Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
— To prawda. Jest jeszcze jedna sprawa, nie tylko nigdzie niespisana, ale trudno o niej nawet mówić. Muszę cię ostrzec.
Skoro nawet książę Vorkosigan ma kłopoty, by to z siebie wyrzucić…
— O co chodzi? — spytał ostrożnie Mark.
— Istnieje… fałszywa teoria dziedziczenia, według której jako potomek jednej z sześciu linii jestem następcą tronu Cesarstwa Barrayaru, gdyby cesarz Gregor zmarł bezpotomnie.
— Tak — rzekł zniecierpliwiony Mark. — Wiem o tym. Przecież od tego wziął początek spisek Galena. Najpierw pan, potem Miles, po nim Ivan.
— Owszem, ale dziś kolejność wygląda inaczej: ja, Miles, po nim ty, potem Ivan. W tej chwili Miles — formalnie rzecz biorąc — nie żyje. Czyli celem mogę być ja, a zaraz po mnie ty. Nie jako kopia Milesa, ale ty jako ty.
— Bzdura — wybuchł Mark. — To brzmi jeszcze niedorzeczniej niż pomysł, żebym miał zostać księciem Vorkosiganem!
— Trzymaj się tej myśli — poradziła księżna. — Powtarzaj ją i nigdy nie daj po sobie poznać, że możesz myśleć inaczej.
Wpadłem między szaleńców.
— Gdyby ktokolwiek zaczął z tobą rozmawiać na ten temat, jak najszybciej zawiadom o tym mnie, Cordelię albo Simona Illyana — dodał książę.
Mark wcisnął się w fotel, jak mógł najgłębiej.
— Dobrze…
— Przestraszyłeś go, mój drogi — zauważyła księżna.
— W tej sprawie paranoja staje się koniecznym warunkiem zachowania dobrego zdrowia — rzekł ze smutkiem książę. Przez chwilę obserwował Marka w milczeniu. — Wyglądasz na zmęczonego. Zaprowadzimy cię do twojego pokoju. Umyjesz się i odpoczniesz.
Wszyscy troje wstali. Mark wyszedł za Vorkosiganami do brukowanego korytarza. Księżna ruchem głowy wskazała korytarz o łukowym sklepieniu biegnący pod krętymi schodami.
— Pojadę rurą windową, by zobaczyć się z Eleną.
— Dobrze — zgodził się książę. Mark musiał ruszyć za nim po schodach. Pokonawszy dwie kondygnacje, przekonał się, w jak kiepskiej jest formie. Zanim dotarli na drugie półpiętro, dostał zadyszki jak starzec. Książę skręcił w korytarz na trzecim piętrze.
— Nie chcecie mnie chyba umieścić w pokoju Milesa? — spytał z przestrachem Mark.
— Nie. Ale ten pokój należał do mnie, gdy byłem dzieckiem.
Czyli przed śmiercią jego starszego brata. Pokój drugiego syna. Świadomość tego była równie nieprzyjemna jak myśl, że mógłby tu mieszkać Miles.
— Dziś to pokój gościnny. — Książę uchylił kolejne zwykłe drewniane drzwi na zawiasach. Oczom Marka ukazała się słoneczna komnata. Ręcznie robione drewniane łóżko i szafki w nieokreślonym wieku musiały być warte fortunę; stojąca u rzeźbionego wezgłowia konsola sterująca światłem i mechanicznie zamykanymi oknami wyglądała wręcz niestosownie.
Obejrzawszy się za siebie, Mark pochwycił pytający wzrok księcia, który wydał mu się tysiąc razy gorszy od pełnych uwielbienia spojrzeń Dendarian, kiedy jeszcze uważali go za Naismitha. Przycisnął dłonie do głowy i wychrypiał:
— Milesa tu nie ma!
— Wiem — odparł cicho książę. — Chyba szukałem w tobie… samego siebie. I Cordelii. I ciebie.
Chcąc nie chcąc, Mark poszukał w księciu swoich cech. Nie był pewien. Kiedyś Vorkosigan miał zapewne ten sam kolor włosów. Włosy Marka i Milesa były tak samo ciemne jak włosy młodszego admirała Vorkosigana na holowidach. Mark wcześniej już wiedział, że Aral Vorkosigan jest młodszym synem starego generała księcia Piotra Vorkosigana, ale jego starszy brat nie żył od sześćdziesięciu lat. Zdumiała go szybkość, z jaką obecny książę przypomniał sobie o tym i skojarzył z jego osobą. Dziwne i straszne. Miałem zabić tego człowieka. Nadał mogę. W ogóle nie dba o własne bezpieczeństwo.
