Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
— Hm… Czemu więc nie zrobić go oficerem? Kto lepiej poprowadzi twoich partyzantów? Starszy centurion gapił się na niego zaskoczony.
— Na bogów, panie, toż to potrójna szóstka! — dwaj Rzymianie uśmiechnęli się do siebie krótko. W videssańskich regułach gry w kości, szóstki były najgorszym z wyników, nie najlepszym — jedna z tych drobnostek, które na zawsze czyniły Rzymian obcymi w tym kraju.
— Ty tam! — zawołał Gajusz Filipus.
— Mnie chcecie? — powiedział szef pastuchów, nie odwracając głowy. — Poczekajcie chwilę. Zręcznie rozdzielił dwa stada i wysłał je do dwóch różnych przełęczy, by nie zabrakło dla nich paszy. Poradziwszy sobie z tym, podszedł do Rzymian i ukłonił się w ten sam, pełen szacunku, ale nie służalczy sposób, w jaki kłaniał się Zonarasowi.
— Mogę coś dla was zrobić?
— Tak, ee… — zawahał się Marek, nie znając jego imienia.
— Tarasikodissa Simokattes — powiedział. Widząc zmieszanie na twarzach Rzymian, złagodniał. — Nazywają mnie Ras.
— No i bardzo dobrze — mruknął Gajusz Filipus, ale po łacinie.
Skaurus czuł to samo, ale kontynuował rozmowę z pasterzem: — Kiedy nas zobaczyłeś pierwszy raz, mówiłeś coś o podburzaniu wieśniaków. — Ras skinął głową. — Więc umiecie posługiwać się bronią?
— Tak, trochę. Łuk, włócznia, topór. Kiepski ze mnie szermierz. Mam za mało doświadczenia.
— Lubisz walczyć, co?
— Nie — odpowiedź była krótka i zdecydowana.
Starszy centurion rozpromienił się, co wyglądało nieco dziwnie w zestawieniu z jego, niemal zawsze, posępną twarzą.
— Miałeś rację, Skaurus. Ten może być dobry. — Odwrócił się ponownie do Simokattesa. — Co byś powiedział na małą zabawę z Namdalajczykami — tak, żeby żałowali, że się w ogóle urodzili?
Ras przyjrzał mu się. Jego twarz była tak samo szczera i surowa jak twarz Gajusza Filipusa. Ci dwaj: brodaty videssański pasterz i rzymski weteran, mieli wiele wspólnego — pomyślał Marek. Ale przynęta zarzucona przez starszego centuriona była zbyt kusząca, by ją zignorować.
— Powiedz mi o tym coś więcej — zażądał Simokattes.
Gajusz Filipus uśmiechnął się.
Starszy centurion był mniej radosny dwa dni później, kiedy i oglądał się do tyłu na willę Zonarasa, podczas gdy legioniści maszerowali pod górę.
— Powinniśmy byli to spalić — powiedział do Marka. — Drax będzie miał tu świetną fortecę.
— Wiem — odparł trybun — ale gdybyśmy ją rzeczywiście spalili, co pomyśleliby magnaci z gór? Czy ktoś stanąłby po naszej stronie? Jeżeli nie zostawimy ich rzeczy w spokoju, będą nas mieli za kolejną bandę barbarzyńców, nie lepszych od Namdalajczyków.
— Może i tak — powiedział Gajusz Filipus. — Ale nie będą też się do nas garnąć, kiedy zobaczą, że jesteśmy słabi.
Skaurus odchrząknął; niestety, starszy centurion również miał rację. Czy konflikt z Zonarasem i spalenie jego willi byłoby mniej szkodliwe niż zostawianie bazy dla Draxa? Wolałby wiedzieć lepiej, kiedy strategia musi ustąpić pola taktyce.
— Takich rzeczy uczysz się najpierw na błędach — tłumaczył Gajusz Filipus, gdy trybun podzielił się z nim swoimi wątpliwościami. Po chwili dodał: — Oczywiście, jeżeli twój błąd jest zbyt poważny, zabija cię i potem już niewiele możesz się nauczyć.
— Zawsze umiesz mnie pocieszyć — powiedział Marek sucho. Dojrzał jakiś ruch na północy, u wejścia do doliny, w której stał dom Zonarasa. — Wycofaliśmy się w sam czas. Wyspiarze już są. Myślisz, że tylna straż coś im zrobi?
— Pod młodym Tarasiosem? Żadnych szans — starszy centurion mówił to z żalem, ale bez złudzeń. Zawołał do żołnierza: — Ty tam, Florus, biegnij, przyprowadź tutaj tego faceta od pastuchów, Rasa. Powinien to widzieć. — Rzymianin zasalutował i pobiegł wykonać rozkaz.
