Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
— Co poszło nie tak? — spytał Marek.
— Zaczął swój cholerny atak za wcześnie — odparł khatrisherski zwiadowca, bez skrupułów krytykując cudzego oficera. — Namdalajczykom udało się zawrócić i uderzyć, zanim dobiegł do zamku. Ale odważny z niego facet; schylił się pod lancą i ściągnął Namdalajczyka z konia własną włócznią. — Khatrish skubał ucho, starając się coś sobie przypomnieć. — O, mam. Twój przyjaciel Apokavkos stracił mały palec u prawej ręki.
— To przykre — powiedział Skaurus. — Jak to znosi?
— On? Złości się na siebie. Kazał mi powiedzieć, że ciął zamiast pchać, i że to ostatni raz, kiedy popełnia ten błąd.
Nie dostał więc żadnych wiadomości tylko od Gajusza Filipusa. Marek nie martwił się tym specjalnie — cel starszego centuriona był najbardziej oddalony od jego zamku. Ale nazajutrz, wczesnym rankiem, posłaniec weterana doniósł o kompletnej klapie przedsięwzięcia. Nie umiał powiedzieć konkretnie co się stało. Skaurus nie usłyszał całej historii, dopóki Gajusz Filipus sam nie wrócił z niefortunnej wyprawy, kilka dni później. Trybun ściągnął wszystkich legionistów do obozu, obsadzając zdobyte twierdze Videssańczykami — mieszaniną magnackich strażników i partyzantów. Do wykonywania rutynowych, garnizonowych obowiązków powinni w zupełności wystarczyć.
— Pech, i tyle — wzruszył ramionami starszy centurion. — Khatrishe wjechali w pola drąc się jak trzeba, ale ci skurwiele w środku mieli parę katapult, o których nie wiedzieliśmy, dopóki ich nie użyli. Nieźli strzelcy. Rozwalili dwa konie i ściągnęli jednemu Khatrishowi głowę z ramion. Reszta od razu się zniechęciła i zamiast udawać, że ledwo się mogą ruszać, uciekli naprawdę. — Podniósł do ust łyżkę z gulaszem z baraniny. — Nie mogę ich za to winić. Siedzieliśmy pod drzewami, aż zrobiło się ciemno i poszliśmy sobie. Kilku moich ludzi dostało rozwolnienia, bo najedli się zielonych brzoskwiń, durnie.
Pomimo niepowodzenia weterana, Skaurus wiedział, że odniósł duży sukces. Ślinka leciała mu na myśl o zejściu na równiny; spędzając całe lato w górach, zostaliby w końcu bez ubrań i bez jedzenia. To prawda, że zjednoczone siły Draxa mogły zgnieść legionistów, ale na razie Drax miał inne problemy.
Senpat Sviodo zamachnął się, jakby chciał wyrzucić swoją pandourę, zdegustowany dźwiękiem, który właśnie wyprodukował, a który nawet niewrażliwe ucho Skaurusa odebrało jako wybitnie fałszywy.
— Szkoda, że nie możemy być znowu w górach — powiedział. — Tu, na dole, jest zbyt parno. Nie ma siły, żeby w tej wilgoci nastroić dobrze struny z jelit. Ach, moja słodka… — zanucił, przytulaj ąc pandourę j akby to była Nevrata. — Zasługuj esz na struny z najlepszego srebra. I… — dodał, śmiejąc się — …gdybym tak rozrzucał pieniądze dla ciebie, nie zdradziłabyś mnie, ty niestała ladacznico.
Z zapałem, jak prawdziwy entuzjasta, zaczął wyjaśniać jakie są zalety i wady różnego rodzaju strun. Marek z trudem ukrywał znudzenie — nawet nieodparty urok Senpata nie mógł przekonać go do zainteresowania się muzyką, a całodzienny marsz porządnie go zmęczył.
Ucieszył się gdy nadszedł Lucjusz Worenusz i dał mu pretekst do oderwania się od wykładu.
— O co chodzi tym razem? — zapytał. — Co takiego zrobił znowu Pullo?
— Co? — zamrugał Worenusz. — Aa, nie, nic panie. Po tej drace w dolinie zostaliśmy przyjaciółmi. Właściwie jesteśmy razem na warcie, przy wschodniej bramie. I właśnie przyjechał, panie, ee…jeden Yezda i chce z tobą rozmawiać.
— Jeden co? — tym razem to trybunowi opadła szczęka. Senpat znał łacinę na tyle, by wyłapać imię wroga swojego narodu. Uderzył ręką po strunach, wydając przeraźliwy brzęk, który nie był wynikiem rozstrojenia instrumentu. Trybun czuł jak zaciska usta.
— Co chciałby mi powiedzieć ten Yezda?
— Nie wiem, panie. Czeka na zewnątrz z białą szmatą przywiązaną do łuku. Poza tym nie ma ani włóczni, ani hełmu. Powiedziałbym, brudny żebrak — dodał Worenusz.