— Ludzie z CesBezu nawet nie potraktowali mnie fast — pentą. Nie boi się pan, że nadal mogę być tak zaprogramowany, żeby pana przy najbliższej okazji zabić? — A może jego wygląd sugerował, że nie stanowi poważnego zagrożenia?
— Udawało mi się, że zabiłeś już swego przybranego ojca. Doznałeś katharsis, więc chyba wystarczy? — Książę w zadumie skrzywił usta.
Mark przypomniał sobie zdziwienie Galena, gdy strzał z porażacza nerwów trafił go prosto w twarz. Pomyślał sobie, że bez względu na sposób, w jaki umrze, Aral Vorkosigan w chwili śmierci na pewno nie będzie wyglądał na zdziwionego.
— Z tego, jak Miles opisał tamten incydent, wynika, że uratowałeś mu wtedy życie — rzekł książę. — Dwa lata temu, na Ziemi, podjąłeś decyzję. Wybrałeś stronę, po jakiej chciałeś walczyć. Doskonale. Mam wiele obaw związanych z twoją osobą, Marku, ale nie boję się; że mogę zginąć z twojej ręki. Wcale nie jesteś gorszy od swojego brata, jak ci się wydaje. Moim zdaniem dorównujesz mu.
— Pierwowzoru. Miles nie jest moim bratem, tylko pierwowzorem — Doprawił sztywno Mark.
— Twoimi pierwowzorami jesteśmy my, Cordelia i ja — odrzekł z przekonaniem książę.
Mina Marka wskazywała, że ma inne zdanie. Książę wzruszył ramionami.
— Miles jest, jaki jest, ale istnieje dzięki nam. Być może postępujesz rozsądnie, podchodząc do nas z nieufnością. Dla ciebie też możemy się okazać niedobrzy.
Ogarnęła go niewypowiedziana tęsknota, którą zaraz pohamował Jednak paraliżujący strach. Para pierwowzorów. Rodzice. Nie był pewien, czy nie za późno na to, by mieć rodziców. Oboje byli tak potężni. W ich cieniu czuł się nic nieznaczącą drobiną, całkowicie Bezradną. Nagle dziwnie zapragnął, by Miles wrócił. Chciał mieć przy sobie kogoś w swoim wieku i swojego wzrostu, z kim mógłby porozmawiać.
Książe ponownie zajrzał do jego sypialni.
— Pym chyba się zajął twoimi rzeczami.
Nie mam żadnych rzeczy. Tylko to, co na sobie… panie. — Nie mógł się powstrzymać od dodania grzecznościowego zwrotu.
— Musiałeś mieć więcej ubrań!
— To, co przywiozłem z Ziemi, zostało w schowku na Escobarze. Skończył się okres wynajmu, toteż zapewne wszystkie rzeczy zostały skonfiskowane.
Książę przyjrzał mu się uważnie.
— Przyślę kogoś, by zdjął z ciebie miarę i przygotował ci odpowiedni zestaw. Gdyby twoja wizyta przypadła na nieco normalniejszy czas, oprowadzilibyśmy cię wszędzie, przedstawili krewnym i przyjaciołom. Zwiedziłbyś miasto. Sprawdzilibyśmy twoje uzdolnienia i dopilnowali, żebyś poszerzył swoją edukację. Niektóre z tych rzeczy zrobimy i tak.
Szkoła? Jaka? Przydział do barrayarskiej akademii wojskowej był dla niego równoznaczny z zejściem do piekieł. Mogli go zmusić… Istniały skuteczne sposoby sprzeciwu. Udało mu się już nie przyjąć garderoby Milesa.
— Gdybyś czegoś potrzebował, wezwij Pyma przez konsolę — poinstruował go książę.
Sługami byli tu ludzie. To takie dziwne. Jego strach powoli ustępował miejsca nieokreślonemu niepokojowi.
— Mogę dostać coś do jedzenia?
— Ach, proszę, zjedz obiad z Cordelia i ze mną za godzinę. Pym zaprowadzi cię do Żółtego Salonu.
— Sam trafię. Piętro niżej, korytarzem na południe, trzecie drzwi na prawo.
Brwi księcia powędrowały w górę.
— Zgadza się.
— Uczyłem się tego.
— W porządku. My także uczyliśmy się ciebie. Odrobiliśmy lekcje.
— Na czym więc polega test?
— Cały figiel w tym, że nie ma żadnego testu. To życie, najprawdziwsze.
I najprawdziwsza śmierć.
— Przepraszam — wyrzucił z siebie Mark. Za Milesa? Za siebie? Nie miał pojęcia.
Mina księcia świadczyła, że on także się zastanawia; na ustach zaigrał mu ironiczny uśmiech.