Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
— Wciąż ta sama odwieczna hipokryzja. Życie jest walką, w której zwyciężają najsilniejsi. Jedyną rolą cywilizacji jest maskowanie krwi i ozdabianie nienawiści pięknymi słówkami!
— Może waszej cywilizacji. Nasza niczego nie maskuje. Jest pełna prostoty. U nas królowa Teaea nosi własną skórę… Jesteśmy posłuszni tylko jednemu jedynemu prawu — prawu ludzkiej ewolucji.
— Prawo ewolucji głosi, że przeżywa najsilniejszy!
— Zgoda; zaś najsilniejszymi, w egzystencji każdego społecznego gatunku, są jednostki najwyżej zorganizowane. Mówiąc w ludzkich kategoriach: te o najwyższej etyce. Widzisz, my na Anarres nie znamy ofiar ani wrogów. Mamy tylko siebie. Wzajemne zadawanie sobie ran nie dodawałoby nam siły. Przyczyniałoby się jedynie do słabości.
— Nie dbam o zadawanie czy niezadawanie ran. Nie dbam o innych, podobnie jak inni o to nie dbają. Udają tylko. Ja nie chcę udawać. Chcę być wolna!
— Ależ Veo — zaczął czule, bo poruszyło go głęboko to jej pragnienie wolności, zadzwonił jednak dzwonek u drzwi, Vea wstała, wygładziła spódnicę i z uśmiechem na twarzy poszła witać gości.
W ciągu następnej godziny zeszło się ze trzydzieści — czterdzieści osób. Szevek był z początku rozdrażniony, znudzony i zniechęcony. Jeszcze jedno przyjęcie, na którym wszyscy stoją ze szklankami w rękach, uśmiechają się i rozmawiają głośno. Wnet jednak zaczęło robić się ciekawiej. Wszczynano dyskusje, wybuchały spory, goście siadali i pogrążali się w rozmowach; zaczęło to przypominać przyjęcia w jego ojczyźnie. Roznoszono kruche ciasteczka, kawałki mięsa i ryb, baczny kelner niestrudzenie napełniał szklanki. Szevek wypił drinka. Od miesięcy obserwował wlewających w siebie alkohol Urrasyjczyków i nie dostrzegł, aby któryś się od tego rozchorował. Trunek smakował jak lekarstwo, ktoś wyjaśnił mu jednak, że składa się głównie z gazowanej wody, a tę lubił. Był spragniony, wychylił więc szklankę do dna. Dwóch mężczyzn uparło się, żeby z nim rozmawiać o fizyce. Jeden z nich był dobrze wychowany i Szevekowi udało się odeń uwolnić, trudno mu bowiem było rozprawiać o fizyce z niefizykami. Drugi natomiast okazał się natrętem. Szevek skonstatował jednak, że irytacja, którą tamten w nim wzbudzał, niepomiernie ułatwia rozmowę. TyPek znał się na wszystkim, pewnie dlatego, że miał forsy jak lodu.
— Pańska teoria jednoczesności, tak jak ja to widzę — informował Szeveka — zaprzecza po prostu najoczywistszemu faktowi, jaki się wiąże z czasem, temu mianowicie, że czas upływa.
— No cóż, w fizyce, inaczej niż w interesach, człowiek podchodzi ostrożnie do tego, co się nazywa „faktami” — odpowiedział mu Szevek opanowanym i uprzejmym tonem, w jego spokoju było jednak coś takiego, co kazało Vei, gawędzącej nie opodal w grupce gości, odwrócić się i nadstawić ucha. — Używając terminów teorii jednoczesności, następstwa nie uważa się za zjawisko fizykalnie obiektywne, ale subiektywne.
— Proszę, żeby pan przestał straszyć Dearriego i wyjaśnił nam, co to znaczy w języku bobasków — wtrąciła Vea. Jej przenikliwość kazała Szevekowi uśmiechnąć się.
— No cóż, przywykliśmy uważać, że czas „mija”, przepływa obok nas; a jeśli to my się poruszamy, od przeszłości do przyszłości, odkrywając rzeczy wciąż nowe? Jak widzicie, przypominałoby to poniekąd czytanie książki. Książka zawiera się — cała i skończona — pomiędzy okładkami. Ale jeśli chcecie poznać tok opowieści i zrozumieć go, musicie zacząć od pierwszej strony i przewracać kolejno następne. Kosmos byłby więc taką ogromną księgą, a my maleńkimi jej czytelnikami.
— Pozostaje jednak faktem — zauważył Dearri — że doświadczamy kosmosu jako następstwa, upływu. Jakiż więc pożytek z teorii, która głosi, że na jakimś wyższym piętrze pozostaje on wiecznie jednoczesny? Rozrywka dla was, teoretyków, zapewne, bez praktycznego jednakże zastosowania — bez odniesienia do realnego życia. Chyba że implikuje to możliwość zbudowania machiny czasu! — dorzucił z jakąś krewką, fałszywą jowialnością.
