Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
Pan Vallejo czytał uważnie, wodząc ołówkiem po papierze, kiwnął głową, zaznaczył coś krzyżykiem, poruszał ustami, drugi krzyżyk, dobrze, dobrze, język prosty i poprawny, uspokoił go litościwym spojrzeniem, to już coś jest. Tylko…
– Gdyby ci źle wypadła próba, wróciłbyś do owczarni i teraz byłbyś wzorowym okazem z Miraflores – roześmiał się Garlitos. – Błyszczałbyś w najlepszym towarzystwie tak jak twój braciszek.
– Trochę się denerwowałem – powiedział Santiago. – Może pan chce, żebym to zrobił od nowa?
– Mnie egzaminował Becerrita – powiedział Garlitos. – Było miejsce w dziale kryminalnym. Nigdy tego nie zapomnę.
– Nie, nie trzeba, nie jest tak źle – pan Vallejo pokręcił białą głową, popatrzył na niego przyjaźnie swymi bladymi oczyma.
– Ale jeżeli ma pan z nami pracować, musi się pan nauczyć zawodu.
– Zalany wariat wpada do burdelu na Huatica i załatwia cztery dziwki, szefową i dwóch pedryli – zagrzmiał becerrita. – Jedna dzidzia odwala kitę. Na dwie strony w piętnaście minut.
– Bardzo panu dziękuję – powiedział Santiago. – Nie ma pan pojęcia, jaki jestem wdzięczny.
– O mało się nie posikałem – powiedział Garlitos. – Ha, Becerrita.
– Chodzi po prostu o uszeregowanie danych według ich ważności no i o oszczędność w słowach – pan Vallejo postawił cyferki nad niektórymi zdaniami i zwrócił mu kartki. – Trzeba zacząć od śmiertelnych ofiar, chłopcze.
– Wszyscy mówiliśmy źle o Becerricie, nie cierpieliśmy go – powiedział Santiago. – A teraz ciągle go wspominamy podziwiamy i chcielibyśmy go wskrzesić. To bez sensu.
– Bo to najbardziej zwraca uwagę, to przyciąga czytelników – dorzucił pan Vallejo. – Czytelnik czuje się tak, jakby notatka dotyczyła właśnie jego. Może dlatego, że wszyscy musimy umrzeć.
– To była najbardziej autentyczna postać w naszym dziennikarstwie – powiedział Garlitos. – Ludzki śmieć podniesiony do najwyższej potęgi, symbol, wzór. Czy można go nie wspominać, Zavalita?
– A ja, skończony kretyn, dałem trupy na koniec – powiedział Santiago.
– Wie pan, co to są te trzy linijki? – Vallejo popatrzył na niego z łobuzerskim błyskiem w oku. – To jest to, co północni Amerykanie, najzręczniejsi dziennikarze na świecie, nazywają lead, główka, niech pan to raz na zawsze zapamięta.
– On to z tobą wszystko dokładnie przerobił – powiedział Garlitos. – A na mnie Becerrita zaczął się drzeć, pisze pan lewą nogą, zostanie pan u nas tylko dlatego, że mam już dość tych waszych próbek.
– Wszystkie ważne fakty zebrane w trzech pierwszych linijkach, w główce – rzekł czule pan Vallejo. – Dajmy na to: dwaj zabici i pięć milionów strat, oto wynik pożaru, który wczoraj wieczorem zniszczył większą część Domu Towarowego Wiese, jednego z głównych budynków w centrum Limy; strażacy opanowali ogień po ośmiogodzinnej wytężonej i niebezpiecznej akcji. Rozumie pan?
– I pisz tu potem poezje, jak cię nafaszerują takimi banałami – powiedział Garlitos. – Jeśli ktoś ma choć odrobinę sentymentu do literatury, to musi być chyba wariatem, skoro się bierze do pracy w dziennikarce – Zavalita.
– Potem może pan to trochę ubarwić – powiedział pan Vallejo. – Przyczyny katastrofy, przerażenie urzędników, relacje świadków i tak dalej.
– Ja nie miałem żadnego sentymentu do literatury, odkąd mi siostra wyszperała jakieś moje gryzmoły – powiedział Santiago. – Byłem bardzo zadowolony, że mogę pracować w „Kronice”, Garlitos.
