Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]

Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:

Imperium szykuje się do wojny z Yezd, ale pojawia się nowe zagrożenie — bunt księcia Draxa i jego wojsk. Zdrada najemników doprowadza Videssos na skraj katastrofy i tylko talent dowódczy Marcusa Scaurusa i zręczna dyplomacja jego sprzymierzeńca zamieniają klęskę w zwycięstwo. Jednak Imperium Videssos w dalszym ciągu czeka walka z Yezd, Do odległej krainy potężnych koczowników wyrusza poselstwo, które ma pozyskać ich pomoc. Jego droga najeżona jest niebezpieczeństwami, o sojusz z koczownikami stara się również Yezd…
1 ... 56 57 58 59 60 61 62 63 64 ... 130
Перейти на страницу:

Potem, z wielkim wrzaskiem koń runął na ziemię. Uwalniając się ze strzemion, Ruelm słyszał krzyk Videssańczyka, „Tnij, na Phosa!”. Obute i bose stopy szurały w kurzu drogi, w miarę jak nadbiegali następni, niczym banda szakali.

Wyspiarz przekoziołkował i próbował się właśnie podnieść, gdy pałka uderzyła w metalowy kołnierz, który chronił z tyłu jego kark. Ogłuszony, upadł na kolana, potem na brzuch. Zabrano mu miecz, chciwe ręce rozrywały paski od kolczugi. Jęknął i sięgnął po sztylet.

— Uwaga! — krzyknął ktoś. — Jeszcze się broni! — Przerażający śmiech. — Zaraz to naprawimy!

Wciąż oszołomiony poczuł, jak twarde palce chwytają go za podbródek i odchylają głowę.

— Jak owce — powiedział Videssańczyk. Ból przeszył mu gardło, ale nie na długo.

W towarzystwie Sittasa Zonarasa i Gajusza Filipusa, Skaurus udał się do miejsca, które zaproponował Baili z Ecrisi.

— Tutaj, Minucjuszu — powiedział trybun, zatrzymując się na moment. — To wystarczająco blisko dla twojego oddziału.

Młody podoficer zasalutował. Byli o dobry strzał z łuku od punktu, w którym czekał na nich Baili i para jego poruczników. Grupa Namdalajczyków pozsiadała z koni i rn/.lo/.ylu się na ziemi w podobnej odległości na północ od swojego dowódcy.

— Witaj, wyspiarzu — zawołał Marek, gdy podeszli bliżej. — O czym musimy porozmawiać? Ale Baili nie był tym uprzejmym, pewnym siebie oficerem, który dostarczył proklamację Draxa kilka tygodni temu.

— Ty gnojku — warknął, czerwony ze złości. — Za dwa miedziaki wbiłbym cię na pal na pożarcie krukom. Myślałem, że jesteś człowiekiem honoru. — Splunął pod stopy Rzymianina.

— Skoro nim nie jestem, to po co ze mną rozmawiasz? Jesteśmy wrogami, to prawda, ale nie musimy się zaraz nienawidzić.

— Niech piekło pochłonie ciebie i twoje gładkie słówka — powiedział Baili. — Mieliśmy was za uczciwych najemników, ludzi, którzy robią jak najlepiej to, za co się im płaci, tak, ale nie poniżają się do takiego plugastwa, jakim wy się zajmujecie. Nocne morderstwa, zasztyletowani w karczmie, okaleczone konie, kradzieże doprowadzające człowieka do szaleństwa…

— Dlaczego winisz nas? — zapytał Marek. — Po pierwsze, wiesz dobrze, że my, Rzymianie, nie lubimy takiej wojny. Gdybyś o tym nie wiedział, nie przyszedłbyś tutaj. A po drugie, nawet gdybyśmy chcieli, to nie możemy, bo zamknęliście nas w tych górach.

— Zdaje się, że ktoś tam na równinach nie przepada za wami — powiedział Gajusz Filipus obojętnie, jakby rozmawiał o pogodzie.

Baili był o krok od wybuchu.

— W porządku! W porządku! Rozpuśćcie swoich głupich wieśniaków, jeśli tak to chcecie rozegrać. Wybijemy ich, nawet gdybyśmy musieli ściąć wszystkie drzewa i spalić wszystkie chałupy, stąd aż do samej stolicy. A wtedy wrócimy, żeby zająć się wami, i będziecie się modlić, żeby skończyło się na tym, co zrobimy waszym tchórzliwym pachołkom.

Gajusz Filipus nie powiedział nic, ale skrzywił brew. Dla Bailiego nic to nie znaczyło — Marek wiedział jednak, że weteran nie obawiał się tych gróźb.

— Coś jeszcze, Baili? — spytał trybun.

— Tylko to — powiedział ciężko namdalajski oficer. — Pod Sangarios walczyliście najlepiej jak umiecie, i walczyliście czysto. Później, gdy rozmawialiśmy o twojej propozycji wymiany, byłeś wspaniałomyślny, nawet kiedy nie wyszło tak, jak chciałeś. Więc dlaczego teraz to?

