Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
Zamilkł na chwilę, a potem wyprostował się i wzruszył ramionami.
— Ale prawdziwa wielkość polega na tym, by utrafić w swoją epokę. Wszechstronność, Sandoz, może być prawdziwą zaletą!
Jeśli chodzi o mnie, to dobrze bym się czuł w czasach Renesansu. Książę wśród kupców! Ktoś, kto potrafi ułożyć pieśń, toczyć wojnę, zbudować katapultę i znakomicie tańczyć. Nawet mój ojciec musiał przyznać, że to przedsięwzięcie wymaga talentu w wielu dziedzinach. Polityka, finanse, inżynieria…
Odśpiewawszy kilka partii chóralnych i dwie arie, Nico spojrzał na swego padrone.
— Dobra robota — pochwalił go Carlo. — Możesz odejść, Nico. — Poczekał, aż Nico opuści przedział medyczny, a wówczas podszedł do łóżka. — Widzisz, Sandoz? Znając twoje słabości i mocne strony, znalazłem ci naprawdę wspaniałą pielęgniarkę. Może nie świadczy aż tak rozkosznych usługjak Gina, ale zna się na swojej robocie.
Zerknął na odczyty, ale tym razem imię Giny nie wywołało żadnych zmian w danych przesyłanych przez organizm do monitorów.
— Niezwykła sytuacja, prawda? — powiedział, patrząc na mężczyznę, który niedawno poślubił jego byłą żonę. — Całkiem nieprzewidziana i nieszczęśliwa. Na pewno myślisz, że zrobiłem to w typowym dla neapolitańczyka szale zazdrości, żeby oderwać cię od Giny. Mylisz się, już z nią skończyłem! Rzecz w tym, że mnie potrzebny jesteś bardziej niż jej. — Otworzył drzwi przedziału medycznego i stał w nich przez chwilę, zanim wyszedł. — Nie martw się o Ginę, Sandoz. Znajdzie sobie kogoś innego.
Dopiero kiedy drzwi się za nim zamknęły, wykresy na monitorach zaczęły gwałtownie drgać.
Carlo wysłał po niego trzech ludzi. Wiedzieli, że był księdzem, z czego niewątpliwie byli zadowoleni. Sami zobaczyli, że jest niewysoki i szczupły. Powiedziano im, że był długo chory i że nie może zrobić żadnego użytku ze swoich rąk. Nie wiedzieli jednak, że to, co miało się stać, setki razy przeżywał w nocnych koszmarach. Tym razem nie było żadnego wahania, żadnej głupiej nadziei. Bronił się, i to skutecznie, zanim go obezwładnili. Jeszcze długo po tym wspominał ten błogi opór, kiedy jego pięta wylądowała na szczęce napastnika, i zduszony krzyk drugiego, któremu złamał nos łokciem.
Naznaczył ich. Tym razem dał się im we znaki.
Już nieraz go pobito, więc nie było to dla niego żadną nowością. Skupił wszystkie siły, napiął się, opierał się tak długo, jak zdołał, a potem czerpał dziką satysfakcję z milczenia, które stało się jego główną bronią. Przewieźli go, nieprzytomnego, na brzeg, gdzie czekała łódź, a i później przez długi czas aplikowali mu silne środki odurzające, nawet wówczas, gdy już się znaleźli na pokładzie „Giordana Bruna”.
Sandoz próbował narkotyków, kiedy był jeszcze dzieckiem, więc nie przerażał go stan między snem a jawą. Rozluźniony i bezwładny, kiedy w pobliżu znajdował się któryś z nich, pozwalał im sądzić, że dawka jest wystarczająca, i czekał. Okazja nadarzyła się, kiedy załoga była zajęta ostatnimi przygotowaniami do opuszczenia orbity Ziemi. Wyrwał zębami z ramienia przewód kroplówki i leżał nieruchomo, czekając, aż minie oszołomienie, i patrząc, jak jego krew miesza się z roztworem fizjologicznym, glukozą i lekami rozlewającymi się z pompy tłoczącej po przedziale w bladej, opalizującej mgiełce, która pokryła podłogę, kiedy silniki odpaliły i statek zaczął nabierać szybkości. Udało mu się pokonać przeciążenie G-zero, a później wstał, chwiejąc się lekko. Z trudem utrzymując równowagę, podszedł do panelu komputera w przedziale medycznym, połączonego z systemem centralnym. Nie mógł ich powstrzymać, ale mógł dokonać sabotażu. Drobny błąd w nawigacji wystarczał, by sprowadzić ich z kursu o całe lata. Zamierzał zmienić tylko jedną liczbę w nawigacyjnych kalkulacjach.
