Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
— No dobrze, a co jeśli tych skurwysynów będzie więcej niż myśleliśmy przy zastawianiu pułapki? — pytanie zadał wysoki, chudy farmer, odziany w spodnie z szorstkiego samodziału i grubą, skórzaną kufajkę. Trzymał swoją włócznię na dzika trochę niepewnie.
Gajusz Filipus zdobywał się na najwyższą cierpliwość. Ci nieokrzesani videssańscy rekruci nie mieli ani rzymskiej dyscypliny, ani zapalczywości Hiszpanów, z których Sertoriusz stworzył tak niebezpieczną armię partyzantów. Mimo to wszyscy siedzący wokół niego mężczyźni, a było ich około dwustu, byli ochotnikami: albo uciekinierami z nizin, albo góralami, którzy woleli prawdziwą wojaczkę niż utarczki z magnatami.
Starszy centurion powiedział do swoich słuchaczy:
— Nie potrzebujecie mojej pomocy, żeby odpowiedzieć na takie pytania. Kto mu powie? Podniosło się kilka rąk, ale Ras Simokattes był pierwszy. Gajusz Filipus udał, że nie widzi szefa pastuchów Zonarasa.
— Ty tam, tak ty z siwymi włosami.
Mężczyzna wstał, założył ręce za plecy i pochylił głowę, jakby był dzieckiem w szkole.
— Jak ich jest za dużo, zostajemy w kryjówce — powiedział nieśmiało. Lekki łuk do polowania leżał u jego stóp.
— Tak jest! — pochwalił Gajusz Filipus. — I nie ma się też czego wstydzić. Jeśli nie macie pewności, nie bawcie się z wyspiarzami. Mają lepszą broń niż wy i wiedzą co z nią robić. Tak jak ja. — Pozwolił sobie na leniwy uśmiech.
Przyglądając się lekcji, Marek widział, jak przyszli maruderzy weterana zesztywnieli, przypominając sobie demonstrację sprzed kilku dni. Starszy centurion, w pełnym uzbrojeniu, poprosił czterech ze swoich uczniów, by go zaatakowali swoją ulubioną bronią. Walka nie trwała długo. Odwracając pilum znokautował jednego z nacierających, uchylił się przed zamaszystym ciosem kolejnego i złamał drzewce włóczni na jego głowie. Odwróciwszy się zręcznie pozwolił, by pałka trzeciego z Videssańczyków grzmotnęła w jego tarczę, po czym uderzył w podbródek brzegiem obitej żelazem scutum. Mężczyzna nie zdążył jeszcze upaść na ziemię, a już Gajusz Filipus wyciągał miecz i przesuwał się w stronę ostatniego przeciwnika, który trzymał krótką pikę. Facet był całkiem odważny i ruszył ostro na Rzymianina, chcąc go przebić, ale Gajusz Filipus, wdzięcznie niczym tancerz, odsunął się nieznacznie na lewo, przepuszczając pchnięcie obok i klepnął biedaka mieczem w brzuch. Dwóch ludzi nieprzytomnych, jeden bezradny na ziemi, czwarty blady jak ściana i trzęsący się — nieźle, jak na minutę walki.
Ponad tuzin wieśniaków wymknęło się tej nocy z obozu.
Ale dla tych, którzy zostali, starszy centurion był lepszym nauczycielem, niż spodziewał się Skaurus. Zajął się tym z zapałem, który nie zawsze towarzyszył mu w jego zwykłych obowiązkach. Jak każda praca, w miarę upływu lat stały się one rutyną. Nowa rola zdawała się przywracać mu młodość i rzucił się na nią z entuzjazmem, jakiego trybun jeszcze u niego nie widział, odkąd się znali.
Weteran mówił:
— Uderzacie, robicie co się da i szybko się wycofujecie. Czasami dobrze jest wcześniej schować broń w rowie. — Dla zawodowych żołnierzy taka uwaga byłaby herezją, ale w przypadku partyzantów mogła się okazać wielce pożyteczna. — Kto będzie wtedy wiedział kim jesteście?
— A jeśli będą nas ścigać?
— Oczywiście, musicie się rozproszyć. A kiedy nie będą was już widzieć, po minucie albo dwu możecie się zatrzymać. Połóżcie się tylko na ziemi i przykryjcie zielskiem, jakby was nie było. Przejadą obok was za każdym razem. — Uśmiech Gajusza Filipusa był zupełnie pozbawiony nieodłącznego zwykle cynizmu. — Możecie się przy tym jeszcze nieźle ubawić.
Marek nie wierzył własnym uszom. Starszy centurion, najtwardszy profesjonalista jakiego ziemia nosiła, mówi o walce jak o zabawie? Powrót do młodości nie miał w sobie nic złego, ale u Gajusza Filipusa wyglądało to jak drugie dzieciństwo.
