Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Ja z nim porozmawiam, ja mu wyjaśnię-znalazł je: jasne, zaniepokojone, zrozpaczone. – Właśnie miałem z panem o tym mówić, o przedłużeniu umowy. I teraz ta idiotyczna pomyłka.
Zrobię wszystko, co pan minister mi każe, señor Bermúdez.
– Lepiej niech pan się nie stara z nim widzieć, póki mu złość nie przejdzie – uśmiechnął się i nagle wstał. – No, niech tam, postaram się to jakoś załatwić.
Na mlecznobladej twarzy znów pojawił się rumieniec, wróciła nadzieja, elokwencja, niemal tanecznym krokiem biegł razem z nim ku drzwiom.
– Redaktor, który przyjął telefon doktora Alcibladesa, jeszcze dziś opuści agencję – uśmiechnął się, szczebiotał słodko, promieniał. – Dla Ansy odnowienie umowy to kwestia życia i śmierci. Nie wiem, jak mam panu dziękować, señor Bermúdez.
– Termin wygasa w przyszłym tygodniu, prawda? wobec tego proszę się porozumieć z Alcibiadesem. Postaram się szybko uzyskać podpis ministra.
Położył rękę na klamce, ale nie otwierał drzwi. Tallio zawahał się, znów się zaczerwienił. A on nie spuszczał z niego oczu, czekał, aż się odważy mówić.
– A jeśli idzie o umowę, señor Bermúdez – wyglądasz, jakbyś chciał, a nie mógł, ty eunuchu – to na tych samych warunkach co w zeszłym roku? Chodzi mi o, to znaczy…
– O moje warunki? – powiedział i zobaczył, że Tallio się zmieszał, że mu jest niezręcznie, silił się na uśmiech; podrapał się w brodę i dodał powściągliwym tonem: – Tym razem, kochany, to będzie kosztowało nie dziesięć, ale dwadzieścia procent.
Patrzył, jak tamten otwiera usta, marszczy czoło, jak znikł uśmiech z jego twarzy; i jak przytaknął, nagle odwróciwszy wzrok.
– Przekaz na okaziciela, z debetem na bank w Nowym Jorku, przyniesie mi pan osobiście w najbliższy poniedziałek – aha, teraz sobie obliczasz, piękny Caruso. – Jak pan wie, procedura ministerialna to kwestia dłuższego czasu. Potrwa ze dwa tygodnie.
Otworzył drzwi, ale zamknął je widząc pełen niepokoju gest tamtego. Stał z wyczekującym uśmiechem.
– Świetnie, to by było doprawdy wspaniałe, gdyby się udało załatwić w dwa tygodnie – zaczerwienił się, posmutniał. – A co do tego, to znaczy chciałem powiedzieć, czy nie sądzi pan, że dwadzieścia procent to trochę, jakby to powiedzieć, wygórowana suma?
– Wygórowana? – otworzył oczy, jakby nie rozumiał, ale zaraz wrócił do poprzedniej postawy, i z przyjacielskim gestem: – Dobrze, wobec tego ani słowa więcej, niech pan zapomni o całej sprawie. A teraz proszę mi wybaczyć, ale jestem bardzo zajęty.
Otworzył drzwi, stukanie maszyn do pisania, a w głębi, za biurkiem, postać Alcibiadesa.
– A nie, w żadnym razie, zgoda na wszystko – zagadywał Tallio z desperackim pośpiechem. – Nie ma problemu, señor Bermúdez. A więc w poniedziałek o dziesiątej? Można będzie?
– Zgoda – powiedział, prawie wypychając go za drzwi. – Wobec tego do poniedziałku.
Zamknął drzwi i teraz już się nie uśmiechał. Podszedł do biurka, usiadł, z prawej szuflady wyciągnął tubkę, zbierał ślinę w ustach, a potem położył sobie proszek na końcu języka. Połknął i jakiś czas siedział z zamkniętymi oczyma, przyciskając rękami bibułę. Po chwili wszedł Alcibiades.
– Ten włoski firyck jest okropnie męczący, don Cayo. Oby tylko się okazało, że tamten jego redaktor był wtedy o jedenastej w agencji. Powiedziałem, że dzwoniłem o jedenastej.
– Czy był, czy nie, i tak go zwolnią-powiedział Bermúdez. – W agencji prasowej nie będą trzymali faceta, który robi takie rzeczy. Przekazał pan ministrowi to, o co prosiłem?
– Czeka na pana o trzeciej, don Cayo – powiedział doktor Alcibiades.
– Dobrze, proszę zawiadomić majora Paredesa, że chcę się z nim widzieć. Będę u niego za dwadzieścia minut.
– Przyszedłem do „Kroniki” bez cienia entuzjazmu, po prostu po to, żeby zarobić na życie – powiedział Santiago. – Ale teraz uważam, że to nie taka najgorsza robota.
– Trzy miesiące z kawałkiem i jeszcze się nie rozczarowałeś? – powiedział Garlitos. – Można by cię pokazywać w cyrku, Zavalita.
