Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
Nie była duża… Bloki padającej budowli uderzyły o siebie w taki sposób, że utworzyły cysternę, którą deszcz wypełnił do połowy.
Twardziel Jackson klepnął syna w ramię.
— Świeża woda! Nareszcie! — zawołał. — Dobra robota, chłopcze!
— Wiesz, szukałem tych tak jakby malunków, tato, i wtedy…
— Tak, tak, obrazki ośmiornic, bardzo ładne — zgodził się Jackson. — Ha! Piłka teraz ich trafiła w stopę, nie ma co! To nasza woda, po naszej stronie wyspy, i chciałbym zobaczyć, jak te brudne dranie twierdzą inaczej! Niech sobie zatrzymają swoje drewno, a wodę wysysają z ryb!
— Jasne, tato — przyznał Les. — I możemy wymienić z nimi trochę wody na drewno i mąkę, tak?
Ojciec z wahaniem machnął ręką.
— Może. Ale nie warto się z tym spieszyć. Jesteśmy już blisko odkrycia wodorostu, który będzie się palił. Pomyśl, jakie są nasze dalekosiężne cele?
— Gotowanie posiłków i ogrzanie się? — zaproponował z nadzieją Les.
— No, początkowo… To oczywiste. Ale wiesz, chłopcze, jak to mówią: „Daj komuś ogień, a będzie mu ciepło przez jeden dzień, ale wrzuć go do ognia, a będzie mu ciepło do końca życia”. Rozumiesz, o co mi chodzi?
— Nie wydaje mi się, żeby takie było to powiedzenie…
— Chodzi mi o to, że możemy przetrwać na wodzie i surowych rybach przez… no, praktycznie przez wieczność. Ale tamci nie wytrzymają już długo bez świeżej wody. Jasne? I wtedy przyjdą do nas jak żebracy, jasne? A my będziemy dyktować warunki.
Objął syna za oporne ramiona i szerokim gestem wskazał okolicę.
— Widzisz, kiedy zaczynałem, nie miałem niczego oprócz starej łodzi, którą zostawił mi twój dziadek, ale…
— …harowałeś i oszczędzałeś… — podpowiedział ze znużeniem Les.
— …harowałem i oszczędzałem…
— …i zawsze potrafiłeś utrzymać się na powierzchni…
— …właśnie, zawsze potrafiłem utrzymać się na powierzchni…
— …i chciałeś mi zostawić coś, co… auu!
— Przestań się nabijać z ojca — oburzył się Jackson. — Bo przyłożę ci w drugie ucho. Rozejrzyj się. Widzisz tę ziemię? Widzisz?
— Widzę, tato.
— To kraina nowych możliwości.
— Tylko że nie ma tu świeżej wody, a gleba jest zasolona, tato, i brzydko pachnie.
— To zapach wolności, ot co.
— Ale cuchnie, jakby ktoś puścił wielkiego bąka, tato… auu!
— Czasami jeden i drugi zapach są całkiem do siebie podobne. Pamiętaj, chłopcze, myślę o twojej przyszłości.
Les spojrzał na całe akry gnijących wodorostów.
Uczył się, by zostać rybakiem jak ojciec, ponieważ ich rodzina zawsze się zajmowała rybołówstwem. Les miał zbyt zgodną naturę, by protestować, choć w rzeczywistości chciał zostać malarzem, jak jeszcze nikt w rodzinie. Zauważał pewne fakty i martwiły go, choć nie całkiem potrafiłby wyjaśnić dlaczego.
Te budynki nie wyglądały tak, jak powinny. Tu i tam pojawiały się fragmenty… no, architektury, jak morporskie kolumny albo klatchiańskie arkady. Jednak dodano je do budowli wyglądających, jakby bardzo niezręczni ludzie zwyczajnie poukładali kamienie jeden na drugim. W innych miejscach kamienne bloki stały na starszych ceglanych murach i wykładanych mozaikami podłogach. Nie miał pojęcia, kto wykonał te mozaiki, ale wyraźnie lubił wizerunki ośmiornic.
Lesa zaczynało ogarniać uczucie, że Morporczycy i Klatchianie, kłócący się, kto jest właścicielem tego fragmentu morskiego dna, postępują całkiem bezsensownie.
— Wiesz… ja też myślę o swojej przyszłości, tato — powiedział. — Naprawdę myślę.
