Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
— W świńskiej dupie — powiedział pogodnie Khatrish. Trybun wiedział, że on tego nie zrozumie. — Ładujesz po swojej stronie Wagi ile tylko możesz, a potem spodziewasz się najlepszego.
Ortodoksyjna myśl videssańska utrzymywała, że pewnego dnia Phos pokona swego nikczemnego rywala, Skotosa. Lud Pakhymera, który wyrósł z chaosu barbarzyńskich inwazji, nie był tak optymistyczny. Według niego, w walce dobra ze złem obie strony miały równe szanse, i stąd metafora z wagą. Dla Videssańczyków, a nawet dla Namdalajczyków, była to straszliwa herezja. Niezależni jak zawsze, Khatrishe pozostawali jednak przy swoich poglądach.
Marek cieszył się, że teologia go nie obchodziła.
Gajusz Filipus nauczył się już szanować opinie Pakhymera — ospowaty dowódca kawalerii miał w zwyczaju trafiać w sedno. Wydłubując kawałek rodzynka spomiędzy zębów, powiedział do Skaurusa:
— Ty, panie, zajmujesz się tym, co robią ci przeklęci politycy z Imperium. Czy będą nas mieli za ogrów, dlatego że użyliśmy ich poddanych do walki z wyspiarzami?
— Tylko ci, którzy sami są ogrami, tak mi się wydaje. To oni mają się czego bać. — Marek spojrzał na niego, zaintrygowany, bo rozważanie takich problemów nie było do niego podobne. — Dlaczego cię to martwi?
— Nic ważnego, naprawdę — powiedział starszy centurion, ale jego zakłopotany uśmiech świadczył o czymś innym. Marek czekał. Gajusz Filipus nieśmiało kontynuował: — Zresztą, kiedy Yezda i fanatycy Zemarkhosa zajmują wszystko stąd aż po Aptos, takie kłopoty nie mogą tam sięgnąć.
— Aptos? — Rzymianie zimowali tam po Maragha, ale minął już ponad rok odkąd opuścili to miasteczko i Skaurus zdążył już prawie o nim zapomnieć.
Gajusz Filipus zdawał się żałować, że w ogóle otworzył usta. Trybun myślał, że starszy centurion zatnie się ostatecznie, ale ten brnął dalej:
— Pewna wdowa po tamtejszym magnacie… jak ona się nazywała? Nerse Phorkaina, chyba tak, to całkiem miła kobieta. Ciekawe, co tam z jej synem, i Yezd i ze świętą wojną Zemarkhosa przeciwko wszystkiemu i wszystkim. Wolałbym, żeby nie pomyślała sobie, że dokładamy jej jeszcze jedno zmartwienie. Kiepska byłaby to zapłata za jej gościnność.
— Na pewno — zgodził się poważnie Marek. „Jak ona się nazywała”, akurat — pomyślał? Był pewien, że Gajusz Filipus pamiętał doskonale wszystko, co związane było z wdową po Phorkosie, łącznie z tym, jakie kamienie nosiła najchętniej w pierścieniach. Ale starszy centurion tak przywykł do pogardzania kobietami, że Skaurus wątpił, czy kiedykolwiek przyzna się do odmiennego uczucia, nawet przed sobą samym.
Topór o krótkim drzewcu raz po raz wgryzał się w czarny pień drzewa morwowego. Drzazgi leciały na boki. Drwal Bryennios odchrząknął z satysfakcją, gdy drzewo zaczęło się chwiać. Długie lata użycia wyszlifowały drzewce siekiery w miejscu, w którym obejmował je dłonią, tak iż było teraz delikatne niczym skóra młodej kobiety. Przeszedł na drugą stronę drzewa, pogłębił mniejsze wcięcie kilkoma uderzeniami i wrócił na miejsce. Jeszcze raz chrząknął. Chyba uda mu się spuścić morwę tam, gdzie stała stara olcha aż do burzy przed trzema laty. Wtedy będzie mu o wiele łatwiej pociąć ją na bale.
Wiatr zmienił się, przynosząc ze sobą ostry zapach palonego drewna. Bryennios wydał kolejny odgłos, tym razem niezbyt łagodny — to nie był Tralles, wypalacz węgla drzewnego, przy pracy. Domy w jego wiosce stały w płomieniach. Słyszał odległe zawodzenia kobiet i pokrzykujących Na-mdalajczyków.
Jakby myśl o ludziach Księstwa mogła ich wyczarować, trzech jechało w jego kierunku leśnym gościńcem.
— Ty tam! — krzyknął jeden z nich. Jego leniwy wyspiarski akcent połknął ostatnie m. Bryen-nios uśmiechnął się szyderczo, ale tylko do siebie. Namdalajczycy byli w pełnych zbrojach i trzymali swoje lance w gotowości. Drwal znowu zamachnął się toporem. Drzewo jęknęło. Jeszcze kilka uderzeń i runie na ziemię.
