Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Ile głosów na listę czerwonych?
– Dwadzieścia cztery przeciwko dwóm setkom – Lozano pogardliwie machnął ręką, z niesmakiem skrzywił usta. – Tyle co nic.
– Mam nadzieję, że nie zamknął pan wszystkich przeciwników Espinozy.
– Tylko dwunastu, don Cayo. Czerwoni i apriści notowani w naszych kartotekach. Przeprowadzali kampanię za listą Bravo. Nie sądzę, żeby mogli być niebezpieczni.
– Wypuśćcie ich niedługo – powiedział Bermudez. – Najpierw czerwonych, potem apristów. Trzeba podsycać ich wzajemne nieporozumienia.
– Tak jest, don Cayo – powiedział Lozano; i w sekundę potem, z dumą: – Pewnie pan już widział gazety. Że wybory dobiegły do końca w spokojnej atmosferze, lista apolityczna uzyskała przewagę przy zastosowaniu demokratycznych metod.
Nigdy nie pracowałem z nim na stałe, don. Tylko od czasu do czasu, kiedy don Cayo wyjeżdżał w podróż i wypożyczał mnie panu Lozano. Co to była za robota? Ano tak wszystkiego po trochu, don. Najpierw trzeba było zobaczyć, co się dzieje na mieście. To jest Ludovico, powiedział pan Lozano, to jest Ambrosio, i tak się poznali. Podali sobie ręce, pan Lozano wszystko im wytłumaczył, a potem obaj pojechali do takiego baru w alei Bolivia, na jednego. Będzie draka? Nie, Ludovico przypuszczał, że łatwo pójdzie. Ambrosio jest nowy, co? Tak, on tu tylko chwilowo, jest szoferem.
– Kierowca pana Bermúdeza? – powiedział wtedy Ludovico ze zdziwioną miną. – Daj no, niech cię uściskam, masz szczęście.
Spodobali się sobie, don, Ludovico rozśmieszał Ambrosia opowieściami o Hipolicie, tym trzecim gościu, tym zwyrodnialcu. Teraz Ludovico jest kierowcą pana Cayo, don, a Hipólito mu pomaga. O zmierzchu wsiedli do furgonetki, prowadził Ambrosio, i zatrzymali się dość daleko od tej dzielnicy, bo teren był błotnisty. Dalej poszli pieszo; tytłając się w błocie, opędzając od much i rozpytując po drodze, dotarli do domu tego faceta. Drzwi otworzyła jakaś metyska tłuściocha i popatrzyła na nich nieufnie: czy można się widzieć z panem Calancha? Wylazł z ciemności: grubas bez butów, w podkoszulce.
– To pan tu jest główny wódz w tym osiedlu? – powiedział Ludovico.
– Nie ma miejsca dla nikogo więcej – ten facet patrzył na nich ze współczuciem, don. – Mamy komplet.
– My do pana w pilnej sprawie – powiedział Ambrosio. – Może wyjdziemy na chwilkę i pogadamy, co?
Tamten patrzył na nich przez moment i nic nie odpowiadał, i wreszcie proszę wejść, możemy i tu pogadać. A nie, nie, to musi być bez świadków. Dobra, jak chcecie. Szli ulicą, Ambrosio i Ludovico po bokach, Calancha w środku.
– Zagalopowałeś się pan, więc przyszliśmy pana ostrzec powiedział Ludovico. – W pana interesie.
– Nie rozumiem. Czego chcecie – powiedział ten facet słabym głosem.
Ludovico wyciągnął kilka papierosów, poczęstował go i sam też zapalił.
– Dlaczego pan rozpowiada ludziom, żeby nie szli na manifestację na Plac Broni 27 października, co, czemu? – powiedział Ambrosio.
– I jeszcze wygaduje pan różne rzeczy na generała Odrię – powiedział Ludovico. – Jak to tak.
– Ale kto wam naopowiadał takich bzdur o mnie – jakby go ukłuli w tyłek, don, i zaraz spokorniał: Panowie z policji? Bardzo mi przyjemnie.
– Gdybyśmy byli z policji, to byśmy się tak z tobą nie cackali – powiedział Ludovico.
– Ale kto to wymyślił, że ja coś wygaduję na rząd, a tym bardziej na prezydenta – stawiał się Calancha. Przecież nasza dzielnica się nazywa 27 Października na jego cześć, więc tym bardziej.
– No to czemu pan buntuje ludzi, żeby nie szli na manifestację? – powiedział Ambrosio.
– Przed nami się nic nie ukryje – powiedział Ludovico. Policja ma cię za wywrotowca.
– Nigdy w życiu, to łgarstwo – zgrywał się jak w teatrze, don. – Dajcie mi wszystko wytłumaczyć.
– Dobra, jak się z człowiekiem pogada, to zawsze można się porozumieć – powiedział Ludovico.
No i opowiedział im taką historię do płaczu, don. Dużo tych ludzi niedawno przyszło z gór i nawet nie mówili po hiszpańsku, zadomowili się na tym kawałku ziemi i nikomu nic złego nie robili, a jak byłą rewolucja Odni, nadali temu terenowi nazwę 27 Października, żeby tylko na nich nie nasłali glin, byli bardzo wdzięczni Odrii, że ich stąd nie wyrzucił. Ci ludzie nie są tacy jak oni – ciągle nam się z tym naprzykrzał, don – ani jak on sam, to ciemna biedota, a jego wybrali na szefa, bo umie czytać i jest stąd, z wybrzeża.
