Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Obserwując wycofujących się wrogów, nie omieszkał także dobrze się przyjrzeć opuszczonej posiadłości. Zdawało mu się, że Namdalajczycy wciąż okupują dobrze ufortyfikowany dom Zonarasa. Jego podejrzenia potwierdziły się w ciągu następnych dni. Wyspiarze zostali na pozycjach, które miały powstrzymać legionistów. Nie mieli już siły uderzeniowej, ale ich defensywa nadal była mocna.
Kiedy jeźdźcy, którzy śledzili ruchy Namdalajczyków donieśli, że ich armia śpieszy na północny zachód, w kierunku Garsavry, Laon Pakhymer był tak zadowolony z siebie, że Marek miał ochotę go udusić.
— Widzisz, nawet Yezda mogą się do czegoś przydać — powiedział dowódca Khatrishów. — Kłopoty jednego to szansa dla innego.
— Hmmp — mruknął Skaurus. Wciąż miał nadzieję, że ludzie Księstwa zgniotą Yezda, choć musiał przyznać, że nie zmartwiłby się, gdyby ten sukces kosztował ich sporo sił. Nie zamierzał siedzieć bezczynnie w tym czasie. Jeśli kilka spośród wyspiarskich fortec padnie, droga na równiny znowu stałaby dla legionistów otworem. Góry były dobrą kryjówką, ale nic nie mogło się tutaj rozstrzygać, a na żyznych nizinach o wiele łatwiej było o prowiant dla armii. Robiło mu się niedobrze na widok kaszy i soczewicy, a wkrótce i tego mogło zabraknąć.
Oczywiście Zonaras chciał, by to jego willa była pierwszym z celów ataku, ale trybun musiał mu powiedzieć, nie. Dojścia do niej były zbyt odsłonięte i sam budynek zbyt silny. Stary magnat pokręcił smutno głową.
— Mógłbym się obejść bez tej pochwały.
Marek wybrał kilka dogodniejszych obiektów. Sam postanowił dowodzić szturmem na fortecę, która była nową namdalajską budowlą, o kilka mil na zachód od posiadłości Zonarasa. Dolina, w której została usytuowana, była centrum partyzantki — potyczki między wyspiarzami z tego garnizonu i partyzantami zmusiły wielu spośród okolicznych mieszkańców do ucieczki, a ludzie Księstwa uprawiali opuszczone pola. Patrząc na nie z ukrycia, trybun pomyślał, że także i z tym nieźle sobie radzili.
Nie było żadnego sygnału. Kiedy uznał, że nadeszła odpowiednia chwila, Pakhymer wysłał kilkudziesięciu jeźdźców, gnających na złamanie karku w głąb doliny. Galopowali przez bogate zielone pola, ścinając szablami zboże, tak by zostawić po sobie jak najszerszy pas zniszczenia. Kilku miało ze sobą płonące pochodnie, które rozrzucali tu i tam. Inni popędzili prosto na owce pasące się tuż obok zamku i zaczęli gnać je w stronę gór.
Z odległości czterystu jardów Marek słyszał okrzyki wściekłości z fortecy, widział ludzi biegnących na mury i strzelających na oślep do rabusiów na zewnątrz. Potem nad głęboką fosą spuszczono zwodzony most. Natychmiast z zamku wypadli rycerze, kopyta ich koni dudniły o drewniany most niczym grzmoty. Wyzierając zza gałęzi krzaka migdału, który służył mu za kryjówkę, trybun starał się ich policzyć. Trzydzieści osiem, trzydzieści dziewięć… według doniesień jego szpiegów, w zamku było około pięćdziesięciu żołnierzy.
Podczas gdy przerażone owce rozbiegły się na wszystkie strony, Khatrishe przegrupowali się, wykorzystując doskonale zwrotność i zwinność swoich koni. Zasypali odzianych w ciężkie zbroje Namdalajczyków gradem strzał. Skaurus widział jak jeden z wyspiarzy zakrył twarz dłońmi i wypadł z siodła, przetaczając się po końskim zadzie. Dwóch ludzi Pakhymera popędziło w kierunku Namdalajczyka, który nieopatrznie oddalił się od swoich towarzyszy, nacierając na niego z obu stron. Obserwujący ich z ukrycia trybun przygryzł wargę. Jak przekonać Khatrishów, że nie mogli mierzyć się z wyspiarzami w bliskich pojedynkach? Osłaniając lewy bok tarczą, Namdalajczyk wypchnął mężczyznę po swojej prawej stronie z siodła, a potem sprytnym cięciem zza głowy odgonił drugiego rozcinając mu ramię. Pozostali wyspiarze krzyknęli radośnie na widok tego wyczynu.