Marek wymienił spojrzenia z Senpatem. Twarz Vaspurakanera wyrażała dziwną mieszankę zdziwienia i wrogości. Skaurus czuł to samo.
— Przyprowadź go — powiedział w końcu. Worenusz zasalutował i odmaszerował. Pomimo niezbyt przychylnego opisu legionisty, Marek spodziewał się ujrzeć kogoś bardziej reprezentacyjnego niż Yezda, który stanął przed nim — może jakiegoś wysokiego stopniem oficera, pochodzącego od Makurani, z delikatną tylko domieszką krwi koczowników, wysokiego, szczupłego, przystojnego, o delikatnych dłoniach i smutnych, dużych oczach; jak kapitan, który bronił Khliat przed Mavrikiosem Gavrasem. Ale tylko obszarpany nomada na stepowym koniku jechał za Worenuszem, wyglądając dokładnie jak pierwszy lepszy Khamorth z armii Imperium. Żaden żołnierz nie zwrócił na niego uwagi. Jednak jego obecność tutaj, niedaleko od Kyzikos, była nożem w gardło Videssos.
Yezda, z kolei, nie wyglądał na szczęśliwszego będąc obozie wroga, niż Marek mając go u siebie. Kręcił nerwowo głową, rozglądając się na wszystkie strony, jakby zastanawiając się nad drogą ewentualnej ucieczki.
— Ty Skaurus, dowódca tych ludzi? — zapytał łamanym videssańskim.
— Tak — odparł z kamienną twarzą trybun. — O co chodzi?
— Ja Sevabarak, kuzyn dla Yavlaka, władcy klanów Menteshe. On przysyła mnie do ciebie zapytać, ile pieniędzy ty masz. Potrzebujesz mnóstwo, tak myślę.
— A to na co, jeśli można wiedzieć? — spytał Marek, wciąż nie chcąc mieć nic do czynienia z Yezd.
Sevabrak nie obraził się — właściwie wyglądał na rozbawionego.
— Bo my… Jak wy to mówicie?…Wypruliśmy flaki z tych takich twardych rycerzyków, w zeszły tydzień. Oho, ile więcej niż może to gówniane Imperium — powiedział. Potem, odginając palce przy kolejnych imionach, wyliczał. — Mamy Draxa, mamy Baili, mamy tego jak-mu-tam Vides-sańczyka co myśli, że on jest Imperium…
— Imperatorem — mechanicznie poprawił Skaurus. Oczy stojącego obok Senpata były okrągłe i wytrzeszczone. Tak samo, zresztą, jak jego.
Sevabrak machnął na niego ręką.
— Nieważne. Mamy. Mamy Turgota, Soterica, mamy Clozarta… nie, jego nie, on umarł, dwa dni do tyłu. No tak czy siak, mamy pełny nocnik Namdalajczyków. Chcecie, kupujecie, dużo pieniędzy. Jak nie… — Okrucieństwo i żądza krwi rozszerzyły jego oczy. — Zobaczymy, jak długo my możemy rozciągnąć ich życie. Jakieś kilka tygodni, mogę się założyć.
Ale Marek nie słuchał już tych gróźb. Oto podawano mu zduszoną rebelię na złotym talerzu — i jeśli legioniści odpowiednio się pospieszą, mogą jeszcze nie dopuścić Yezda na równiny. A jeśli chodzi o złoto…
— Pakhymer! — wrzasnął.
To mogło kosztować więcej niż mieli legioniści, ale on gotów był przełknąć wszystkie „a nie mówiłem” Khatrisha, byle tylko je dostać.
VIII
Wielki wóz skrzypiał, tocząc się majestatycznie przez łagodne wzniesienia stepu, na kołach o wysokości człowieka. Gorgidas siedział ze skrzyżowanymi nogami na kocu z koziego włosia, ostrząc stylus brzegiem swojego miecza — nie o takim użyciu myślał Gajusz Filipus, dając mu broń, zachichotał pod nosem i Grek. Sprawdził czubek, kłując nim opuszek kciuka. Wystarczy. Otworzył tabliczki i zmarszczył brwi, kiedy zobaczył jak niedbale wygładził wosk po tym, jak przepisywał swoje ostatnie uwagi na pergamin.
Skubał lewe ucho, zastanawiając się głęboko. Stylus poruszał się szybko po tabliczce, zostawiając za sobą wąskie spirale wosku. „Jeśli chodzi o wielkość zajmowanego terytorium, ani Vides-sos, ani Yezd nie mogą równać się z nomadami z północy. Gdyby zjednoczyli się pod jednym władcą, żaden naród nie mógłby się im oprzeć. Nie potrafią oni jednak rządzić się naprawdę mądrze, ani też wykorzystać bogatych zasobów, które stoją przed nimi otworem”.