Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Gajusz Filipus schylił się i znalazł kamień, który dobrze układał się w dłoni. Rzucił go niedaleko, ale mocno i kamień odbił się od stożkowatego hełmu Grusa. Namdalajczyk zachwiał się i wypuścił broń z ręki. Marek i starszy centurion przycisnęli go do ziemi i rozbroili.
— Ładny rzut — powiedział trybun.
— Widziałem, że nie chcesz go zabić.
Ras Simokattes patrzył to na oficerów, to na Pullo i Worenusza, którzy właśnie przyjmowali pochwały towarzyszy i nic z tego nie rozumiał.
— Kim wy właściwie jesteście? — spytał Skaurusa. — Wy dwaj wysilacie się, żeby oszczędzić tego tutaj… — Trącił nogą Grusa — …a tamci znowu to para żądnych krwi zabójców.
Trybun spojrzał na dwóch rywali. Juniusz Blesus właśnie składał im swoje gratulacje. Marek zmarszczył brwi. Wydawało się, że młodszy centurion nie jest w stanie zrozumieć niczego poza tym co widoczne gołym okiem. Trybun dostrzegł to już wcześniej. Odwrócił się do Simokattesa.
— Poczekaj moment, Ras. Zobaczysz kim jesteśmy. — Potem zawołał do Rzymian: — Pullo, Worenusz, pozwólcie tutaj.
Żołnierze wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Od razu ruszyli w stronę Skaurusa i stanęli przed nim na baczność.
— Mam nadzieję, że zakończyliście swój spór — powiedział łagodnie. — Uratowaliście sobie nawzajem życie, to chyba w zupełności wystarczy, żeby się pogodzić. — Mówił po videssańsku, ze względu na szefa pasterzy.
— Tak jest, panie — odpowiedzieli razem, i wyglądało na to, że rzeczywiście tak myślą.
— Odważni, to za małe słowo dla was. Cieszę się, że obaj w ogóle przeżyliście.
— Dzięki, panie — powiedział Pullo, uśmiechając się. Worenusz także się rozluźnił.
— Nikt nie powiedział spocznij, wy…! — ryknął Gajusz Filipus. Legioniści zesztywnieli. Czujność powróciła na ich twarze.
— Obaj nie dostaniecie tygodniowej wypłaty, za złamanie szyku podczas ataku — kontynuował Skaurus, teraz już bez łagodnego tonu. — Mieszając prywatne kłótnie do walki, nie tylko ryzykujecie własnym życiem, ale i bezpieczeństwem waszych towarzyszy. Nigdy więcej, rozumiemy się?
— Tak, panie — odpowiedzieli ponuro.
— W co wyście się bawili? — zażądał Gajusz Filipus. — Równie dobrze moglibyście być parą Galów. — Była to najgorsza obelga dla niekarnych żołnierzy. Worenusz zaczerwienił się, a Pullo grzebał nogą w ziemi, jak mały, nieznośny chłopiec. Niczym nie przypominali teraz okrutnych wojowników sprzed kilku minut. Gdy Skaurus ich zwolnił, odeszli cicho do swoich kompanów.
— No, więc kim jesteśmy, Ras? — spytał Simokattesa trybun.
— Bandą skurwysynów, jeśli chcesz wiedzieć — odezwał się, leżący na ziemi Grus.
— Zamknij się — rzucił Gajusz Filipus.
Simokattes z niedowierzaniem obserwował jak Rzymianie z pokorą wysłuchali reprymendy. Nigdy nie widział żołnierzy wyszkolonych aż do takiego posłuszeństwa. Podrapał się po głowie, potarł po zarośniętym policzku.
— Niech mnie piekło pochłonie jeśli wiem, ale cieszę się, że jestem z wami, a nie przeciwko wam.
— Ba! — powiedział Grus.
Odizolowany w południowo-wschodnich górach, Marek dotkliwie odczuwał brak jakichkolwiek wiadomości z szerokiego świata. Już prawie stracił nadzieję na to, że coś jednak do niego dotrze, kiedy posłaniec z Videssos, mały, elegancki mężczyzna o lisiej twarzy, przedarł się przez Namdalaj-czyków i został przechwycony przez patrol Khatrishów.
— Karbeas Antakinos, moje nazwisko — powiedział, kiedy przyprowadzono go do trybuna. Jego bystre oczy rozglądały się bacznie po obozie legionistów, niczego nie pomijając.
— Dobrze cię widzieć, dobrze cię widzieć — mówił Marek, potrząsając jego dłonią.