— Zacumuj to! — krzyknął wyspiarz. Żeglarski termin nic nie znaczył dla Bryenniosa, który nie widział nigdy wody większej niż staw dla kaczek, ale jego sens był oczywisty. Obniżył siekierę.
Udając, że na nich nie patrzy, kątem oka podpatrywał zbliżających się Namdalajczyków. Dwóch mogło być z wyglądu Videssańczykami, gdyby nie byli ogoleni. Trzeci miał jasne włosy i niepokojąco zielone oczy. Wszyscy byli wielkimi, dobrze zbudowanymi mężczyznami, przewyższającymi go o pół głowy albo i więcej, ale on był szerszy w ramionach, a jego muskuły grube i twarde od wieloletniej praktyki.
— Czego ode mnie chcecie? — zapytał. — Mam pracę do zrobienia. — Więcej pracy, dzięki waszej bandzie. — Nie krył swojego rozgoryczenia.
Starszy z dwójki śniadolicych Namdalajczyków wytarł czoło wierzchem dłoni. Wąski pasek czystej skóry wychynął spod warstwy sadzy i rdzawego potu. Reszta jego twarzy była nadal brudna.
— Chcesz, żeby wam oszczędzano takich wizyt, co? — powiedział. Bryennios popatrzył na niego jak na idiotę:
— A kto by nie chciał?
— Słusznie — uśmiechnął się słabo wyspiarz. — Cóż, nie jesteśmy zadowoleni, gdy pali się nasz wóz z zapasami i zabija dwóch strażników. Wiesz może kto ma takie świetne pomysły? Dobrze byśmy zapłacili, żeby poznać jego imię.
Drwal wzruszył ramionami i rozłożył ręce. Namdalajczyk warknął ze złością, szyderczo naśladując jego gest.
— Sam widzisz jak to jest. Jeśli nie dowiemy się, kim są ci rebelianci, musimy nauczyć wszystkich, jaka jest cena za ich ukrywanie.
Bryennios znowu wzruszył ramionami.
— Równie dobrze moglibyście gadać do siekiery tego głupka — powiedział wyspiarz o blond włosach. — Więcej by wam powiedziała.
Jego szmaragdowe spojrzenie ugodziło Bryenniosa. Zakończony szpicem pasek metalu, który ochraniał jego nos, nadawał mu wygląd jastrzębia. W końcu spiął konia i nawrócił. Jego towarzysze zrobili to samo.
Bryennios znowu zaatakował morwę. Po kilku potężnych uderzeniach upadła tam, gdzie powinna była upaść. Podszedł bliżej, by odrąbać większe gałęzie. Odmawiał cicho krótką modlitwę dziękczynną za to, że ludzie Księstwa nie wzięli na poważnie rady jasnowłosego rycerza i nie przyjrzeli się z bliska jego siekierze. Ciemnoczerwone, stężałe plamy na górze drzewca nie były kroplami żywicy.
— Dlaczego się wycofują? Nie mam pojęcia — powiedział do Marka khatrisherski zwiadowca, bezczelny jak wszyscy jego rodacy. — Chcesz wiedzieć „dlaczego”, spytaj czarównika. Ja wiem dobrze „co” i mówię ci, że Namdalajczycy zwijają obóz.
Trybun pogrzebał w sakiewce i rzucił jeźdźcowi sztukę złota.
— Cokolwiek by to było, dobre wiadomości zasługują na nagrodę. — Moneta zniknęła, zanim Marek zdążył walnąć się w czoło, ubolewając nad własną głupotą. — Po Kyzikos, to ty powinieneś mi płacić.
— Nie ma obawy, nie zmarnuje się. — Khatrish uśmiechnął się szelmowsko.
Trybun pojechał z nim na jego posterunek. Nie należąc do urodzonych jeźdźców, błogosławił strzemiona, które dawały ma jakieś szanse na to, by utrzymać się na tej wielkiej, nieobliczalnej bestii, którą ściskał kolanami.
Jedno spojrzenie ze szczytu urwistej skały wystarczyło, by upewnić się, że zwiadowca miał rację. Namdalajczycy Bailiego używali opuszczonego przez legionistów obozu, obok willi Zonarasa, jako własnej głównej bazy. Teraz leżał on pusty — Marek dotarł do punktu obserwacyjnego akurat na czas, by zobaczyć tylne straże kolumny Namdalajczyków wyjeżdżające z doliny na północ. Nawet z tej odległości widać było jak ciasno są zbici — wroga okolica była najlepszym sposobem na maruderów.