— Ale przecież my nie doświadczamy kosmosu jedynie jako następstwa — zauważył Szevek. — Czy nigdy pan nie śni, panie Dearri? — Dumny był z siebie, że choć raz pamiętał, by nazwać kogoś „panem”.
— Co to ma do rzeczy?
— Wygląda na to, że czasu w ogóle doświadczamy jedynie w świadomości. Małe dziecko nie postrzega go; nie potrafi zdystansować się wobec swej przeszłości i pojąć, jak ma się ona do teraźniejszości, ani wyobrazić sobie, jak teraźniejszość może się odbić na przyszłości. Nie rozumie, że czas mija; nie pojmuje, co to takiego śmierć. Pogrążony w nieświadomości umysł dorosłego jest podobny do umysłu niemowlęcia. W snach czas nie istnieje, następstwo ulega odwróceniu, przyczyna i skutek przeplatają się ze sobą. Nie istnieje czas w micie i legendzie. O jakiej to bowiem przeszłości mówi podanie, kiedy stwierdza: Dawno, dawno temu…”? Podobnie mistyk, gdy nawiązuje na nowo więź między rozumem a nieświadomością, poczyna postrzegać wszystko jako jedność i rozumieć prawdę wiecznego powrotu.
— Właśnie, mistycy — rzekł z ożywieniem mniej śmiały z dwójki mężczyzn. — Tebores w Ósmym Tysiącleciu napisał: Umysł pogrążony w nieświadomości współistnieje z całym kosmosem.
— Ale my przecież nie jesteśmy dziećmi — zauważył Dearri — jesteśmy rozumnymi ludźmi. Czy pańska jednoczesność to coś w rodzaju mistycznego wstecznictwa?
Nastąpiła pauza, podczas której Szevek nałożył sobie ciasta, na które nie miał ochoty, i zjadł je. Już raz stracił tego dnia cierpliwość i zrobił z siebie głupca. Wystarczy.
— Może mógłby ją pan potraktować — powiedział — jako próbę przywrócenia równowagi. Widzi pan, teoria następstw pięknie tłumaczy nasze poczucie linearności czasu oraz świadectwo ewolucji.
Mieści w sobie akt stworzenia i śmierć. Lecz tu się zatrzymuje.
Zajmuje się tym wszystkim, co podlega zmianie, nie potrafi jednak wytłumaczyć, dlaczego rzeczy nie tylko zmieniają się, ale i trwają.
Mówi wyłącznie o czasie jako strzale — nigdy jako kole.
— Kole? — spytał bardziej uprzejmy z dociekliwych mężczyzn z tak wyraźnym pragnieniem zrozumienia, o co chodzi, że Szevek całkiem zapomniał o Dearrim i z entuzjazmem wdał się w wyjaśnienia, gestykulując i wymachując rękami, jakby usiłował namacalnie ukazać swemu słuchaczowi strzały, koła i drgania, o których mówił.
— Czas porusza się zarazem po kole i po linii. Planety obracają się. Jeden cykl, jeden obieg po orbicie wokół słońca stanowi rok, prawda? A dwa obiegi — dwa lata, i tak dalej; można liczyć te obroty w nieskończoność — obserwator może je liczyć. To w istocie dzięki temu systemowi odmierzamy czas — oto nasz czasomierz, nasz zegar. Ale w obrębie tego systemu, wewnątrz cyklu, gdzie tu czas? Gdzie początek, gdzie koniec? Wieczna powtarzalność to proces czasowy. Aby go postrzec jako czasowy, trzeba go porównać, odnieść do jakiegoś innego cyklicznego albo niecyklicznego procesu. To bardzo dziwne i ciekawe, nieprawdaż? Trwałe związki chemiczne składają się z cząsteczek będących w regularnym, okresowym ruchu względem siebie. W gruncie rzeczy to owe mikroskopijne, odwracalne w czasie cykle atomu zapewniają materii dostateczną trwałość, aby stała się możliwą ewolucja. Czas tworzą zsumowane maleńkie okresy bezczasu. A dalej, już na wielką skalę — kosmos: przypuszczamy, że cały wszechświat jest procesem cyklicznym, oscylacją rozszerzania się i kurczenia, bez żadnego przedtem czy potem. Jedynie w obrębie każdego z tych wielkich cykli, tu, gdzie żyjemy, jedynie tutaj czas przebiega liniowo, dokonuje się ewolucja, zachodzą zmiany. A zatem czas ma dwa aspekty. Jest strzałą, płynącą rzeką — bez czego nie byłoby zmiany, postępu, kierunku ani stworzenia. I jest kołem, bądź cyklem, poza którym jest chaos, następstwo chwil bez znaczenia, świat bez zegarów, pór roku i obietnic.