Z gorączkowymi wypiekami na twarzy, Tanasios Zonaras odmówił, gdy namawiano go, by przyłączył się do Rzymian i wycofał w góry:
— Nie — powiedział zduszonym szeptem, bo tylko to zostało z jego głosu. — Tutaj zostanę. I tak mam już niewiele czasu. Walka o moją ziemię to szybszy i lepszy koniec niż ten, którego oczekiwałem.
Rodzina nie była w stanie odwieść go od tego zamiaru, a Skaurus nawet nie próbował, bo według stoików, człowiek może sam decydować o tym, kiedy chce umrzeć. Florus powrócił, prowadząc ze sobą Rasa Simokattesa.
— O co chodzi, cudzoziemcze?
— Tylko patrz — powiedział Gajusz Filipus.
Żołnierze Księstwa, doświadczeni i rozsądni weterani, wjeżdżając do doliny, ustawili się w wachlarz, nie chcąc wpaść w zasadzkę. Zaczęli poruszać się szybciej, gdy dojrzeli porzucony obóz legionistów. Podnieśli wzrok do góry i spostrzegli kolumnę wycofujących się wojsk.
Byli już blisko willi, kiedy Tarasios i jego ludzie wypadli z sadu, który służył im za kryjówkę, i ruszyli do ataku Wzniesione szable błyszczały w słońcu, gdy poganiali konie. Z tej odległości wszystko było maleńkie, ciche i doskonałe; realistyczny obraz, który jakąś dziwną mocą się poruszał Jeden z Namdalajczyków wypadł z siodła, potem następny. Ale po chwili paniki, Namdalajczy-cy zaczęli kontratakować. Nadjeżdżało ich coraz więcej, by rozprawić się z oddziałem Tarasiosa.
Simokattes rzucił okiem na rodzinę młodego Zonarasa. Sittas, z twarzą pobrużdżoną głębokimi zmarszczkami rozpaczy, obserwował nierówną walkę. Od czasu do czasu poruszał rękoma naśladując uderzenie, które powinno teraz nastąpić. Jego żona i córka obejmowały się w milczeniu, Erythro płakała. Szef pasterzy, zaciskając swoje silne, twarde pięści w bezsilnej złości, powrócił spojrzeniem do bitwy na dole. Walka była już prawie skończona.
— Co widzisz? — zapytał go Gajusz Filipus.
— Odważnego człowieka — odparł cicho Simokattes.
— Może i tak, ale przy tym i głupiego. — Simokattes odwrócił się ze złością, ale starszy centurion mówi! dalej tak poważnie jak zawsze: — Zastanów się nad tym Ras, i to zastanów się dobrze. Wkrótce to ty będziesz prowadził swoich ludzi na wyspiarzy, i to nie tak wyszkolonych i uzbrojonych jak ci, których miał za sobą Tarasios. No i co on zrobił? Wyjechał z ukrycia, zamiast czekać tam na wroga, i zaatakował duży oddział niewielkim, a powinno być odwrotnie. Odważny? Do czego mu się przydała ta odwaga albo żołnierzom, którzy poszli za nim? — W dolinie, żaden Videssanczyk nie siedział już na koniu. — Cała sztuka w tym, jak zaszkodzić wrogowi, a nie własnym ludziom.
Simokattes milczał przez chwilę. W końcu powiedział.
— Twardy z ciebie człowiek, Rzymianinie.
— Pewnie tak, ale zajmuję się tą brudną robotą od trzydziestu lat i wiem, o co tu chodzi. To właśnie na to się zgodziłeś, mówiąc o podburzaniu chłopów. Jeśli ci to nie odpowiada, wracaj do swoich krów.
Simokattes zamierzył się na niego. Był to cios zrodzony głównie z frustracji. Gajusz Filipus spokojnie, choć z odpowiednią szybkością, schylił się i podszedł krok, chwytając jednocześnie rękę pasterza i wykręcając mu ją za plecami, aż ten nie mógł złapać powietrza z bólu. Starszy centurion puścił go od razu i klepnął po ramieniu.
— Co tam sobie o mnie myślisz, to twoja sprawa, ale posłuchaj mnie. Kiedyś uratuje ci to skórę. — Simokattes skinął szorstko głową i odszedł.
— Poradzi sobie — powiedział Gajusz Filipus, patrząc na oddalającego się pasterza.
— Musiałeś być dla niego taki ostry? — spytał trybun.
— Myślę, że tak. Amatorzy zabierają się do tego interesu pełni jakichś głupawych idei.
Gorzka wiedza Marka, zdobyta w ciągu ostatnich trzech lat, kazała mu dodać: