Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Odwieczny Wróg
Odwieczny Wróg - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Odwieczny Wróg

Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:

Wydaje się rzeczą niemożliwą, by wszyscy mieszkańcy spokojnego kalifornijskiego miasteczka zniknęli niemal w jednej sekundzie podczas wykonywania codziennych zajęć. A jednak kiedy pewnego wrześniowego wieczoru Jenny Paige i jej młodsza siostra przyjeżdżają do Snowfield, w tej dopiero co tętniącej życiem miejscowości nie ma nikogo. Właściwie należałoby powiedzieć: nie ma żywego człowieka, bo oprócz nielicznych ludzkich zwłok, na których trudno dopatrzyć się śladów gwałtownej śmierci, jest tu ktoś jeszcze – niewidzialny, mądry i okrutny, rozkoszujący się własną potęgą. Odwieczny wróg ludzkości, pragnący dla niej tylko śmierci i zatracenia…
1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 100
Перейти на страницу:

I to ma być odpowiedź? Do diabła!

Jezusie!

Billa przeszedł dreszcz.

Żeby tak pogadać z Pascallim albo Fodorem. Oni to nie cholerne szarże. Daliby cynk, co z Harkerem. Gdyby tylko miał okazję z nimi pogadać.

Ron Peake zszedł z ostatniego szczebla. Spojrzał z niepokojem na Billy'ego.

Velazquez śmignął latarką wokoło, aby kolega wiedział, że nie ma przed czym trząść gaciami.

Roń zapalił latarkę, uśmiechnął się głupawo, zażenowany własną nerwowością.

Ludzie z góry zaczęli spuszczać przewód elektryczny. Przeciągnęli go z dwóch ruchomych laboratoriów, zaparkowanych kilka jardów od wejścia do kanału.

Roń złapał końcówkę i Billy pochylony szurając nogami skierował się pierwszy w kierunku wschodnim. Z góry podawali dalej kabel.

Ten tunel powinien krzyżować się z równie szerokim albo może jeszcze większym kanałem pod główną ulicą, Skyline Road. Tam winna znajdować się rozdzielnia, w której zbiegało się kilka odgałęzień miejskiej sieci elektrycznej. Billy posuwał się z zalecaną przez Copper-fielda ostrożnością, macał latarką po ścianach tunelu, szukając znaków przedsiębiorstwa energetycznego.

Rozdzielnia była na lewo, pięć, sześć stóp dalej. Billy minął ją i podszedł do odpływu pod Skyline Road, zajrzał do podziemnego korytarza, skierował światło na lewo i prawo, upewnił się, że nic się tu nie czai. Nitka Skyline Road była tych samych rozmiarów co ta, w której teraz stał, ale szła za stokiem; opadała w dół wzgórza. Jak okiem sięgnąć nie było niczego widać.

Spoglądając w dół, w opadający z lekka tunel z przeświecająca w dali szarością, Billy Velazquez przypomniał sobie historyjkę czytaną przed,laty w komiksie. Zapomniał tytułu. Była to historyjka o bandycie obrabiającym banki, który trachnął dwóch gości podczas napadu, a potem uciekając przed policją, wśliznął się do miejskiej sieci kanałów. Wybrał opadający w dół tunel, wyobrażając sobie, że poprowadzi go do rzeki, ale zamiast do rzeki zszedł do piekła. I tak wyglądał tunel pod Skyline Road: jak droga do piekła.

Billy odwrócił się. Zerknął w górę. Czy ten kierunek będzie wyglądał jak droga do niebios? Ale oba wyglądały identycznie. W górę i w dół; wszędzie piekło.

Co spotkało sierżanta Harkera?

Czy to samo czeka każdego, wcześniej czy później?

Nawet Williama Luisa Velazqueza, zawsze pewnego (aż do teraz), że będzie żył wiecznie?

Nagle zrobiło mu się sucho w ustach.

Obrócił głowę w hełmie i przyłożył spierzchnięte usta do cycka przewodu odżywiającego. Zassał, wciągając słodki, zimny, nasycony węglowodanami, bogaty-w-witaminy-i-sole-mineralne płyn. Naprawdę miał chęć na piwo. Ale dopóki nie wygrzebie się z tego stroju, jest skazany na odżywkę. Miał przy sobie zapas na czterdzieści osiem godzin – jeśli nie będzie łykał więcj niż dwie uncje na godzinę.

Zawrócił z drogi do piekła, podszedł do rozdzielni. Ron Peake już pracował. Sprawnie, mimo obszernych strojów ochronnych i ciasnoty, podłączyli swój kabel do sieci.

Oddział przywiózł własny generator, ale będzie wykorzystywany tylko wtedy, gdy siądzie wygodniejsza w użyciu sieć miejska.

W kilka minut Velazquez i Peake skończyli. Billy wywołał przez radio ludzi z góry.

– Panie generale, podłączenie zrobione. Powinien pan mieć już prąd, sir.

Odpowiedź przyszła od razu:

– Mamy. Teraz wypieprzać stamtąd raz-dwa!

– Tak jest, sir.

Billy usłyszał… coś.

Szelest.

Ziajanie.