Szczere zakłopotanie w jego głosie zasługiwało na szczerą odpowiedź. Marek myślał przez chwilę, potem powiedział:

— Jak najlepsze wykonywanie tego, za co mi płacą, jak o tym mówisz, jest uczciwe, ale to nie moje zajęcie. Moim zadaniem jest utrzymać wszystko w należytym porządku, i w taki, czy inny sposób, zamierzam to robić.

Cenił sobie spojrzenie pełne podziwu i pochwały, które rzucił mu Gajusz Filipus, ale wiedział, że dla Bailiego to, co powiedział, nie miało najmniejszego sensu. Rzymski upór był cechą, która nie miała odpowiednika w tym świecie — ani przebiegli Videssanczycy, ani beztroscy Khatrishe, ani dumni Namdalajczycy nie doceniali jej wcale.

Jednak Baili nie był głupcem. Tak jak trybun użył jego sformułowania, teraz on rzucił mu w twarz jego własne słowa:

— W taki czy inny sposób, tak? Jak myślisz, jakież to podziękowania dostaniesz od videssa-ńskich magnatów, cudzoziemcze, jeśli nauczysz chłopów z gnojem między palcami zabijać? — Popatrzył w oczy Zonarasowi. — A ty, panie. Kiedy pojedziesz zbierać daninę, czy będziesz się czuł bezpiecznie, przejeżdżając obok krzaka, na tyle dużego, by mógł skrywać człowieka?

— Bezpieczniej, niż kiedy twoi junacy depczą mi po piętach — odparował Videssańczyk, ale skubał w zamyśleniu brodę.

— Przypominasz mi człowieka z pewnej historyjki, który wskoczył do ognia, bo było mu chłodno. Niech to spadnie na wasze głowy, a zobaczycie, że spadnie. — Baili odwrócił się do Skaurusa. — Pogrzebaliśmy tego twojego jeźdźca. Antakinos, tak się nazywał, prawda?

Jeśli znał nazwisko, nie blefował. Marek zastanawiał się, ilu kurierów zginęło, w ogóle do niego nie docierając.

— O, rzeczywiście? — powiedział. — No cóż, vale — żegnaj!

Baili chrząknął, wyraźnie spodziewając się jakiejś ostrzejszej reakcji. Kiwnął głową do swoich zastępców, którzy przyglądali się trybunowi i jego towarzyszom z jeszcze mniejszą sympatią, niż wykazał ich dowódca.

— Idziemy… dostał swoje ostrzeżenie, i jest to więcej, niż na to zasługuje. — Niemal z rzymską precyzją, Namdalajczycy zrobili w tył zwrot, i odmaszerowali do swoich koni.

Gdy Skaurus, Gajusz Filipus i Zonaras szli w kierunku żołnierzy Minucjusza, starszy centurion robił wszystko, by powstrzymać się od głupiego śmiechu.

— To będzie najlepszy rekrut, jakiego kiedykolwiek mieliśmy. Nic cię tak nie przekona do stanięcia po odpowiedniej stronie, jak widok twojego domu spalonego do fundamentów i wyrżniętych sąsiadów.

— Tak, chyba tak — powiedział Marek, ale w zamyśleniu. Argument Bailiego o konsekwencjach uzbrajania i szkolenia videssańskich wieśniaków martwił go bardziej, niż dał po sobie pokazać w obecności wyspiarza. Kiedy dawał Gajuszowi Filipusowi wolną rękę, nie myślał o niczym więcej, jak tylko o utrudnianiu życia Draxowi. Udawało mu się to, bez wątpienia — złość Bailiego najlepiej o tym świadczyła. Ale Namdalajczyk, niech go szlag trafi, miał rację — chłopi, którzy wzięli do ręki broń, by walczyć z ludźmi Księstwa, nie zapomną nagle jakimś cudownym sposobem wszystkiego czego się nauczyli, gdy skończy się już wojna. Ile czasu minie zanim zrozumieją, że nielubiany magnat czy poborca podatkowy z Imperium krwawią tak samo jak wyspiarze?

Zonaras zdawał się czytać w jego myślach. Poklepał trybuna po plecach, mówiąc:

— Nie spodziewam się, Skaurus, żeby ktoś na mnie napadł jutro ani też w przyszłym roku.

— Cieszę się — odparł Marek. Pociesza! się myślą, że w Videssos, tak jak w Rzymie, wielcy właściciele ziemscy byli zbyt potężni. Ich nacisk powinien się zmniejszyć. Imperium było silniejsze wtedy, gdy opierało się na wolnych chłopach niż teraz, gdy prowincjonalni magnaci spierali się ciągle z urzędnikami ze stolicy, i gdy obrona państwa spoczywała w rękach tak nieobliczalnych najemników, jak Namdalajczycy — albo Rzymianie.

Ale tego samego wieczoru Pakhymer śmiał się z niego, gdy powtórzył mu słowa Bailiego.

— I ty wściekałeś się na mnie za to, co zrobiłem w Yezd, a co musiało być zrobione.

— Jest jednak różnica — upierał się Marek.

1 ... 56 57 58 59 60 61 62 63 64 ... 130
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)