Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 55 56 57 58 59 60 61 62 63 ... 163
Перейти на страницу:

– „Olave” – powiedział Bermúdez wypuszczając obłok dymu. – Czy wrócili ci ludzie, których pan posłał do Chiciayo?

– Tak, dziś rano, don Cayo – powiedział Lozano. – Wszystko załatwione. Tu jest raport prefekta, tutaj kopia komunikatu policji. Trzech prowodyrów zatrzymano w Chiciayo.

– Apriści? – znów wypuścił haust dymu i zobaczył, że Lozano powstrzymuje kichnięcie.

– Tylko niejaki Lanza, to stary przywódca apristowski. Dwaj inni są młodzi, bez przeszłości.

– Proszę ich sprowadzić do Limy i niech się wyspowiadają ze wszystkich grzechów. Zorganizowanie takiego strajku jak w „Olave” to nie jest kwestia dwóch dni. Musiał być przygotowywany od dawna i to przez fachowców. Czy na hacjendzie już ruszyła praca?

– Tak, dzisiaj, don Cayo – powiedział Lozano. – Miałem telefon od prefekta. Zostawiliśmy w „Olave” kilku ludzi, ot, tak na parę dni, ale prefekt zapewnia…

– San Marcos – Lozano zamknął usta, a jego dłonie spiesznie wyciągnęły się w stronę stołu, schwyciły trzy czy cztery karteluszki i podały Bermudezowi. Nie patrząc położył je na poręczy fotela.

– W tym tygodniu nic, don Cayo. Zebrania w małych grupkach, apriści zdezorganizowani bardziej niż kiedykolwiek, czerwoni trochę bardziej aktywni. Aha, i zidentyfikowaliśmy nową grupę trockistowską. Zebrania, pogawędki, nic szczególnego. W przyszłym tygodniu wybory na medycynie. Może zwyciężyć lista apristowska.

– Inne uniwersytety – wydmuchnął dym i tym razem Lozano kichnął.

– To samo, don Cayo, zebrania małych grupek, wzajemne kłótnie, same głupstwa. Aha, no i wreszcie działa siatka informacyjna na uniwersytecie w Trujillo. O tu, memorandum numer trzy. Mamy tam dwa elementy, które…

– Tylko memorandum? – powiedział. – W tym tygodniu nie ma ulotek, broszurek, gazetek na powielaczu?

– Są, są, oczywiście, don Cayo – Lozano uniósł swoją aktówkę, rozpiął zamek, z triumfalną miną wyciągnął grubą kopertę. – Ulotki, broszury, nawet komunikaty Zrzeszenia Studentów. Wszystko, don Cayo.

– Podróż prezydenta – powiedział. – Rozmawiał pan z Cajamarca?

– Przygotowania w toku – powiedział Lozano. – Pojadę w poniedziałek, a w środę rano złożę panu szczegółowy raport, tak aby w czwartek mógł pan pójść i rzucić okiem na materiał, którym dysponuje Służba Bezpieczeństwa. Jeśli pan to uzna za stosowne, don Cayo.

– Pana ludzie pojadą do Cajamarca drogą lądową, tak postanowiłem. Wyjazd w czwartek, autobusem, tak żeby w piątek być na miejscu. Nie możemy ryzykować podróży samolotem, w razie katastrofy nie mielibyśmy czasu wysłać nowych na ich miejsce.

– Górskie drogi są w takim stanie, że nie wiem, co jest bardziej niebezpieczne, autobus czy samolot – zażartował Lozano, ale Bermúdez nawet się nie uśmiechnął, więc Lozano natychmiast spoważniał. – Tak, doskonały pomysł, don Cayo.

– Proszę mi zostawić te wszystkie papiery – wstał, i Lozano też zaraz zerwał się z miejsca. – Jutro je panu zwrócę.

– Wobec tego już nie zabieram czasu, don Cayo – Lozano podszedł za nim do biurka, trzymając pod pachą swoją ogromną aktówkę.

