Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 54 55 56 57 58 59 60 61 62 ... 163
Перейти на страницу:

– Włókniarze – powiedział Bermúdez. – Wczoraj była dyskusja nad listą żądań. Wczoraj wieczorem urzędnicy zgłosili się u ministra Pracy, twierdzili, że istnieje groźba strajku i że to wszystko ma tło polityczne.

– Przepraszam, chwileczkę, don Cayo, ale to nie tak – powiedział Lozano. – Jak pan wie, to zawsze było gniazdo apristów. Toteż wśród włókniarzy przeprowadzono regularną czystkę. Związek zawodowy jest całkowicie nasz, można mu ufać. Pereira, sekretarz generalny, zawsze z nami współpracował, pan go zna.

– Jeszcze dzisiaj porozmawia pan z Pereira – przerwał mu. – Proszę mu powiedzieć, że groźba strajku ma pozostać tylko groźbą, nie możemy teraz pozwolić na strajki. Niech wezmą pod uwagę propozycje ministerstwa.

– Tu mam wszystko wyjaśnione, zaraz, don Cayo, przepraszam – Lozano nachylił się, szybkim ruchem wyciągnął ze sterty papierów jakąś karteczkę. – To tylko groźba, nic poza tym. Polityczny manewr, nie żeby kogoś przestraszyć, tylko po to, aby związek odzyskał prestiż wobec mas. Przeciw obecnemu kierownictwu jest duża opozycja i dlatego mogłoby się zdarzyć, że robotnicy znowu…

– Podwyżka proponowana przez ministerstwo jest w sam raz – powiedział. – Niech Pereira przekona swoich ludzi, dyskusja nad ich petycją musi się skończyć. Powstała napięta sytuacja, a takie napięcia sprzyjają rozruchom.

– Pereira myśli, że jeśli Ministerstwo Pracy przyjmie chociażby warunek numer dwa tej petycji, to on będzie mógł…

– Wytłumaczy pan Pereirze, że po to mu płacimy, aby nas słuchał, a nie, żeby myślał – powiedział Bermúdez. – Wpakowaliśmy go na ten stołek i ma nam ułatwić zadanie, niech nie komplikuje sprawy własnym myśleniem. Ministerstwo poszło na pewne ustępstwa wobec pracowników, a teraz związek zawodowy musi przyjąć te warunki. Powie pan Pereirze, że w czterdzieści osiem godzin wszystko musi być zakończone.

– Tak jest, don Cayo – powiedział Lozano. – Oczywiście, don Cayo.

Ale w dwa dni potem pana Lozano aż roznosiło z wściekłości, don: ten bydlak Calancha nie przyszedł na zebranie dyrekcji i nie dotrzymuje obietnicy, do 27-go już tylko trzy dni i jeżeli całe osiedle się nie stawi, nie zapełnią Placu Broni. Calancha to zawzięty chłop, trzeba go obłaskawić, dajcie mu choćby i pięćset solów. A może on ich oszukał, don, taka cicha woda, fałszywe ścierwo. Wsiedli do furgonetki, podjechali do jego domu, nie pukali do drzwi. Ludovico jednym ruchem ręki oderwał kawał cynkowej blachy: w środku paliła się świeczka, Calancha i jego Metyska właśnie jedli, a obok płakało może z dziesięcioro bachorów.

– Wyjdź no pan – powiedział Ambrosio. – Mamy do pogadania.

Metyska złapała kij i Ludovico zaczął się śmiać. Calancha sklął ją, wyrwał jej kij, proszę jej wybaczyć, bardzo panów przepraszam, taki zgrywus, don, ale to dlatego, że panowie weszli bez pukania. Wyszedł razem z nimi, tego wieczoru miał na sobie tylko spodnie i zajeżdżało od niego wódą. Ledwo się trochę oddalili od domu, Ludovico dołożył mu po gębie, a Ambrosio poprawił, nie za mocno, tyle, żeby zmiękł. A on jak nie zacznie hecować, don: rzucił się na ziemię, nie zabijajcie, to nieporozumienie.

– Ty wieprzu, ty świński pomiocie – powiedział Ludovico. – Ja ci dam nieporozumienie.

– Dlaczego pan nie dotrzymał obietnicy, don? – powiedział Ambrosio.

– Dlaczegoś nie przyszedł na zebranie, kiedy Hipólito miał załatwiać wasz wyjazd autobusami? – powiedział Ludovico.

– Niech mi pan spojrzy w twarz, spójrzcie, panowie, widzicie, jaka żółta? – ślinił się Calancha. – Jak dostanę ataku, to mnie zwala z nóg, byłem chory, leżałem w łóżku. Pójdę na to jutrzejsze zebranie, wszystko się zrobi.

– Jeżeli ci ludzie stąd nie przyjadą na manifestację, to będzie z pana winy – powiedział Ambrosio.

– A wtedy cię przymkną – powiedział Ludovico. – i to jako politycznego, oj, mamusiu, nie zazdroszczę.

Dał im słowo, zaklinał się na swoją matkę, a Ludovico przyłożył mu jeszcze i Ambrosio poprawił, teraz już trochę mocniej.

– Możesz sobie mówić, że to skurwysyństwo, ale to tylko dla twojego dobra – powiedział Ludovico. – Sam widzisz, Calancha, po prostu nie chcemy, żeby cię przymknęli.

– To twoja ostatnia szansa – powiedział Ambrosio.

On daje słowo, przysięga na swoją mamusię, tylko już mnie nie bijcie.