Za to pani Hortensja była całkiem inna. On szkaradny, a ona śliczna, on nadęty, ona wesoła. Nie taka sztywna jak pani Zoila, która zawsze mówiła tonem królowej, a kiedy podnosiła głos, człowiek czuł się zupełnie mały. Pani Hortensja zwracała się do Amalii bez żadnych tam tonów, tak jakby mówiła do panienki Quety. Ale czasem była już za bardzo poufała. W pewnych sprawach wcale nie miała wstydu. Moja jedyna słabość to od czasu do czasu kieliszczek albo jakaś pastylka, powiedziała kiedyś, ale Amalia myślała nie, jej słabość to zamiłowanie do czystości. Zobaczy odrobinę kurzu na dywanie i zaraz: Amalio, miotełkę! Popielniczka pełna niedopałków, i jakby ujrzała szczura: Carlota, co za obrzydlistwo! Kąpała się, jak tylko wstała, i wieczorem przed pójściem do łóżka, a co gorsze, chciała, żeby one też ciągle siedziały w wannie. Kiedy Amalia w drugim dniu swojej służby na San Miguel zaniosła pani śniadanie do łóżka, pani obejrzała ją od stóp do głów: już się kąpałaś? Nie, proszę pani, powiedziała Amalia zdziwiona, a wtedy pani zaczęła się krzywić jak rozgrymaszona dziewczynka, leć prędko pod prysznic, tutaj trzeba się co dzień kąpać. A w pół godziny potem, kiedy Amalia szczękając zębami stała pod strumieniem wody, drzwi od łazienki się otworzyły i stanęła w nich pani, w szlafroku, z mydłem w ręce. Amalia poczuła ogień na całym ciele, zakręciła kran, nie śmiała sięgnąć po suknię i tkwiła tak bez ruchu, nachmurzona, ze spuszczoną głową. Wstydzisz się mnie? roześmiała się pani. Nie, wymamrotała, a pani znowu wybuchnęła śmiechem: weszłaś pod prysznic, ale bez mydła, właśnie tak myślałam, masz, musisz się dobrze namydlić. I kiedy Amalia to robiła – mydło trzy razy wymykało się jej z rąk, a nacierała się nim tak mocno, że aż skóra ją paliła – pani cały czas stała nad nią, dreptała na swych obcasikach, rozbawiona patrzyła na zawstydzoną minę Amalii, i roześmiana, przyglądając jej się z bliska, rzucała polecenia, teraz uszki, teraz nóżki. Doskonale, tak trzeba się myć codziennie, i otworzyła drzwi, żeby wyjść, ale jeszcze raz spojrzała na Amalię: nie masz powodu się wstydzić, jesteś chudziutka, ale figurka całkiem całkiem. Poszła i z daleka jeszcze dobiegał jej śmiech.
Czy pani Zoila zrobiłaby kiedykolwiek coś takiego? Amalii kręciło się w głowie, twarz jej płonęła. Zapnij się pod szyją, mówiła pani Zoila, nie noś takich krótkich spódniczek. Potem, kiedy sprzątały w salonie, Amalia opowiedziała wszystko Carlocie, a Carlota uniosła oczy w górę: pani już taka jest, w ogóle nie ma wstydu, do niej też wchodzi czasami i sprawdza, czy się dobrze namydliła. Ale nie tylko to, pani wymagała poza tym, żeby pudrowały sobie pachy środkiem odwaniającym. Każdego ranka, jeszcze na pół śpiąca, przeciągając się w łóżku, pani witała je pytaniem: już się kąpałaś? używałaś odwaniacza? A skoro dopuszczała do takich poufałości, to i niewiele ją obchodziło, że one też ją mogą zobaczyć bez niczego. Pewnego ranka Amalia zobaczyła puste łóżko i usłyszała, że w łazience leje się woda: czy mam zostawić śniadanie na stoliku, proszę pani? Nie, podaj mi tutaj. Weszła, a pani była w wannie, głowę oparła na małej poduszeczce, oczy miała zamknięte. W całej łazience było pełno pary, wszystko spowijała ciepła mgiełka i Amalia stanęła w drzwiach, z ciekawością, z niepokojem, patrząc na białe ciało leżące w wodzie. Pani otworzyła oczy: jaka jestem głodna, daj mi to tutaj. Leniwym ruchem usiadła w wannie i wyciągnęła ręce po tackę. W wilgotnej mgiełce Amalia dostrzegła piersi pokryte kropelkami wody, ciemne brodawki. Nie wiedziała, gdzie obrócić wzrok, co robić, a pani (z rozradowanymi oczyma zabierała się do picia soku i kładła masło na grzankę) nagle zauważyła, że Amalia jakby wrosła w podłogę. Co się dzieje, czemu tak otworzyła usta? i żartobliwym tonem: nie podobam ci się? Proszę pani, ja, bąknęła Amalia cofając się, a pani w śmiech, no idź, potem zabierzesz tacę. Czy pani Zoila wpuściłaby ją do łazienki, kiedy się kąpała? Pani była zupełnie inna, taka bezwstydna i taka sympatyczna. W pierwszą niedzielę, chcąc zrobić dobre wrażenie, Amalia powiedziała do pani: czy mogę iść do kościoła? Pani jak zwykłe odpowiedziała śmiechem: a idź, tylko niech cię przypadkiem ksiądz nie uwiedzie, moja świętoszko. Ona nigdy nie chodzi, opowiadała potem Carlota, my też już nie chodzimy. To dlatego w całym domu nie było ani jednego Serca Jezusowego, ani jednej świętej Róży. Amalia też wkrótce przestała chodzić do kościoła.