali, że przekażą je do Anglii. Zakończywszy na tym wymianę uprzejmości, zaczęli wypytywać, delikatnie, lecz wyraźnie, o cel misji.

— Oczywiście miło nam słyszeć, że rząd wypłacił rekompensatę kapitanom Mestisowi, Holtowi i Greggsonowi, a także Kompanii, lecz nie mieści się w głowie, jakie szkody dla całej naszej działalności przyniósł ten incydent. — Sir George Staunton mówił cichym, lecz dobitnym głosem. Był przewodniczącym pełnomocników Kompanii pomimo względnie młodego wieku dzięki najlepszej znajomości tutejszych zwyczajów. Jako dwunastoletni chłopiec towarzyszył ojcu w misji Macartneya i należał do nielicznych Brytyjczyków, którzy opanowali chiński język.

Staunton opisał kilka innych przypadków złego traktowania Brytyjczyków i dodał na koniec:

— Z przykrością muszę powiedzieć, że jest to bardzo charakterystyczne zachowanie. Administracja jest coraz bardziej zachłanna i bezczelna, lecz tylko w stosunku do nas; Francuzów i Holendrów traktują o wiele lepiej. Wcześniej do pewnego stopnia uwzględniano nasze skargi, teraz zaś są po prostu odrzucane, a postawa urzędników staje się coraz bardziej nieprzejednana.

— Obawiamy się już nawet, że każą nam opuścić kraj — dodał pan Grothing-Pyle, zażywny mężczyzna o siwych włosach wzburzonych nieco od energicznego machania wachlarzem. — Nie chcę obrazić majora Heretforda ani jego ludzi — skinął oficerowi głową — ale trudno byłoby nie ulec takiemu żądaniu, a Francuzi z pewnością chętnie by pomogli Chińczykom w jego realizacji.

1 ... 55 56 57 58 59 60 61 62 63 ... 88
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)