– A co to ma do rzeczy – powiedział wtedy Ludovico. – Chcesz nas urobić, żebyśmy zmiękli? Ten numer nie przejdzie, Calancha.
– Jeżeli teraz zaczniemy się mieszać do polityki, to ci, co nastaną, jak Odria odejdzie, napędzą tutaj glin i wyrzucą nas stąd – tłumaczył Calancha. – Rozumiecie, panowie?
– Tylko wywrotowcy mówią, że Odria odejdzie – rzekł Ludovico. – Prawda, Ambrosio?
Facet aż podskoczył i pet wypadł mu z gęby. Schylił się po niego, a Ambrosio zostaw, masz tu drugiego, zapal sobie.
– Ja wcale tego nie chcę, dla mnie mógłby zostać na zawsze – tak się podlizywał, don. – Ale Odria może umrzeć i przyjdzie jego przeciwnik, i powie ci z 27 Października robili manifestacje na jego cześć. I naślą nam tutaj policji, proszę pana.
– Nie myśl o przyszłości, tylko o tym, co teraz powinieneś robić – powiedział Ludovico. Przygotuj jak trzeba twoich ludzi na 27 października.
Klepnął go w plecy, wziął przyjaźnie pod ramię: teraz gadałem z tobą po dobremu, Calancha. Tak, proszę pana, oczywiście, proszę pana.
– Autobusy przyjadą po was o szóstej – powiedział Ludovico. – Mają pojechać wszyscy, starzy, dzieci, kobiety. Autobusy was odwiozą z powrotem. A później będziecie sobie mogli pohulać, jak zechcesz. I do picia też się coś znajdzie. Jasne, Calancha?
Tak, oczywiście, i Ludovico dał mu dwa funty: za to, że ci przeszkodziłem w kolacji, Calancha. Mało w portki nie zrobił, tak mu dziękował, don.
Panienka Queta przychodziła prawie zawsze po obiedzie, to była najbliższa przyjaciółka pani, też bardzo ładna, ale nigdy nie ubierała się tak jak pani Hortensja. Spodnie, wydekoltowane obcisłe bluzeczki, kolorowe zawoje na głowie. Czasem pani i panienka Queta wyjeżdżały białym samochodem panienki i wracały późną nocą. Kiedy były w domu, przez cały wieczór siedziały przy telefonie i nic tylko ciągle te same dowcipy i plotki. Cały dom rozbrzmiewał głosami pani i panienki, ich śmiech docierał aż do kuchni, a Amalia z Carlota biegły do spiżarni i podsłuchiwały, co wyrabiają pani z panienką przy telefonie. Zasłaniały usta chusteczką, wyrywały sobie słuchawkę, zmieniały głos. Jeśli się odzywał mężczyzna: jesteś fajny chłopak, okropnie mi się podobasz, zakochałam się w tobie, a ty nawet na mnie nie spojrzysz, może wpadniesz do mnie wieczorkiem? mówi przyjaciółka twojej żony. A jeżeli kobieta: mąż cię zdradza z twoją siostrą, twój mąż szaleje za mną, ale się nie bój, nie zabiorę ci go, bo ma pryszcze na plecach, mąż cię puści kantem o piątej w „Les Claveles”, na pewno wiesz z kim. Na początku Amalia czuła jakiś taki dziwny smak w ustach, kiedy tego słuchała, ale potem strasznie ją to bawiło. Wszystkie przyjaciółki pani to artystki, powiedziała jej Carlota, pracują w radiu, występują w kabaretach. Wszystkie tak śmiesznie wyglądały, panienka Lucy, wszystkie takie pewne siebie, panienka Carmincha, na okropnie wysokich obcasach, a ta, którą nazywali Chinka, to była z zespołu Bimbambom. A znów kiedy indziej, szeptem: coś ci powiem. Pani też była artystką, wiesz? Carlota natrafiła w jej sypialni na album z fotografiami, na których pani była w bardzo eleganckich sukniach, ale takich, co to wszystko widać. Amalia przeszukała nocną szafkę, łazienkę, toaletkę i nie znalazła albumu. Ale to na pewno była prawda, bo czemu by pani nie miała być artystką, przecież nic jej nie brakowało, nawet głos miała piękny. Słyszały, jak śpiewa w łazience, a kiedy widziały, że jest w dobrym humorze, napraszały się, proszę pani, Moją dróżkę, albo Noc miłości, albo Czerwone róże dla ciebie, a ona śpiewała to, co chciały. Na przyjęciach nigdy nie dawała się prosić, kiedy goście ją namawiali. Biegła nastawić płytę, łapała jakąś szklankę czy figurkę z serwantki, że niby trzyma mikrofon, stawała na środku salonu i śpiewała, a goście oklaskiwali ją jak szaleni. No widzisz? Na pewno była artystką, szeptała Carlota do Amalii.