Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Niech pan siada, po co te nerwy – uśmiechnął się, podsunął mu papierosa, podał ogień. – Wszędzie mamy wrogów, w pańskim biurze też pewno jest ktoś taki, co nas nie kocha. Sprawdzi pan później, panie Tallio.
– Ale ci dwaj redaktorzy to młodzi chłopcy, którzy… – zgnębiony, z tragikomiczną miną – zresztą jeszcze dziś to wyjaśnię. Poproszę doktora Alcibiadesa, żeby na przyszłość rozmawiał tylko ze mną.
– Tak, tak będzie najlepiej – powiedział; zamyślił się na chwilę i niby to przypadkiem rzucił okiem na wycinki tańczące w dłoniach Tallio. – Tyle tylko, że ta sprawa i mnie również przysporzyła przykrości. Prezydent i minister Spraw Wewnętrznych będą mnie pytać, dlaczego kupujemy biuletyny od agencji, która robi nam takie niespodzianki. A ponieważ ja odpowiadam za podpisanie umowy z Ansą, więc… może pan sobie dośpiewać.
– Właśnie dlatego jest mi tak przykro, señor Bermúdez – jasne, chciałbyś się schować pod ziemię. – Pracownik, który rozmawiał z doktorem Alcibiadesem, jeszcze dziś zostanie zwolniony.
– Tak, takie przypadki przynoszą ustrojowi ogromną szkodę – mówił ze smutkiem, jak gdyby głośno myśląc. – Kiedy w prasie pojawia się tego rodzaju wzmianka, nasi wrogowie zaraz to wykorzystują. A i tak mamy z nimi sporo kłopotów. Po co nam jeszcze kłopoty z przyjaciółmi, prawda?
– To się nie powtórzy, señor Bermúdez-wyciągnąłniebieską chustkę, z wściekłością wycierał sobie ręce. – Może pan być pewny. Tego może pan być pewny, señor Bermúdez.
– Ludzkie szumowiny napełniają mnie zachwytem – Garlitos znów się skulił, jakby dostał pięścią w żołądek. – Sam widzisz, jak mnie zdemoralizowało prowadzenie rubryki policyjnej.
– Nie pij więcej – powiedział Santiago. – Lepiej chodźmy stąd.
Ale Garlitos wyprostował się, już uśmiechnięty.
– Po drugim piwie ból mija i czuję się jak szatan, jeszcze mnie nie znasz. Pierwszy raz pijemy ze sobą, no nie? tak, Garlitos, myśli, to był pierwszy raz. – Ty, Zavalita, jesteś cholernie poważny, odwalasz robotę i już cię nie ma. Nie chcesz wpaść w nasze złe towarzystwo, co?
– Z pensji ledwo mi wystarcza na życie – powiedział Santiago. – Gdybym się szlajał razem z wami, nie miałbym nawet na komorne.
– Mieszkasz sam? – powiedział Garlitos. – Myślałem, że jak przykładny synek, z tatusiem i mamusią. Nie masz rodziny? A ile masz lat? Szczeniak z ciebie, co?
– Aleś ty ciekawy, o co jeszcze zapytasz – powiedział Santiago. – Owszem, mam rodzinę, ale mieszkam sam. Ty. słuchaj, jak wy to robicie, żeby przy waszych zarobkach jeszcze chodzić po burdelach i pić? Tego to już nie mogę zrozumieć.
– Tajemnica zawodowa – powiedział Garlitos. – To cała sztuka, trzeba umieć pożyczać i nie przejmować się długami, A ty czemu nie chodzisz na dziwki? Masz swoją dziewczynę?
– Może jeszcze spytasz, czy ją podrywam? – powiedział Santiago.
– Jak nie masz i nie chodzisz po burdelach, to pewnie próbujesz coś poderwać – powiedział Garlitos. – Chyba żebyś był pedałem.
Znów się skulił, a kiedy się wyprostował, twarz miał zmienioną. Oparł kędzierzawą głowę o tytułówki na ścianie, siedział chwilę z zamkniętymi oczyma, potem zaczął grzebać po kieszeniach, wyciągnął coś i przyłożył do nosa, głęboko oddychając. Znieruchomiał z głową odrzuconą do tyłu, z rozchylonymi ustami, spokojny i pijany. Otworzył oczy, drwiące spojrzał na Santiago:
– To żeby uśpić kłucie w brzuchu. Co masz taką minę, ja się nie narkotyzuję.
– Chcesz na mnie zrobić wrażenie? – powiedział Santiago. – Szkoda zachodu. Pijak, dziwkarz, wszystko już wiem, powiedzieli mi w redakcji. Ale ja nie sądzę ludzi po takich rzeczach.
Garlitos uśmiechnął się z czułością i podał mu papierosa.