Ruelm, syn Ranulfa, wesoły i zadowolony z siebie, jechał na czele oddziału Namdalajczyków na południe, w kierunku gór, gdzie wciąż nie chciano uznać władzy jego pana, księcia Draxa. Nawet przez moment nie myślał o sobie jako o poddanym jakiegoś Imperatora Zigabenosa. Ta farsa przeznaczona była tylko dla Videssańczyków, by łatwiej oswoili się z myślą o nowym władcy.
Zatrzymał się, by zapalić pochodnię. Było już po zmierzchu, a on chciał jechać dalej. Przy odrobinie szczęścia połączy się z Baili przed północą. To właśnie tak go cieszyło — kiedy wyruszył z Kyzikos spodziewał się, że podróż będzie jeszcze o dzień dłuższa, ale bród na Arandos, który pokazał mu ten dziwak, oszczędził im wiele godzin, które musieliby stracić na poszukiwanie najbliższego mostu i powrót do drogi. Dotknął sakiewki. Warto było wydać sztukę złota, a starzec wyglądał tak, jakby już od dawna nie widział pieniędzy.
Ćma krążyła wokół jego pochodni. Noc była ciepła i tak cicha, że mógł słyszeć trzepot skrzydeł owada. Nietoperz wyskoczył z ciemności, połknął ćmę i zniknął tak szybko, że Ruelm mógł go w ogóle nie zauważyć.
— Cholerna mysz — powiedział, czyniąc na piersiach znak słońca, by zażegnać złą wróżbę. Jego ludzie zrobili to samo. Namdalajczycy nazywali nietoperze „kurczakami Skotosa”, bo jak inaczej można było wytłumaczyć ich doskonałą orientację w ciemnościach, jeśli nie pomocą czarnego boga?
W miarę jak zbliżali się do gór, kępy krzaków i drzew pojawiały się znacznie częściej niż na północ od Arandos. Ta bogata równina była najlepiej uprawianą i najżyźniej szą ziemią, jaką Ruelm kiedykolwiek widział. W porównaniu ze skromnymi osiągnięciami Księstwa, była to kraina dobrobytu.
Czajka zaświergotała gdzieś w krzakach, na skraju drogi, a potem zagwizdała przeciągle. Ruelm był nieco zaskoczony, słysząc dziennego ptaka tak późno po zmierzchu. Wtedy pierwsza strzała cichym świstem przeszyła spokój nocy i rycerz jadący tuż za nim zaklął ze zdziwienia i bólu, gdy utkwiła w jego łydce.
Ruelm zamarł na sekundę. Nie miało być tutaj żadnych nieprzyjaciół. Rzymianie, Videssańczy-cy, Khatrishe i różne przybłędy czepiające się ich spódnicy, zepchnięci byli głęboko w góry.
Następna strzała przeleciała koło jego twarzy tak blisko, że pióra służące za lotki musnęły mu policzek. Nagle znowu był żołnierzem. Odrzucił pochodnię najdalej jak potrafił. Kimkolwiek byli ci nocni rozbójnicy, nie należało ułatwiać im zadania oświetlając dodatkowo cel. Wyciągał właśnie miecz, kiedy podnieśli się z ukrycia i ruszyli do ataku.
Ciął na chybił trafił, wciąż na wpół oślepiony przez światło pochodni, i czuł, że ostrze kogoś dosięgło. Za jego plecami żołnierz, który pierwszy został raniony krzyknął, gdy ściągano go z konia — jego wrzask ucichł gwałtownie. Zastąpiły go inne — głosy videssańskich wieśniaków rozbrzmiewały triumfem i — mógłby przysiąc — strachem.
Ciemność sprawiała, że dzika walka przypominała senny koszmar. Zawracając brutalnie konia, by znaleźć pomoc u swoich ludzi, Ruelm zobaczył swoich przeciwników jako ruchome cienie, niemożliwe do policzenia, i prawie niemożliwe do trafienia.
— Drax! — krzyknął i poczuł w ustach gorzki strach, gdy odpowiedziało mu tylko dwóch ludzi.
Jakaś ręka złapała go za udo. Próbował kopnąć napastnika i choć jego noga natrafiła w powietrze, mężczyzna odskoczył do tyłu. Wbił ostrogi w boki swego wierzchowca. Wałach stanął dęba, rżąc przeraźliwie. Dobrze wyszkolony do walki, wyrzucił ciężko podkute kopyta do przodu. Ludzka czaszka rozprysła się niczym uderzony pałką melon — kawałek mózgu, ciepły, wilgotny i klejący spadł Ruelmowi na czoło, tuż pod hełm.