Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
Wpakowali ich do autokarów i ciężarówek, było tam wszystkiego po trochu, ale najwięcej kobiet i Indian z gór, musieli zrobić kilka kursów. Plac zapchany, byli tam ci, co przyszli dobrowolnie, i tacy, co ich przywieźli z innych osiedli i hacjend. Jak popatrzyli od strony katedry, to nic tylko to morze głów, plakaty i portrety, i chorągiewki powiewające w górze. Zawieźli tych ludzi tam, gdzie im kazał pan Lozano. W oknach magistratu, w sklepach, w Klubie Zjednoczenia, wszędzie głowy pań i panów, a może i pan Fermín tam był, co, don? i nagle Ambrosio popatrzcie, tam, na tym balkonie, to jest pan Bermúdez. Ale pedały z tych ryb, jak to się rzucają jedne na drugie, śmiał się Hipólito, pokazując na sadzawkę z fontanną, a Ludovico głodnemu chleb na myśli, ty świntuchu: zawsze tak się zgrywali z Hipolita, a on nic, wcale go to nie wkurzało, don. Zaczęli podbechtywać tłum, kazali ludziom krzyczeć niech żyje. Śmiali się, kręcili głowami, no ruszcie się, mówił Ludovico, Hipólito biegał truchtem od jednej grupy do drugiej, nie bądźcie tacy nadęci, pohałasujcie trochę, pośmiejcie się. Przyszli muzykanci, grali walce i marineras, wreszcie otwarto drzwi na balkonie, pojawił się prezydent i dużo różnych panów i wojskowych, a ludzie coraz bardziej się ożywiali. Potem, kiedy Odria mówił o rewolucji i o Peru, na placu już był taki ruch i podniecenie, jak trzeba. Krzyczano niech żyje, a kiedy skończył, były głośne oklaski. Dotrzymał słowa, nie? powiedział im Calancha wieczorem, jak już wrócili do osiedla. Dali mu te trzysta solów, a on się uparł, żeby poszli z nim na jednego. Rozdawano ludziom wódkę i papierosy, popili się. A oni razem z Calancha łyknęli sobie kilka piscos, a potem Ludovico i Ambrosio się wymknęli, a Hipolita zostawili.
– Pan Bermúdez będzie zadowolony, co, jak myślisz, Ambrosio?
– Jasne, powinien być zadowolony, Ludovico.
– Nie mógłbyś załatwić, żebym ja pracował razem z tobą, jeździłbym samochodem zamiast Hinostrozy, co?
– Obstawa don Cayo to cholernie ciężka robota, Ludovico. Hinostroza już dostaje kręćka od tych nieprzespanych nocy.
– Ale widzisz, Ambrosio, to jest pięćset solów więcej.
A poza tym może by mnie wzięli na etat. A poza tym bylibyśmy razem, Ambrosio.
No więc Ambrosio przyszedł z tym do pana Bermúdeza, don, żeby wziął Ludovica na miejsce Hinostrozy, a don Cayo śmiał się: to i ty masz teraz swoich protegowanych, Murzynie.
III
To właśnie nazajutrz po jednym takim przyjęciu Amalia odkryła coś bardzo dziwnego. Słyszała, jak pan schodzi do salonu, a potem zza żaluzji zobaczyła, że wóz odjeżdża i odchodzą gliny, co stali na rogu. Wtedy weszła na górę, leciutko zapukała, proszę pani, czy mogę wziąć froterkę? otworzyła drzwi i weszła na palcach. Froterka stała koło toaletki. Z okna sączyło się blade światło padając na krokodyle łapy, na parawan, na klozet, a reszta kryła się w półmroku, w ciepłych oparach. Na łóżko spojrzała dopiero, kiedy wzięła froterkę i zawróciła ku drzwiom. Aż zamarła: tam była także panienka Queta. Prześcieradła i koce zsunęły się na dywan, panienka spała odwrócona tyłem, z jedną ręką na biodrze, a drugą zwieszoną bezwładnie, i była naga, nagusieńka. Teraz zobaczyła także, ponad ciemnymi plecami panienki, białe ramię, białą rękę, czarne włosy pani, która spała po drugiej stronie łóżka, przykryta prześcieradłem. Wyszła z pokoju tak ostrożnie, jakby podłoga była najeżona kolcami, ale jeszcze przedtem nieprzezwyciężona ciekawość kazała jej rzucić okiem: jasny cień, ciemny cień, oba takie spokojne na pościeli, ale coś dziwnego było w widoku tego łóżka, jakby jakieś niebezpieczeństwo, i zobaczyła jeszcze smoka, szczerzył paszczę w lustrze na suficie. Któraś z tych dwóch coś mruknęła przez sen i Amalia się przestraszyła. Zamknęła drzwi, oddychała szybko. Ale na schodach wybuchnęła śmiechem, zakrywając sobie usta, zdyszana wpadła do kuchni. Carlota, coś takiego, panienka w jednym łóżku z panią, zniżyła głos i wyjrzała na patio, nic nie mają na sobie, obie goluteńkie. No to co, panienka Queta zawsze nocuje, i nagle Carlota przestała ziewać i też szeptem: obie gołe? bez niczego? I poprawiając przekrzywione obrazy, zmieniając wodę w wazonach, trzepiąc dywan, przez całe rano trącały się łokciami: a pan gdzie spał? na kozetce? na biurku? dusiły się ze śmiechu: pod łóżkiem? i nagle aż im oczy zachodziły łzami, jedna drugą klepała w plecy, jak to było, co to się działo, co oni robili? Oczy Carloty przypominały wielkie osy, Amalia gryzła się w dłoń, żeby powstrzymać wybuch śmiechu. Na to wpadła Simula, właśnie wróciła ze sprawunkami, co się stało, nie, nic, tylko w radiu mówili takie śmieszne rzeczy. Pani i panienka zeszły na dół koło południa, zjadły ostrygi z papryką i popiły piwem z lodu. Panienka miała na sobie szlafrok pani, był na nią o wiele za krótki. Nie telefonowały, słuchały płyt i rozmawiały, a po południu panienka pojechała do siebie.
Don Cayo, przyszedł pan Tallio, czy może wejść? Tak, doktorze. W chwilę potem drzwi się otworzyły: poznał te blond loczki, gładką, różową twarz, giętkość ruchów. Operowy śpiewak, pomyślał, makaroniarz, eunuch.
– Bardzo mi miło, señor Bermúdez – tamten podszedł, wyciągnął rękę i uśmiechnął się, zobaczymy, na ile ci starczy tej wesołości. – Mam nadzieję, że pan mnie pamięta, w zeszłym roku miałem…
– Oczywiście, rozmawialiśmy tutaj, w tym pokoju, prawda? – podprowadził go do fotela, który przedtem zajmował Lozano, sam usiadł naprzeciwko. – Zapali pan?
Wziął papierosa, skwapliwie wyciągnął zapalniczkę, nadskakiwał mu.
– Właśnie myślałem, że muszę któregoś dnia zajrzeć do pana, señor Bermúdez – wiercił się i kręcił, jakby miał robaki. – Więc…
– Więc myśleliśmy o tym samym – powiedział Bermúdez. Uśmiechnął się i zobaczył, jak Tallio przytakuje i już otwiera usta, ale nie dopuścił go do głosu: podsunął mu plik wycinków z gazet. Egzaltowany gest zdziwienia, przerzucał je z poważną miną, kiwał głową. Tak, tak, doskonale, czytaj, udawaj, że czytasz, ty gnojku.
– A właśnie, czytałem, awantury w Buenos Aires, prawda? – rzekł w końcu, już spokojnie, już się nie kręcił. – Czy jest oficjalny komunikat rządu w tej sprawie? Dalibyśmy go natychmiast, oczywiście.
– Wszystkie dzienniki opublikowały notatkę Ansy, wyprzedził pan inne agencje – powiedział Bermúdez. – Jesteście pierwsi.
Uśmiechnął się i spostrzegł, że Tallio też się uśmiecha, bez cienia radości, już tylko z nawyku, przez grzeczność, ty eunuchu, dostałeś jeszcze większych rumieńców, będziesz w sam raz dla Robertita.
– Uznaliśmy, że lepiej nie przekazywać tej wiadomości redakcjom dzienników – powiedział Bermúdez. – To już i tak wystarczająco przykre, że apriści obrzucili kamieniami ambasadę własnego kraju. Po co to jeszcze publikować?
– Hm, to prawda, mnie też zdziwiło, że wydrukowano tylko depeszę Ansy – wzruszył ramionami, uniósł wskazujący palec. Mieliśmy ją w naszych biuletynach, bo nie dostałem żadnych instrukcji w tej sprawie. Notatka przeszła przez kontrolę Służby Informacyjnej, proszę pana. Mam nadzieję, że nie puściliśmy jakiegoś błędu.
– Wszystkie agencje ją usunęły z wyjątkiem Ansy – powiedział Bermúdez ze smutkiem. – Mimo serdecznych stosunków, jakie nas łączą z panem, panie Tallio.
– Wiadomość podaliśmy panu razem z całym serwisem, señor Bermúdez – już czerwony na twarzy, już naprawdę zaskoczony, już się nie mizdrzył. – Nie dostałem żadnej wskazówki, żadnego polecenia. Bardzo proszę, niech pan wezwie doktora Alcibiadesa, chciałbym to natychmiast wyjaśnić.
– Służba Informacyjna nie wydaje pozwoleń ani zakazów – zgasił peta i spokojnie zapalił następnego papierosa. – Potwierdza tylko odbiór biuletynów, które przysyłacie, panie Tallio.