Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Włókniarze – powiedział Bermúdez. – Wczoraj była dyskusja nad listą żądań. Wczoraj wieczorem urzędnicy zgłosili się u ministra Pracy, twierdzili, że istnieje groźba strajku i że to wszystko ma tło polityczne.
– Przepraszam, chwileczkę, don Cayo, ale to nie tak – powiedział Lozano. – Jak pan wie, to zawsze było gniazdo apristów. Toteż wśród włókniarzy przeprowadzono regularną czystkę. Związek zawodowy jest całkowicie nasz, można mu ufać. Pereira, sekretarz generalny, zawsze z nami współpracował, pan go zna.
– Jeszcze dzisiaj porozmawia pan z Pereira – przerwał mu. – Proszę mu powiedzieć, że groźba strajku ma pozostać tylko groźbą, nie możemy teraz pozwolić na strajki. Niech wezmą pod uwagę propozycje ministerstwa.
– Tu mam wszystko wyjaśnione, zaraz, don Cayo, przepraszam – Lozano nachylił się, szybkim ruchem wyciągnął ze sterty papierów jakąś karteczkę. – To tylko groźba, nic poza tym. Polityczny manewr, nie żeby kogoś przestraszyć, tylko po to, aby związek odzyskał prestiż wobec mas. Przeciw obecnemu kierownictwu jest duża opozycja i dlatego mogłoby się zdarzyć, że robotnicy znowu…
– Podwyżka proponowana przez ministerstwo jest w sam raz – powiedział. – Niech Pereira przekona swoich ludzi, dyskusja nad ich petycją musi się skończyć. Powstała napięta sytuacja, a takie napięcia sprzyjają rozruchom.
– Pereira myśli, że jeśli Ministerstwo Pracy przyjmie chociażby warunek numer dwa tej petycji, to on będzie mógł…
– Wytłumaczy pan Pereirze, że po to mu płacimy, aby nas słuchał, a nie, żeby myślał – powiedział Bermúdez. – Wpakowaliśmy go na ten stołek i ma nam ułatwić zadanie, niech nie komplikuje sprawy własnym myśleniem. Ministerstwo poszło na pewne ustępstwa wobec pracowników, a teraz związek zawodowy musi przyjąć te warunki. Powie pan Pereirze, że w czterdzieści osiem godzin wszystko musi być zakończone.
– Tak jest, don Cayo – powiedział Lozano. – Oczywiście, don Cayo.
Ale w dwa dni potem pana Lozano aż roznosiło z wściekłości, don: ten bydlak Calancha nie przyszedł na zebranie dyrekcji i nie dotrzymuje obietnicy, do 27-go już tylko trzy dni i jeżeli całe osiedle się nie stawi, nie zapełnią Placu Broni. Calancha to zawzięty chłop, trzeba go obłaskawić, dajcie mu choćby i pięćset solów. A może on ich oszukał, don, taka cicha woda, fałszywe ścierwo. Wsiedli do furgonetki, podjechali do jego domu, nie pukali do drzwi. Ludovico jednym ruchem ręki oderwał kawał cynkowej blachy: w środku paliła się świeczka, Calancha i jego Metyska właśnie jedli, a obok płakało może z dziesięcioro bachorów.
– Wyjdź no pan – powiedział Ambrosio. – Mamy do pogadania.
Metyska złapała kij i Ludovico zaczął się śmiać. Calancha sklął ją, wyrwał jej kij, proszę jej wybaczyć, bardzo panów przepraszam, taki zgrywus, don, ale to dlatego, że panowie weszli bez pukania. Wyszedł razem z nimi, tego wieczoru miał na sobie tylko spodnie i zajeżdżało od niego wódą. Ledwo się trochę oddalili od domu, Ludovico dołożył mu po gębie, a Ambrosio poprawił, nie za mocno, tyle, żeby zmiękł. A on jak nie zacznie hecować, don: rzucił się na ziemię, nie zabijajcie, to nieporozumienie.
– Ty wieprzu, ty świński pomiocie – powiedział Ludovico. – Ja ci dam nieporozumienie.
– Dlaczego pan nie dotrzymał obietnicy, don? – powiedział Ambrosio.
– Dlaczegoś nie przyszedł na zebranie, kiedy Hipólito miał załatwiać wasz wyjazd autobusami? – powiedział Ludovico.
– Niech mi pan spojrzy w twarz, spójrzcie, panowie, widzicie, jaka żółta? – ślinił się Calancha. – Jak dostanę ataku, to mnie zwala z nóg, byłem chory, leżałem w łóżku. Pójdę na to jutrzejsze zebranie, wszystko się zrobi.
– Jeżeli ci ludzie stąd nie przyjadą na manifestację, to będzie z pana winy – powiedział Ambrosio.
– A wtedy cię przymkną – powiedział Ludovico. – i to jako politycznego, oj, mamusiu, nie zazdroszczę.
Dał im słowo, zaklinał się na swoją matkę, a Ludovico przyłożył mu jeszcze i Ambrosio poprawił, teraz już trochę mocniej.
– Możesz sobie mówić, że to skurwysyństwo, ale to tylko dla twojego dobra – powiedział Ludovico. – Sam widzisz, Calancha, po prostu nie chcemy, żeby cię przymknęli.
– To twoja ostatnia szansa – powiedział Ambrosio.
On daje słowo, przysięga na swoją mamusię, tylko już mnie nie bijcie.