– Jeżeli wszyscy Indianie z osiedla przyjdą na plac i wszystko się uda, dostaniesz trzysta solów, Calancha – powiedział Ludovico. – No więc co wolisz, iść do mamra czy dostać trzysta solów.

– Nie potrzeba, ja nie chcę forsy – taki męczący facet, don. – Ja to zrobię tylko dla generała Odrii.

No i tak go zostawili, razem z jego przysięgami i obietnicami. Jak myślisz, Ambrosio, czy to ścierwo dotrzyma słowa? Dotrzymał słowa, don: następnego dnia Hipólito zawiózł chorągiewki, a Calancha przyjął go razem z całą starszyzną i Hipólito widział, że gadał ze swoimi ludźmi i bardzo się starał.

Pani była wyższa od Amalii, ale nie taka wysoka jak panienka Queta, włosy miała czarne o kasztanowatym połysku, cerę taką, jakby nigdy nie wychodziła na słońce, zielone oczy i czerwone usta, które ciągle figlarnie przygryzała równiutkimi ząbkami. Ile miała lat? Już jest po trzydziestce, mówiła Carlota, a Amalia myślała dwadzieścia pięć. Od pasa w górę była taka sobie, w sam raz, a niżej okrąglutka, aż miło. Proste plecy, sterczące piersi, talia cienka jak u dziewczynki. Ale biodra miała piękne, w kształcie serca, u góry szersze, zwężające się do dołu, a nogi smukłe i długie, szczuplutkie w kostkach, i stopy jak u panienki Teté. Ręce też miała malutkie, o bardzo długich paznokciach, pomalowanych zawsze tym samym kolorem co usta. Kiedy była w spodniach i bluzce, wszystko się jej odznaczało, dekolty jej eleganckich sukien odsłaniały ramiona, pół pleców i połowę piersi. Siadała założywszy nogę na nogę, spódnica podchodziła jej wysoko, tak że widać było kolana, a Carlota z Amalia, jak rozgdakane kokoszki, podglądały ją ze spiżarni i patrzyły, jak goście wodzą oczami za panią, jak ich oczy wędrują od jej nóg ku dekoltowi. Starzy, siwi, tłuści, czego to oni nie wymyślali, żeby tylko się zbliżyć i popatrzeć, podnosili z podłogi szklankę whisky, schylali się otrzepując popiół z papierosa. Ona się wcale o to nie gniewała, nawet ich prowokowała siadając o, tak, i podnosząc ręce. A pan nie jest zazdrosny? mówiła Amalia do Carloty, każdy inny by się rozgniewał na takie poufałości z panią. A Carlota: dlaczego ma być zazdrosny? Przecież ona jest tylko jego kochanką. To było bardzo dziwne, pan był brzydki i stary, ale nie wyglądał na głupca, a przecież siedział tak spokojnie, kiedy goście, już trochę zaprawieni, zaczynali kleić się do pani. Na przykład w tańcu całowali ją w szyję albo głaskali jej plecy i ściskali ją. Pani chichotała, niby to żartem trzepnęła natręta po ręce, niby żartem popychała go na fotel, a czasem tańczyła jakby nigdy nic i pozwalała na różne rzeczy. Don Cayo nigdy nie tańczył. Siedział w fotelu, ze szklanką w ręku, rozmawiał z gośćmi albo z obojętną twarzą patrzył, jak pani się bawi, żartuje i kokietuje, kiedyś jeden pan czerwony na policzkach wrzasnął pożycz no mi tę twoją syrenę na weekend, Cayo, pojedziemy do Paracas! A don Cayo: daję ją panu w prezencie, generale, a pani: doskonale, jestem twoja, zabierz mnie do Paracas. Carlota i Amalia skręcały się ze śmiechu słuchając, jak się przekomarzali, jak walczyli o panią, ale Simula nie pozwalała im długo siedzieć w spiżarni, przychodziła i zamykała drzwi, albo zjawiała się pani, oczy jej błyszczały, policzki płonęły, i kazała im iść spać. Leżąc w łóżku Amalia słyszała muzykę, śmiech, krzyki, brzęk szklanek, i długo nie mogła zasnąć, skurczona pod kocem, niespokojna, śmiejąc się sama do siebie. Potem rano miały razem z Carlota trzy razy tyle pracy co zwykle. Góry niedopałków i butelek, meble poodsuwane pod ściany, potłuczone kieliszki. Myły, zamiatały, porządkowały, żeby pani schodząc nie mówiła co za brud, jakie obrzydlistwa. Po przyjęciu pan zostawał na noc. Wyjeżdżał raniuteńko, Amalia widziała, jak z pożółkłą twarzą i podkrążonymi oczyma idzie szybkim krokiem przez ogród, budzi tych dwóch, co całą noc czekali na niego drzemiąc w samochodzie, ile też musiał im płacić za takie czuwanie, i jak tylko samochód ruszał, znikali także żandarmi z rogu ulicy. W takie dni pani wstawała bardzo późno. Simula miała już dla niej przygotowany talerz ostryg z sosem z cebuli i z papryką i piwo z lodówki. Schodziła na dół w szlafroku, z podpuchniętymi, czerwonymi oczyma, zjadała obiad i wracała do łóżka, i przez całe popołudnie dzwoniła na Amalię, żeby jej przyniosła to wodę mineralną, to alka-seltzers.

1 ... 54 55 56 57 58 59 60 61 62 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)