Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 57 58 59 60 61 62 63 64 65 ... 163
Перейти на страницу:

– Ale gdyby doktor Alcibiades tego zażądał, usunąłbym tę wzmiankę, zawsze tak robiłem – teraz już niespokojny, zniecierpliwiony, zbity z tropu. – Ansa nie jest w najmniejszym stopniu zainteresowana w rozpowszechnianiu wiadomości niekorzystnych dla rządu. Ale nie jesteśmy jasnowidzami, señor Bermúdez.

– My nie dajemy instrukcji – powiedział obserwując smugi dymu i białe nitki w krawacie Tallia. – My tylko życzliwie sugerujemy, i to bardzo rzadko, abyście nie rozpowszechniali wiadomości niepomyślnych dla kraju.

– Ależ tak, oczywiście, wiem o tym, proszę pana – dam ci go w prezencie, Robertito. – Zawsze skrupulatnie się trzymałem sugestii doktora Alcibiadesa. Ale tym razem nie było żadnej wskazówki, ani słowa. Bardzo pana proszę, niech…

– Rząd nie chciał wprowadzić oficjalnej cenzury, właśnie dlatego, że nie chce działać na szkodę agencji prasowych – powiedział Bermúdez.

– Jeżeli pan nie wezwie doktora Alcibiadesa, to się nigdy nie wyjaśni, señor Bermúdez – no dalej, do roboty, Robertito, tylko weź wazelinę. – Niech on panu wytłumaczy, niech on mi wytłumaczy. Błagam pana. Ja nic z tego nie rozumiem, señor Bermúdez.

– Czekaj, ja zamówię – powiedział Garlitos, i do kelnera: – Dwa niemieckie piwa, te z puszki.

Siedział oparty o ścianę wy tapetowaną tytułówkami „The New Yorker”. Lampa oświetlała jego kędzierzawą głowę, wypukłe oczy, twarz pociemniałą od dwudniowego zarostu, czerwony nos, nos pijaka, myśli, albo faceta z chronicznym katarem.

– Drogie to piwo? – powiedział Santiago. – Bo u mnie kiepsko z forsą.

– Ja stawiam, wyciągnąłem dzisiaj od tych bandytów trochę grosza – powiedział Garlitos. – A skoro już tu ze mną przyszedłeś, Zavalita, to przepadła twoja opinia solidnego chłopca.

Tytułówki połyskiwały nad nimi, ironiczne, wielobarwne. Stoliki przeważnie były puste, ale zza ścianki dzielącej lokal na dwa pomieszczenia dochodził szmer głosów; jakiś mężczyzna w samej koszuli pił piwo przy barze. Ktoś inny, niewidoczny w mroku, grał na pianinie.

– Nieraz zostawiałem tutaj całą pensję – powiedział Garlitos. – Dobrze się czuję w tej dziurze.

– Pierwszy raz jestem w „Negro-Negro” – powiedział Santiago. – Tutaj przychodzi dużo malarzy i literatów, prawda?

– Tak, takie życiowe rozbitki – powiedział Garlitos. – Kiedy byłem szczeniakiem, biegałem tutaj jak dewotka do kościoła. Siedziałem w tym kącie i słuchałem, i podpatrywałem, i serce mi rosło na widok każdego wchodzącego literata. Chciałem się choćby otrzeć o geniuszy, chciałem się od nich zarazić.

– Właśnie, przecież ty też piszesz – powiedział Santiago. – Wydałeś tomik wierszy.

– Miałem zostać pisarzem, miałem być poetą – powiedział Garlitos. – Zacząłem pracować w „Kronice” i zmieniłem powołanie.

– Wolisz dziennikarkę niż literaturę? – powiedział Santiago.

– Wolę kielicha – zaśmiał się Garlitos. Dziennikarstwo to nie powołanie, to frustracja, sam zobaczysz.

Skurczył się, pochylił głowę odsłaniając rysunki, karykatury i angielskie tytuły; ten grymas wykrzywiający jego twarz, Zavalita, te zaciśnięte dłonie. Dotknął jego ręki: co jest, źle się czuje? Garlitos się wyprostował, oparł głowę o ścianę.

– Pewnie znowu ten mój wrzód – teraz nad jednym uchem miał człowieka-kruka, a nad drugim drapacz chmur. – A może to z braku alkoholu. Bo wprawdzie wyglądam, jakbym już się zalał, ale od rana nie miałem w ustach ani kropli.

On jeden ci został, Zavalita, no i masz, leży w szpitalu. Jutro już bez pudła musisz pójść do niego, zaniesiesz mu jakąś książkę.

– Wchodziłem tutaj i czułem się tak, jakbym był w Paryżu – powiedział Garlitos. – Myślałem kiedyś pojadę do Paryża, no i bomba, okrzykną mnie geniuszem. Ale nie pojechałem, Zavalita, i siedzę tutaj, a ty musisz patrzeć, jak mnie skręcają mdłości niby babkę w ciąży. A czym ty miałeś być, zanim przypłynąłeś do nas jak rozbitek, żeby ugrzęznąć w „Kronice”?