Przyłapali go na tym i znowu ciężko pobili, tym razem ze strachu przed tym, czego prawie udało mu się dokonać. Przez kilka dni oddawał mocz z krwią i był tak osłabiony, że nie musieli go przywiązywać.
Przyszło mu do głowy, że nie przeżyłby, gdyby go tak potraktowano jeszcze rok temu. Czas, pomyślał z goryczą. Czas robi swoje. Czas jest wszystkim.
Przez następne dni leżał nieruchomo, w milczeniu sycąc się nienawiścią. Czasami, przez chwilę, kiedy drzwi przedziału były otwarte, słyszał ich głosy. Niektóre były znajome, inne słyszał po raz pierwszy. Zwłaszcza jeden przykuwał uwagę: niewyszkolony tenor, nosowy, nieco ochrypły w wyższych rejestrach, ale prawdziwy i często bardzo ładny. Nienawidził ich wszystkich, bez zastrzeżeń i bez wyjątku, sycił się tą rozżarzoną, czystą nienawiścią, zastępującą mu pożywienie, którego nie chciał tknąć. I uznał, że woli umrzeć, niż dać się jeszcze raz wykorzystać.
Było, rzecz jasna, wiele sposobów, by namówić go do współpracy. Przez pewien czas Carlo rozważał nawet zabicie Giny i Celestiny, żeby osłabić więzi łączące Sandoza z Ziemią, ale ostatecznie odrzucił ten pomysł. Uznał, że wówczas Sandoz mógłby targnąć się na swoje życie. Przestudiowawszy wszystkie informacje na jego temat, postanowił użyć kombinacji przymusu bezpośredniego, nowoczesnych środków chemicznych i tradycyjnej groźby.
— Przejdę od razu do rzeczy — powiedział Carlo dziarskim tonem, wkraczając pewnego ranka do przedziału medycznego, po tym, jak mu Nico zameldował, że Sandoz jest ubrany, spokojny i przygotowany do rozsądnego przeanalizowania swojej sytuacji. — Zastanów się, czy nie warto dla mnie pracować.
— Masz tłumaczy.
— Tak — zgodził się skwapliwie Carlo — ale żaden nie ma twojego doświadczenia. Musiałyby upłynąć całe lata, żeby zdobyli taką wiedzę o Rakhacie, jaką ty już dysponujesz, świadomie i nieświadomie. Długo czekałem na to, by stanąć na własnych nogach, Sandoz. Na Ziemi upłyną dziesiątki lat, zanim wrócimy z tej wyprawy. Nie mam zamiaru tracić czasu.
Sandoz patrzył na niego z lekkim rozbawieniem.
— Rozumiem. Jaki układ mi proponujesz?
Mówił trochę bełkotliwie. Carlo zanotował w pamięci, by zredukować dawkę.
— Jestem rozsądnym człowiekiem, Sandoz. W zamian za samo wyrzeczenie się wrogości wobec nas, pozwolę ci wysłać wiadomość do Giny i mojej córki. Jeśli jednak spróbujesz pokrzyżować mi plany albo zrobić mi jakąś krzywdę, teraz i w przyszłości, obawiam się, że John Candotti umrze.
— Podejrzewam, że to Żelazny Koń zaproponował taką metodę marchewki i kija.
— Nie bezpośrednio — wyznał Carlo. — Ciekawy facet, ten Żelazny Koń. Nie zazdroszczę mu. Znalazł się w trudnej sytuacji. Co to zawsze mówiono o jezuitach? Że są pomiędzy światem i Kościołem, narażeni na ostrzał z obu stron. A mówiąc o trudnej sytuacji, mam na myśli i to, że Candotti znajduje się teraz w hangarze promu. Jeśli w ciągu dziesięciu minut nie wydam moim ludziom innej instrukcji, wypompują stamtąd powietrze.
Nie było żadnej reakcji, ale po chwili Sandoz zapytał:
— A co za aktywną współpracę?