Głęboko pod stopami Twardziela Jacksona Okręt wynurzył się na powierzchnię. Sierżant Colon odruchowo sięgnął do śrub mocujących pokrywę włazu.
— Proszę nie otwierać, sierżancie! — wykrzyknął Leonard, podrywając się z miejsca.
— Powietrze się robi dość zużyte, sir.
— Na zewnątrz jest gorsze.
— Gorsze niż tutaj?
— Jestem prawie pewien.
— Przecież jesteśmy na powierzchni!
— Na powierzchni wody, sierżancie, to prawda — odezwał się Vetinari.
Obok Nobby odkorkował aparat do wyglądania i wyjrzał.
— Jesteśmy w jaskini? — zapytał Colon.
— Eee… sierżancie… — wyjąkał Nobby.
— Kapitalne! Doskonale przemyślane — ocenił Vetinari. — Tak. Jaskinia. Można tak to określić.
— Eee… sierżancie… — powtórzył Nobby, szturchając Colona w bok. — To nie jest jaskinia. To coś większego od jaskini, sierżancie!
— Jak to? Chodzi ci o… pieczarę?
— Większe!
— Większe od pieczary? Bardziej jakby… wielka pieczara?
— Tak, to mniej więcej to — zgodził się Nobby, odsuwając oko od urządzenia. — Niech pan sam popatrzy, sierżancie.
Sierżant Colon zajrzał do rury.
Zamiast ciemności, której się właściwie spodziewał, zobaczył wrzące jak woda w rondlu morze. Zielone i żółte zygzaki błyskawic tańczyły nad powierzchnią, oświetlając daleką ścianę, która wyglądała raczej jak horyzont…
Rura obróciła się z piskiem. Jeśli to była pieczara, miała co najmniej kilka mil średnicy.
— Długo jeszcze? Jak sądzisz? — spytał lord Vetinari za jego plecami.
— Cóż, skała ma dużą zawartość pumeksu i tufów, bardzo lekkich, a kiedy już wypłynęła, nagromadzony gaz zaczął się ulatniać bardzo prędko z powodu rozprężania — odparł Leonard. — Nie wiem… może jeszcze tydzień… Potem, jak sądzę, trzeba będzie bardzo długiego czasu, zanim na nowo zbierze się wystarczająco wielki bąbel gazu…
— Co oni gadają, sierżancie? — spytał Nobby. — Ta wyspa pływa?
— Absolutnie wyjątkowe zjawisko — ciągnął Leonard. — Pomyślałbym, że to tylko legenda, gdybym nie zobaczył na własne oczy…
— Ależ oczywiście, że nie pływa — odpowiedział sierżant Colon. — Doprawdy, Nobby, jak w ogóle chcesz się czegoś dowiedzieć, skoro cały czas zadajesz takie głupie pytania? Ziemia jest cięższa od wody, prawda? Dlatego zawsze leży na dnie morza.
— No tak, ale on mówił o pumeksie, a moja babcia miała kostkę pumeksu, świetną do ścierania twardej skóry ze stóp w kąpieli, i ona pływała…
— Tak zdarza się w wannie, być może. Ale nie w rzeczywistości. To tylko takie zjawisko. Nie naprawdę. Zaraz jeszcze powiesz, że w niebie są kamienie.
— Tak, ale…
— Jestem sierżantem, Nobby.
— Tak jest, sierżancie.
— Przypomina mi to — podjął Leonard — morskie opowieści o gigantycznych żółwiach, które śpią na powierzchni, a marynarze sądzą, że to wyspa. Oczywiście nie ma tak małych gigantycznych żółwi.
— Wie pan, panie Quirm, to niesamowita łódź — oświadczył Nobby.
— Dziękuję.
— Założę się, że gdyby pan zechciał, mógłby pan nią rozbijać okręty.
Zapadło krępujące milczenie.
— Rzeczywiście bardzo ciekawe doświadczenie — stwierdził lord Vetinari, robiąc jakieś notatki. — A teraz, panowie, w dół i naprzód poproszę…
Strażnicy sięgnęli po broń.
— To D’regowie, sir — powiedział Marchewa. — Tylko że nic się nie zgadza…
— O co ci chodzi?
— Jeszcze nie zginęliśmy.
Patrzą na nas jak koty na myszy, pomyślał Vimes. Nie możemy uciec i nie możemy wygrać tej walki, a oni chcą się przekonać, co zrobimy.
— Co generał Tacticus ma do powiedzenia o takich sytuacjach? — spytał Marchewa.