– Adwokatem – powiedział Santiago. – Nie, właściwie to rewolucjonistą. Komunistą.

– Komunista i dziennikarz to przynajmniej jakoś pasuje do siebie, ale dziennikarz i poeta? – powiedział Garlitos i zaczął się śmiać. – Komunista? Mnie wyrzucili z pracy jako komunistę. Gdyby nie to, nie przyszedłbym do „Kroniki” i może teraz pisałbym wiersze.

– Nie wiesz, co to białe myszki? – mówi Santiago. – Kiedy nie chcesz czegoś wiedzieć, to już jesteś dobry, Ambrosio, nie ma mocnego na ciebie.

– A mnie się nawet nie śniło być komunistą – powiedział Garlitos. – To jest najlepsze ze wszystkiego, bo nigdy się nie dowiedziałem, za co mnie właśnie wylali. Ale wylali, no i siedzę tutaj razem z tobą, na bańce, z wrzodem żołądka. Wypijmy, mój solidny chłopcze, twoje zdrowie, Zavalita.

Panienka Queta była najlepszą przyjaciółką pani, najczęściej przychodziła do willi w San Miguel, na żadnym przyjęciu nie mogło jej zabraknąć. Wysoka, długonoga, miała rude włosy, farbowane, mówiła Carlota, cynamonową skórę, wszystko w niej rzucało się w oczy, bardziej niż u pani Hortensji, nawet jej ubranie i sposób mówienia, i jej mizdrzenie się przy piciu. Robiła najwięcej ruchu na przyjęciach, najbardziej rwała się do tańców, pozwalała gościom na różne rzeczy i ciągle ich prowokowała. Stawała komuś za plecami, targała za włosy, dmuchała w ucho, siadała na kolanach, bezwstydnica. Ale to właśnie ona bawiła całe towarzystwo swymi wybrykami. Kiedy pierwszy raz zobaczyła Amalię, patrzyła na nią chwilę z przedziwnym uśmieszkiem, oglądała ją od stóp do głów z zamyśloną miną, a Amalia co się stało, co panienkę tak dziwi. Więc to ty jesteś ta słynna Amalia, nareszcie cię poznałam. Słynna, czemu, panienko? Bo łamiesz męskie serca, zaśmiała się panienka Queta, Amalio, zimna jak lód. Zwariowana, ale jaka sympatyczna. Kiedy nie tkwiła z panią przy telefonie, opowiadała różne dowcipy. Wchodziła z figlarnym błyskiem w oczach, mam całą masę fajnych plotek, kochana, a Amalia słuchała z kuchni, jak panienka wyśmiewa się, pokpiwa i żartuje z wszystkich znajomych. Carlocie i Amalii też opowiadała takie rzeczy, że aż je zatykało i czuły, jak fale krwi uderzają im na twarze. Ale była bardzo dobra, kiedy je posyłała po coś do sklepu, zawsze dostawały jeden czy dwa sole. Któregoś dnia, kiedy Amalia miała wychodne, panienka zabrała ją do swego białego samochodu i podwiozła na przystanek autobusowy.

– Alcibiades osobiście telefonował do pańskiego biura i prosił, żeby tej wiadomości nie przekazywać dziennikom – westchnął; i z uśmieszkiem: – Nie fatygowałbym pana, Tallio, gdybym wpierw nie przeprowadził dochodzenia.

– Ależ to niemożliwe – rumiana twarz zmieniła wyraz, był zbity z tropu, język nagle stanął mu kołkiem. – Do mnie do biura, señor Bermúdez? Ale przecież sekretarka przekazuje mi wszystkie… Doktor Alcibiades osobiście? Zupełnie nie rozumiem…

– Nie powtórzono panu? – pomógł mu, już bez kpiny w głosie. – No tak, tak myślałem. Pewnie Alcibiades rozmawiał z jakimś redaktorem.

– Z redaktorem? – ani cienia poprzedniej uśmiechniętej pewności siebie. Ależ to niemożliwe, señor Bermúdez. Ogromnie mi przykro, nie wiem, co mam o tym myśleć. A z którym redaktorem? Mam tylko dwóch i… a zresztą, tak czy tak, mogę pana zapewnić, że to się nie powtórzy.

– Sam byłem zaskoczony, bo z Ansą zawsze łączyły nas dobre stosunki – powiedział. – Radio i Służba Informacyjna kupują od nas komplety biuletynów. A jak pan wie, rząd wydaje na to spore sumy.

– Oczywiście, señor Bermúdez – otóż to, teraz wpadnij w złość i pokaż, co potrafisz, operowy śpiewaku. Mogę skorzystać z pańskiego telefonu? Chciałbym sprawdzić, kto rozmawiał z doktorem Alcibiajdesem. To się zaraz wyjaśni.

1 ... 57 58 59 60 61 62 63 64 65 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)