– Jeżeli wszyscy Indianie z osiedla przyjdą na plac i wszystko się uda, dostaniesz trzysta solów, Calancha – powiedział Ludovico. – No więc co wolisz, iść do mamra czy dostać trzysta solów.
– Nie potrzeba, ja nie chcę forsy – taki męczący facet, don. – Ja to zrobię tylko dla generała Odrii.
No i tak go zostawili, razem z jego przysięgami i obietnicami. Jak myślisz, Ambrosio, czy to ścierwo dotrzyma słowa? Dotrzymał słowa, don: następnego dnia Hipólito zawiózł chorągiewki, a Calancha przyjął go razem z całą starszyzną i Hipólito widział, że gadał ze swoimi ludźmi i bardzo się starał.
Pani była wyższa od Amalii, ale nie taka wysoka jak panienka Queta, włosy miała czarne o kasztanowatym połysku, cerę taką, jakby nigdy nie wychodziła na słońce, zielone oczy i czerwone usta, które ciągle figlarnie przygryzała równiutkimi ząbkami. Ile miała lat? Już jest po trzydziestce, mówiła Carlota, a Amalia myślała dwadzieścia pięć. Od pasa w górę była taka sobie, w sam raz, a niżej okrąglutka, aż miło. Proste plecy, sterczące piersi, talia cienka jak u dziewczynki. Ale biodra miała piękne, w kształcie serca, u góry szersze, zwężające się do dołu, a nogi smukłe i długie, szczuplutkie w kostkach, i stopy jak u panienki Teté. Ręce też miała malutkie, o bardzo długich paznokciach, pomalowanych zawsze tym samym kolorem co usta. Kiedy była w spodniach i bluzce, wszystko się jej odznaczało, dekolty jej eleganckich sukien odsłaniały ramiona, pół pleców i połowę piersi. Siadała założywszy nogę na nogę, spódnica podchodziła jej wysoko, tak że widać było kolana, a Carlota z Amalia, jak rozgdakane kokoszki, podglądały ją ze spiżarni i patrzyły, jak goście wodzą oczami za panią, jak ich oczy wędrują od jej nóg ku dekoltowi. Starzy, siwi, tłuści, czego to oni nie wymyślali, żeby tylko się zbliżyć i popatrzeć, podnosili z podłogi szklankę whisky, schylali się otrzepując popiół z papierosa. Ona się wcale o to nie gniewała, nawet ich prowokowała siadając o, tak, i podnosząc ręce. A pan nie jest zazdrosny? mówiła Amalia do Carloty, każdy inny by się rozgniewał na takie poufałości z panią. A Carlota: dlaczego ma być zazdrosny? Przecież ona jest tylko jego kochanką. To było bardzo dziwne, pan był brzydki i stary, ale nie wyglądał na głupca, a przecież siedział tak spokojnie, kiedy goście, już trochę zaprawieni, zaczynali kleić się do pani. Na przykład w tańcu całowali ją w szyję albo głaskali jej plecy i ściskali ją. Pani chichotała, niby to żartem trzepnęła natręta po ręce, niby żartem popychała go na fotel, a czasem tańczyła jakby nigdy nic i pozwalała na różne rzeczy. Don Cayo nigdy nie tańczył. Siedział w fotelu, ze szklanką w ręku, rozmawiał z gośćmi albo z obojętną twarzą patrzył, jak pani się bawi, żartuje i kokietuje, kiedyś jeden pan czerwony na policzkach wrzasnął pożycz no mi tę twoją syrenę na weekend, Cayo, pojedziemy do Paracas! A don Cayo: daję ją panu w prezencie, generale, a pani: doskonale, jestem twoja, zabierz mnie do Paracas. Carlota i Amalia skręcały się ze śmiechu słuchając, jak się przekomarzali, jak walczyli o panią, ale Simula nie pozwalała im długo siedzieć w spiżarni, przychodziła i zamykała drzwi, albo zjawiała się pani, oczy jej błyszczały, policzki płonęły, i kazała im iść spać. Leżąc w łóżku Amalia słyszała muzykę, śmiech, krzyki, brzęk szklanek, i długo nie mogła zasnąć, skurczona pod kocem, niespokojna, śmiejąc się sama do siebie. Potem rano miały razem z Carlota trzy razy tyle pracy co zwykle. Góry niedopałków i butelek, meble poodsuwane pod ściany, potłuczone kieliszki. Myły, zamiatały, porządkowały, żeby pani schodząc nie mówiła co za brud, jakie obrzydlistwa. Po przyjęciu pan zostawał na noc. Wyjeżdżał raniuteńko, Amalia widziała, jak z pożółkłą twarzą i podkrążonymi oczyma idzie szybkim krokiem przez ogród, budzi tych dwóch, co całą noc czekali na niego drzemiąc w samochodzie, ile też musiał im płacić za takie czuwanie, i jak tylko samochód ruszał, znikali także żandarmi z rogu ulicy. W takie dni pani wstawała bardzo późno. Simula miała już dla niej przygotowany talerz ostryg z sosem z cebuli i z papryką i piwo z lodówki. Schodziła na dół w szlafroku, z podpuchniętymi, czerwonymi oczyma, zjadała obiad i wracała do łóżka, i przez całe popołudnie dzwoniła na Amalię, żeby jej przyniosła to wodę mineralną, to alka-seltzers.