– Miałem o tobie swoje zdanie, bo słyszałem, że cię ktoś polecał, no a poza tym trzymałeś się z daleka od nas. Ale się pomyliłem. Jesteś równy gość, Zavalita.
Mówił powoli, a na jego twarzy rozlewało się ukojenie, ruchy stawały się coraz bardziej zwolnione i ceremonialne.
– Raz to zażyłem, ale mi się zrobiło niedobrze – to było kłamstwo, Garlitos. – Zwymiotowałem i chorowałem na żołądek.
– Jeszcze nie masz dosyć, chociaż już chyba ze trzy miesiące jesteś w „Kronice”? Nie masz, co? – mówił Garlitos, z prośbą w głosie, jakby się modlił.
– Trzy i pół – powiedział Santiago. – Już po okresie próbnym. W poniedziałek podpisali ze mną umowę.
– Biedaku – powiedział Garlitos. – I do końca życia będziesz dziennikarzem. Coś ci powiem, tylko się przysuń, żeby nas nikt nie słyszał. To tajemnica. Największa rzecz na świecie, Zavalita, to jest poezja.
Tym razem panienka Queta zjawiła się w willi w San Miguel o dwunastej w południe. Wpadła jak huragan, w przelocie uszczypnęła w policzek Amalię, która jej otworzyła drzwi, Amalia pomyślała upiła się. Pani Hortensja wychyliła się ze schodów i panienka przesłała jej ręką pocałunek: chcę u ciebie trochę odetchnąć, kochana, stara Ivonne mnie szuka, a ja konam z niewyspania. No proszę, jak cię wszędzie potrzebują, zaśmiała się pani, wejdź na górę, kochana. Poszły do sypialni, a w jakiś czas potem wołanie pani, przynieś nam piwa z lodu. Amalia weszła na górę z tacą i już od drzwi zobaczyła, że panienka leży na łóżku i ma na sobie tylko prześcieradło kąpielowe. Jej suknia, pończochy i pantofle leżały na podłodze, a ona śpiewała, śmiała się i mówiła sama do siebie. A pani jakby się zaraziła od panienki, bo chociaż rano nic nie piła, to też się śmiała, śpiewała i kokietowała panienkę siedząc na stołeczku przed toaletką. Panienka poklepywała poduszkę, robiła coś jakby ćwiczenia gimnastyczne, czerwone włosy całkiem zakrywały jej twarz, a jej długie nogi wyglądały w lustrze jak ogromne robaki. Na widok tacy z piwem usiadła, ach, jak jej się chce pić, jednym haustem wypiła pół szklanki, wspaniałe. I nagle złapała Amalię za rękę, chodź, chodź, patrząc na nią figlarnie, nie uciekaj mi. Amalia spojrzała na panią, ale pani patrzyła na panienkę z takim szelmowskim wyrazem twarzy, jakby myślała co ty chcesz zrobić, i zaraz też się roześmiała. No wiesz, kochana, jak ty je sobie dobierasz, i panienka żartem pogroziła pani, a nie zdradzasz mnie z tą małą? a pani po swojemu wybuchnęła śmiechem: no pewnie, że zdradzam. Ale za to ty nie wiesz, z kim ona cię zdradza, ta cicha woda, śmiała się panienka Queta. Amalii zaczęło dzwonić w uszach, panienka złapała ją za ramię i śpiewała oko za oko, kochaneczko, ząb za ząb, i patrzyła na Amalię i nagle – żartem czy serio? – no powiedz mi, Amalio, jak pan wyjeżdża raniutko, to przychodzisz tutaj pocieszyć moją kochaneczkę? Amalia nie wiedziała, czy ma się obrazić czy śmiać. Tak, czasem, wybąkała i to było tak, jakby powiedziała świetny dowcip. Ach ty diablico, wybuchnęła na to panienka Queta patrząc na panią, a pani, skręcając się ze śmiechu, pożyczę ci ją, ale bądź dla niej dobra, i panienka szarpnęła Amalię, aż usiadła na łóżku. Na szczęście pani wstała, podbiegła, ze śmiechem odepchnęła panienkę, więc ją w końcu puściła: no idź już, Amalio, ta wariatka chce cię sprowadzić na złą drogę. Amalia wyszła z pokoju ścigana wybuchami śmiechu i sama też się śmiała zbiegając ze schodów, ale drżały jej kolana i kiedy znalazła się w kuchni, była już poważna i rozzłoszczona. Simula zmywała statki i podśpiewywała: co ci jest. A Amalias, nic, upiły się i robią takie rzeczy, że aż się zawstydziłam.
– Szkoda tylko, że to się stało akurat w momencie, kiedy wygasa nasza umowa z Ansą – poprzez obłok dymu szukał oczu Tallia. – Może pan sobie wyobrazić, ile trudu będzie mnie kosztowało przekonanie ministra o konieczności przedłużenia tej umowy.