– Jeszcze chwilę, Lozano – zapalił drugiego papierosa, zaciągnął się zmrużywszy oczy. Lozano stał przed nim i czekał, szeroko uśmiechnięty. – Niech pan przestanie ciągnąć forsę od starej Ivonne.

– Nie rozumiem, don Cayo? – widział, jak mruga oczyma, jak blednie, zmieszany.

– Może pan sobie czasem skubnąć parę solów od jednej czy drugiej dziwki w Limie, to mnie nie obchodzi – mówił z życzliwym uśmiechem. – Ale Ivonne zostawi pan w spokoju, a gdyby miała jakieś kłopoty, trzeba jej pomóc. To bardzo wartościowa znajomość, rozumie pan?

Tłusta twarz oblała się potem, świńskie oczki daremnie próbowały się uśmiechnąć. Otworzył przed nim drzwi, klepnął w ramię, do jutra, Lozano, i wrócił za biurko. Podniósł słuchawkę: doktorze, proszę mnie połączyć z senatorem Landa. Zebrał papiery, które mu zostawił Lozano, schował je do teczki. W chwilę potem zadzwonił telefon.

– Halo? Don Cayo? – jowialny głos Landy. – Właśnie miałem do pana dzwonić.

– No widzi pan, senatorze, widocznie nasze myśli się spotkały – powiedział. – Mam dla pana dobrą wiadomość.

– Wiem, wiem, don Cayo – cieszysz się, co, ty skurwysynu. – Wiem, dziś rano w „Olave” podjęto pracę. Nie ma pan pojęcia, jak jestem wdzięczny, że się pan zainteresował tą sprawą.

– Przytrzymaliśmy przywódców – powiedział. – Przez jakiś czas będzie spokój.

– Gdyby opóźniono zbiory, to by była katastrofa dla całego departamentu – powiedział senator Landa. – Czy ma pan trochę czasu, don Cayo? Ma pan wolny wieczór?

– Zapraszam pana na kolację do San Miguel – powiedział. – Pańskie wielbicielki ciągle o pana pytają.

– Wspaniale, więc o dziewiątej, zgoda? – chichot Landy. – Doskonale, don Cayo. No to na razie, ściskam.

Wyłączył i zaraz nakręcił numer. Dwa, trzy sygnały, dopiero za czwartym senny głos: halo?

– Zaprosiłem na wieczór Landę – powiedział. – Ściągnij Quete. I niech powie Ivonne, że już jej nikt nie będzie szarpał. To wszystko, śpij dalej.

Rankiem 27-go pojechali z Hipolitem i Ludovikiem i rozglądali się za autobusami i ciężarówkami, jestem niespokojny, mówił Ludo vico, ale Hipólito nie, nie będzie żadnej draki. Już z daleka zobaczyli tłum czekających ludzi, było ich tylu, don, że ten cały tłum zupełnie zasłaniał te ich szałasy. Palili śmiecie i w powietrzu fruwał popiół i sępy. Starszyzna wyszła im na spotkanie, Calancha przywitał ich słodki jak miód, a co, nie mówiłem? Uścisnął im ręce i przedstawił ich tamtej reszcie, ściągali kapelusze z głów, obejmowali ich. Na dachach i drzwiach przylepiali portrety Odríi i wszyscy mieli chorągiewki, afisze głosiły Niech Żyje Odnowicielska Rewolucja, Niech Żyje Odria, Wszyscy Za Odrią, Zdrowie, Oświata, Praca. Ludzie patrzyli na nich, a dzieciaki plątały im się pod nogami.

– Żeby tylko na Placu Broni nie zjawili się z takimi minami jak z pogrzebu – powiedział Ludovico.

– Jak będzie trzeba, to się rozweselą – powiedział Calancha, stary wyjadacz, don.

1 ... 55 56 57 58 59 60 61 62 63 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)