Jakby stracili nagle ducha walki, niedawni rabusie zaczęli uciekać w stronę gór, a ludzie Księstwa ruszyli za nimi. Koniki Khatrishów nie biegły teraz tak szybko jak przed chwilą — wydawało się, że nie są w stanie oderwać się od goniących je ciężkich namdalajskich wierzchowców. Wrzeszcząc i potrząsając lancami, Namdalajczycy z zapałem kontynuowali pościg.
Skaurus mierzył wzrokiem wciąż powiększający się dystans pomiędzy rycerzami i fortecą. Odwrócił się do manipułu, z którym spędził pod migdałami męczącą noc.
— No dobra chłopaki, biegiem! — krzyknął.
Wyskoczyli z ukrycia i pognali w kierunku zamku, niosąc kładki i naręcza gałęzi, które miały pomóc im przeprawić się przez fosę.
Byli już prawie w połowie drogi, zanim dostrzegł ich któryś z Namdalajczyków — jeźdźcy zajęci byli pościgiem, podczas gdy garstka pozostałych obrońców tylko im poświęcała uwagę. Potem jeden z ludzi na wałach wydał okrzyk przerażenia. Trybun był na tyle blisko, by widzieć usta otwarte ze zdziwienia. Wyspiarze rzucili się do mostu, chcąc podnieść go, zanim nadbiegną Rzymianie. Skaurus odsłonił zęby w uśmiechu — nie liczył na tyle szczęścia.
Grube dębowe bale były bardzo ciężkie, a w dodatku przejazd koni z ciężko uzbrojonymi rycerzami wcisnął drewniany pomost głęboko w miękką ziemię. Marek słyszał przekleństwa i postękiwania pracujących ciężko wyspiarzy, ale most ledwo zaczął się unosić, gdy jego caligae zadudniły na nim.
Rzucił się naprzód, starając się nie myśleć o fosie, która ziała głęboką jamą pod jego stopami. Wyspiarz, z rękami czarnymi od ziemi i połamanymi paznokciami, porzucił wreszcie daremne próby podniesienia mostu i wyszedł na niego, wyciągając jednocześnie miecz. Marek trzymał już swe długie galijskie ostrze w dłoni.
— Horacjusz, tak? — wydyszał.
Ale w odróżnieniu od kładki, którą legendarny rzymski bohater bronił kiedyś przed Etruskami, tutaj było wystarczająco dużo miejsca dla trzech lub czterech walczących mężczyzn. Zanim następni Namdalajczycy mogli dołączyć do pierwszego wojownika, Skaurus zaatakował go od przodu, Minucjusz od lewej, a jeszcze inny Rzymianin od prawej. Bronił się dzielnie, ale walka w trzech na jednego mogła trwać najwyżej kilka sekund. Żołnierz padł na deski z rozciętym gardłem, brzuchem i udem. Z triumfalnym wrzaskiem legioniści przeskoczyli przez jego ciało i wtargnęli na dziedziniec twierdzy. Kilku Namdalajczyków próbowało się bronić, większość jednak porzuciła broń widząc, że są bez szans.
Do tego czasu rycerze ścigający Khatrishów zrozumieli, że wpadli w pułapkę. Zawrócili i pełnym galopem pognali w kierunku fortu, rozpaczliwie spinając konie ostrogami. Ale Khatrishe także nawrócili i stali się raczej ścigającymi niż ściganymi. Wyspiarze, którzy mieli teraz większe zmartwienie, starali się ignorować ich strzały, choć coraz więcej wierzchowców biegło z pustym siodłem.
— Naprzód! Nie oszczędzać się! — krzyczał Skaurus. Legioniści wytężali wszystkie siły, podnosząc pomost. Krzyknęli radośnie, gdy oderwał się od mokrej ziemi i runął do fosy. Zrobili to umiejętnie — trybun nie słyszał, by którykolwiek z bali pękł przy uderzeniu.
Na zewnątrz wyspiarze kręcili się w kółko, nie mając pojęcia, co robić teraz, kiedy zamknięto przed nimi ich własny zamek. Khatrisherscy łucznicy przekonali ich, że nie powinni się jednak ociągać. Oglądając się ponuro przez ramię, pokłusowali na północ, prawdopodobnie chcąc połączyć się z głównymi siłami. Pakhymer pomachał do Marka, który zrobił to samo — szturm powiódł się o wiele lepiej, niż śmiał przypuszczać.
Noc spędził w zdobytym forcie, czekając na raporty od swoich oficerów. Jeździec należący do oddziału Gagika Bagratouni nadjechał tuż przed zachodem słońca, by donieść o sukcesie równie kompletnym i łatwym jak atak trybuna. Juniusz Blesus także osiągnął swój cel, ale kosztem ciężkiej walki.