— Dobrze być tutaj, powiedziałbym raczej — stwierdził kurier. Mówił szybko, w rytmie staccato, charakterystycznym dla stolicy. — Jazda była okropna, wszędzie pełno przeklętych Hazardzi-stów. — Używał videssańskiego obraźliwego przezwiska dla ludzi Księstwa, którzy odpłacali się, nazywając Videssańczyków Bufonami. Rzymianin westchnął cicho — nie miał cierpliwości do sprzeczek między sektami Phosa.
Przypomniał sobie o tym, jak zdradliwy potrafi być Drax.
— Czy mógłbym prosić o twoje hm… listy uwierzytelniające — powiedział do Antakinosa.
— Tak, oczywiście. — Videssańczyk zatarł szybko ręce. — Miałem spytać cię o opinię Jego Wysokości Imperatora o kobietach z gorącym temperamentem.
Skaurus uspokoił się — Thorisin używał już tego hasła wcześniej.
— Są bardzo interesujące, ale męczące.
— Trafił w sedno, co? — zachichotał Antakinos. Jego śmiech, pogłębiony rezonującym tenorem, był lekki i miły dla ucha. — Pamiętam jedną dziewczynę, nazywała się Panthia, ale to już inna historia. Do interesu; jak wygląda sytuacja?
— Na razie ciągle stoimy w martwym punkcie. Wyspiarze, po tych kilku lekcjach, które im daliśmy, już nie wsadzają nosa w te okolice, ale ja też nie mogę się ruszyć. Zbyt wielu jest ich tam na dole. Czy Gavras może ich odciągnąć?
Posłaniec skrzywił twarz.
— Nie ma mowy. Właśnie poprowadził dwa regimenty do Opsikon, naprzeciwko Księstwa, żeby powstrzymać wyspiarzy, którzy tam lądują.
— Cholernie cudownie — powiedział Gajusz Filipus. — Myślę, że mogliśmy się tego spodziewać.
— Tak — powiedział Antakinos. — Chwała Phosowi, że to tylko zwyczajni rabusie, a nie Książę. Skoro o rabusiach mowa; piraci z Księstwa także pojawili się przy ziemiach zachodnich. Trzy dni przed tym jak wyruszyłem, Leimmokheir zawinął do portu po pościgu za czterema okrętami i zatopieniu piątego. A można być pewnym, że jest ich więcej w tamtej okolicy.
— Na bogów! — rzucił Skaurus, przechodząc z wrażenia na łacinę. Powrócił do videssa-ńskiego. — Chcesz mi więc powiedzieć, że jesteśmy w tej chwili jedyną siłą, jaka została Autokra-torowi?
— Właściwie, tak — zgodził się posępnie kurier. — Prawdę mówiąc, cieszę się, że będę mógł mu powiedzieć, jak wielu was tu widziałem. Po ee… nieszczęściu pod Sangarios, bał się, że cała armia Zigabenosa została zniszczona albo zdradziła, tak jak jej generał. — Niech szlag trafi wielkiego księcia Draxa — pomyślał Marek — podczas gdy Antikos kończył: — Ale wy nie wyglądacie na pokonanych.
— Mam nadzieję — prychnął Gajusz Filipus.
Laon Pakhymer nadszedł akurat na czas, by usłyszeć ostatnich kilka zdań.
— Pewnie, że nie — powiedział, mrugając oczami. — Bo twoi ludzie boją się ciebie bardziej niż Draxa. On ich może co najwyżej zabić. — Starszy centurion znowu się żachnął, ale nie wyglądał na niezadowolonego.
— Jechałeś przez tereny okupowane przez wyspiarzy — powiedział Marek do Antakinosa. — Jak odnosi się do nich tamtejsza ludność?
— Interesujące pytanie. — Antakinos spojrzał na niego z respektem. — Myślisz może o tym, żeby ich trochę podjudzić? Jego Wysokość mówił, że jesteś spryciarzem. No cóż, wygląda to tak: chłopi chętnie przypalaliby Hazardzistów na wolnym ogniu, bo kradną ich bydło, a magnaci zrobiliby to samo, bo kilku z nich musiało oddać swoje posiadłości ludziom Księstwa. — Posłaniec spo-chmurniał. — Niestety, obawiam się, że w miastach sytuacja jest odwrotna. Drax ściąga z nich haracz, to prawda, ale mniejszy niż podatki, które płacili Videssos. W dodatku mieszczanie liczą na to, że Namdalajczycy obronią ich przed Yezd.
Laon Pakhymer pokręcił nieznacznie głową, ale Antakinos zauważył to i podniósł pytająco brwi. Khatrish nie wytłumaczył się jednak, ku głębokiej uldze Skaurusa. Ta intryga ciągle jeszcze spędzała mu sen z oczu.