Nie, nie rozczarowałeś się, Zavalita: nowy ambasador Brazylii, doktor Hernando de Magalhaes złożył dziś rano listy uwierzytelniające, z optymizmem zapatruję się na przyszłość turystyki w naszym kraju, oświadczył wczoraj wieczorem na konferencji prasowej dyrektor Instytutu Turystyki, wobec licznej i doborowej publiczności Stowarzyszenie Entre Nous święciło wczoraj swoją kolejną rocznicę. Tak, ale ta mierzwa ci się podobała, Zavalita, siadałeś do maszyny i byłeś zadowolony. Potem już nigdy nie wkładałeś tyle drobiazgowej pracy w zredagowanie każdej notatki, myśli, nigdy tyle zaciekłości w poprawianie, rzucanie do kosza, pisanie na nowo stroni-czek, które zanosiłeś Arispemu.
– Po ilu miesiącach pracy zniechęciłeś się do dziennikarstwa? – powiedział Santiago.
Te miniaturowe prostokąciki twoich krótkich notatek, które nazajutrz wyszukiwałeś nerwowo w egzemplarzu „Kroniki”, kupionym w kiosku na Barranco, niedaleko pensjonatu. Z jaką dumą pokazywałeś je pani Lucii: o, to tutaj to ja pisałem, widzi pani?
– Po tygodniu pracy w „Kronice” – powiedział Garlitos. – W agencji nie miałem dziennikarskiej roboty, byłem raczej od pisania na maszynie. Miałem wszystkie godziny pracy wypełnione, a o drugiej byłem wolny i mogłem pisać wiersze, wszystkie popołudnia i wieczory miałem dla siebie. Gdyby mnie nie wylali, literatura nie straciłaby może poety, i to jakiego poety, mówię ci, Zavalita.
Przychodziłeś do redakcji o piątej, ale zaczynałeś się szykować dużo wcześniej, od wpół do czwartej popatrywałeś już na zegarek, nie mogąc się doczekać chwili, kiedy wsiądziesz do tramwaju – a może dzisiaj dadzą jakąś robotę na mieście? reportaż? wywiad? – kiedy dojedziesz na miejsce, usiądziesz przy biurku czekając na wezwanie Arispego: proszę skrócić tę notatkę do dziesięciu wierszy, Zavalita. Już nigdy potem z takim entuzjazmem, myśli, nigdy z takim pragnieniem, żeby coś stworzyć, zdobyłem pierwsze miejsce i oni mi gratulowali, już nigdy potem takich planów na przyszłość, dostałem awans. Więc na czym się potknąłem, myśli: kiedy? dlaczego?
– Nigdy się nie dowiedziałem, dlaczego; któregoś dnia ten skurwysyn wszedł do biura i powiedział pan jest komunistą, pan uprawia sabotaż – i Garlitos zaśmiał się jak do fotografii. – Chyba pan nie mówi poważnie?
– Pewnie, że poważnie, do jasnej cholery – powiedział Tallio. – Czy pan wie, ile forsy będę musiał wybulić z powodu pańskiego sabotażu? Ile mnie to będzie kosztować?
– Owszem, będzie to pana kosztować. Bo jeżeli będzie pan na mnie wrzeszczał, to ja się panu przejadę po mamusi – powiedział Garlitos: był bardzo zadowolony. – Nawet odszkodowania nie dostałem. I zaraz potem przyszedłem do „Kroiki”, i zaraz potem przekonałem się, że dla poety to jest gwóźdź do trumny, Zavalita.
– Dlaczego nie rzuciłeś dziennikarki? – powiedział Santi go. – Przecież mogłeś sobie znaleźć coś innego.
– Jak raz wdepniesz, to już po tobie, to jest jak ruchome piaski – rzekł Garlitos, tak jakby mówił z daleka albo jak usypiał. – Grzęźniesz i grzęźniesz coraz bardziej. Nienawidzisz tej roboty, ale nie możesz się wyzwolić. Nienawidzisz ale oto nagle jesteś zdolny do nie wiem jakich zrywów, żel zdobyć bombową wiadomość. Nie śpisz po nocach, pakuje; się w nieprawdopodobne miejsca. To nałóg, Zavalita.
– Grzęznę w ruchomych piaskach, ale mnie one nie dadzą rady, a wiesz czemu? – mówi Santiago. – Bo ja i tak skończę prawo, muszę skończyć, Ambrosio.
– Ja tam sobie nie wybierałem kryminalnej, tylko Arisr. miał mnie dosyć w wiadomościach miejskich, a Maldonado n: chciał mnie wziąć do depesz – mówił Garlitos, już bardzo daleki. – Tylko Becerrita jeszcze zdołał mnie ścierpieć u siebie Rubryka kryminalna, najgorsze, co może być. I to mi właśni odpowiada. Ludzkie szumowiny, mój żywioł, Zavalita.