I Ron Peake złapał Billy'ego za ramię. Wskazał. Za Billy'ego. Na nitkę Skyline.

Billy obrócił się szybko, pochylił mocniej i oświetlił skrzyżowanie, tam gdzie Peake skierował już swoją latarkę.

Zwierzęta posuwały się w dół tunelu Skyline Road. Dziesiątkami. Psy. Białe, szare, czarne, brązowe, rude, złote, psy wszelkich rozmiarów i ras; głównie kundle, ale i wyżły, pudelki miniaturki i duże pudle, owczarki niemieckie, spaniele, dwa dogi, para airedale'ów, sznaucer, para czarnych jak węgiel dobermanów z podpalanymi pyskami. I biegły też koty. Wielkie i małe. Chude i tłuste. Czarne i łaciate, białe, żółte, z ogonami w obwarzanki, brązowe, plamiaste, w paski i szare. Żaden pies nie zawarczał. Żaden kot nie zamiauczał ani nie fuknął. Jedyne odgłosy to ziajanie, miękki tupot i drapanie łap po betonie. Zwierzęta sunęły w dziwnym skupieniu, zapatrzone przed siebie; żadne nawet nie zerknęło w odpływ, w którym stali Billy i Peake.

– Co one tu robią? – dopytywał się Billy. – Jak się tu dostały? Z ulicy nad ich głowami Copperfield pytał przez radio:

– Co się dzieje, Velazquez?

Billy był tak zaskoczony zwierzęcą procesją, że nie odpowiedział od razu.

Pojawiły się inne zwierzęta, zmieszały z psami i kotami. Wiewiórki. Zające. Szary lis. Szopy. Znów lisy i znowu wiewiórki. Śmierdziele. Wszystkie wpatrzone przed siebie, obojętne na wszystko, uparcie dążące naprzód. Oposy i borsuki. Myszy i wiewiórki ziemne. Kojoty. Wszystko to z pośpiechem sunęło drogą do piekła, wymieszanym strumieniem, a jednak ani razu nie potknęły się, nie zawahały, nie rzuciły na siebie. Ta dziwna parada była szybka, nieprzerwana, harmonijna jak rzeczny nurt.

– Velazquez! Peake! Zgłoście się!

– Zwierzęta – doniósł Billy generałowi. – Psy, koty, szopy, wszystkie stworzenia. Cała rzeka.

– Sir, posuwają się w dół tunelu pod Skyline Road, przed wylotem naszej nitki – powiedział Roń Peake.

– Pod ziemią – dodał ogłupiały Billy. – Wariactwo.

– Wycofać się, do cholery jasnej! – natychmiast rozkazał Copperfield. – Wysuwać stamtąd. Już!

Billy pamiętał ostrzeżenie generała: “Jak się tam coś ruszy… to choćby było niewinne jak myszka, spieprzajcie w podskokach".

Na początku podziemna parada była zaskakująca, ale nieszczególnie groźna. Teraz w tym dziwnym pochodzie zobaczył coś zastraszającego, coś nie z tej ziemi.

Pokazały się węże. Mnóstwo węży. Długie, czarne węże, szybko wijące się, z głowami uniesionymi na stopę czy dwie. I grzechotniki. Trzymały swoje płaskie, złowrogie łby niżej od czarnych węży, ale poruszały się równie szybko, tym samym wężowym ruchem. Sunęły w tajemniczym celu w kierunku mrocznego i tajemniczego przeznaczenia.

Chociaż węże nie zwracały uwagi na Velazqueza i Peake'a, podobnie jak koty i psy, ich pojawienie się wyrwało Billy'ego z transu. Nie cierpiał węży. Zawrócił, popędzając Peake'a:

– Idziemy. Startuj. Wynosimy się stąd. Gazem! Coś zawyło-krzyknęło-ryknęło.

Serce Billy'ego waliło z siłą wiertarki udarowej.

Dźwięk nadszedł z odpływu Skyline, z drogi do piekła. Billy nie odważył się spojrzeć w tył.

Nie był to ani ludzki krzyk, ani odgłos żadnego zwierzęcia, a jednak niewątpliwie odezwała się żyjąca istota. W tym nieziemskim, ścinającym krew w żyłach beczeniu słyszało się nieomylnie nagie emocje. Nie lęk czy strach. Był to wybuch wściekłości, nienawiści i gorączkowej żądzy krwi.

Na szczęście złowróżbny ryk nie dobiegał z bliska, ale z dalszej • odległości, z gór, z najwyższego końca tunelu Skyline. Bestia – jakimkolwiek mianem Bóg ją obdarzył – jeszcze nie dotarła blisko. Ale zbliżała się szybko.

Ron Peake pobiegł do szczebli, Billy za nim. Krępowani obszernymi strojami, spowalniani pochyłością kanału, biegli, ciągnąc za sobą nogi. Choć do celu było niedaleko, pokonywali dystans irytująco powoli.

Stworzenie w kanale odezwało się znów.

Bliżej.

Słychać było skomlenie, warczenie, wycie, ryk i proszący pisk, wszystko zmieszane razem w dźwięk ostry jak kolczasty drut. Przebijał uszy Billy'ego i ranił serce zimnymi, metalowymi kolcami.

1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 100
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)