Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
— Będzie, jak sobie życzysz, mój panie. Poprzednia pracodawczyni nie chciała moich sugestii, póki sama o nie nie poprosiła. Nie popełnię drugi raz tego samego błędu, zapewniam cię. — Przypatrując się Perrinowi, wyraźnie dojrzewał do jakiejś decyzji. — Jeśli mogę tak powiedzieć — dodał ostrożnie — znajduję służbę u ciebie... przyjemną... w sposób, którego nie oczekiwałem. Jesteś, panie, taki, jakim się wydajesz, nie ma w tobie zupełnie trującej obłudy, nie ukrywasz w sobie broni, którą pragniesz wycelować w kogoś nieostrożnego... Moja poprzednia pracodawczyni była powszechnie znana ze swego sprytu, sądzę wszak, żeś ty jest jednakowo zdolny, choć w inny sposób. Wierzę, że gdybym porzucił służbę u ciebie, srogo bym tego żałował. Ludzie powiadają takie rzeczy, by utrzymać posadę, ja jednak mówię poważnie i szczerze.
Trująca obłuda? Zanim Balwer trafił do Perrina, służył jako sekretarz jakiejś murandiańskiej pani wysokiego rodu, która popadła w biedę i z powodu trudnej sytuacji nie mogła sobie dłużej pozwolić na zatrudnianie go. Murandy było więc chyba znacznie gorszym miejscem, niż Perrin sądził.
— Nie widzę powodów, by cię zwalniać, panie Balwer. Powiedz tylko, co chcesz zrobić i pozwól mi samodzielnie podjąć decyzję w tej kwestii, nie próbując mnie do niczego zmuszać. I zapomnij o pochlebstwach.
— Nigdy nikomu nie schlebiam, mój panie. Doskonale natomiast potrafię dopasować się do potrzeb mojego pracodawcy. Tego wymaga ode mnie moja profesja. — Mały mężczyzna skłonił się ponownie. Wcześniej nigdy nie był taki oficjalny. — Jeśli nie masz do mnie więcej pytań, mój panie, może pójdę odnaleźć Lady Medore?
Perrin skinął głową. Balwer znów zgiął się wpół, wycofał, po czym ruszył pospiesznie do obozu. Gdy omijał ostre paliki, niczym wróbel skaczący po śniegu, trzepotały za nim poły jego płaszcza. Dziwny był z niego człowiek.
— Nie ufam mu — mruknął Aram, spoglądając za sekretarzem. — Nie ufam też Selande i jej ludziom. Zobaczysz, zjednoczą się z Aes Sedai. Zapamiętaj moje słowa.
— Komuś trzeba zaufać — pouczył go szorstko Perrin. Pytanie brzmiało: „Komu?”.
Wskoczył na siodło Steppera i dotknął butami żeber bułanka. Leżący spokojnie młot jest zazwyczaj bezużyteczny.
6
Zapach snu
Zimne powietrze, które Perrin wciągał nosem, wydawało mu się czyste i rześkie. Mężczyzna wjechał galopem do lasu. Wiatr był równie mroźny jak śnieg, który wzlatywał w obłokach spod kopyt Steppera. Tu Aybara mógłby zapomnieć o starych przyjaciołach skłonnych wierzyć w najgorsze pogłoski. Tu mógłby spróbować zapomnieć o Masemie, Aes Sedai i Mądrych. Shaido Aiel, niestety, tkwili we wnętrzu jego czaszki niczym żelazna łamigłówka — złożony z kawałeczków kalejdoskop, który nie znikał, obojętnie jak długo Perrin kręcił głową. Straszliwie pragnął się pozbyć tej kowalskiej łamigłówki, rozszarpać ją na strzępy.
Po krótkim, szaleńczym cwale zwolnił swego bułanego wierzchowca do kłusa. Natychmiast zawładnęły nim wyrzuty sumienia. Ciemność pod leśnym baldachimem była głęboka, a kamienie wśród strzelistych drzew niewidoczne pod śniegiem, toteż pędzący koń mógł sobie złamać nogę w stu miejscach, nie licząc świstaczych, lisich i borsuczych nor. Nie było potrzeby podejmować ryzyka. Galop nie przyspieszy uwolnienia Faile nawet o godzinę, a żaden koń nie potrafił długo utrzymać takiego tempa. W niektórych miejscach nawiało tyle śniegu, że sięgał po kolana, a i w innych było go sporo. Perrin jechał jednak na północny wschód, gdyż zwiadowcy z nowinami o Faile przybywali właśnie z tamtego kierunku. To znaczy przynajmniej z nowinami o Shaido Aiel. Perrin bardzo często miał na nie nadzieję i modlił się o nie, a dziś po prostu wiedział, że je otrzyma. Niestety, wiedza ta jedynie dodatkowo zwiększała niepokój. Znalezienie Shaido stanowiło zaledwie pierwszy element łamigłówki. Z powodu przepełniającego go gniewu Perrin nie mógł się skupić na jednej konkretnej rzeczy, myśli skakały mu jak szalone i wiedział, że wbrew komplementom Balwera, jest człowiekiem — w najlepszym razie — metodycznym. Nie bardzo sobie radził z szybkim myśleniem, a ponieważ nie posiadał sprytu, metodyczność będzie musiała mu wystarczyć. Jakoś.
Aram zrównał się z nim, mocno poganiając swojego siwka, po czym zwolnił, trzymając się nieco z tyłu i z boku — niczym świetnie wyszkolony pies myśliwski. Perrin pozwolił mu na to. Gdy kazał Aramowi jechać obok siebie, służący nigdy nie wydzielał zapachu sugerującego dobre samopoczucie. Były Druciarz nie odzywał się, jednak jego wypełniająca lodowate powietrze woń stanowiła mieszaninę wściekłości, podejrzliwości i niezadowolenia. Mężczyzna siedział w siodle napięty jak struna i ponuro rozglądał się po lesie. Może się obawiał, że zza najbliższego drzewa wyskoczą Shaido.
Przed większością osób można było w tym lesie ukryć właściwie niemal wszystko. W miejscach, w których niebo prześwitywało przez gęste korony drzew, miało zdecydowaną, ciemnoszarą barwę, w tej chwili wszakże gałęzie pogrążały las w mroczniejszym niż noc cieniu, a drzewa wyglądały jak solidne, czarne kolumny. Tym niemniej nawet ruch czarnoskrzydłej kawki, która siedząc na ciężkim od śniegu konarze, stroszyła z zimna piórka, przyciągnął spojrzenie Perrina, a polująca kuna leśna, kompletnie czarna na tle ciemności, ostrożnie podniosła głowę na widok jeźdźców. Perrin wyczuł zapachy obu zwierząt, a także obcą, słabą, ludzką woń bijącą z okolic ogromnego dębu o ciemnych, rozłożystych konarach grubych jak męskie udo. Ghealdanie i Mayenianie wysyłali konne patrole, które objeżdżały obóz w promieniu kilku mil, jednak Perrin wolał polegać na ludziach z Dwu Rzek. Wprawdzie nie miał ich zbyt wielu, ale wszyscy czuli się w lesie jak w domu, potrafili polować na zwierzęta, które w przeciwnym razie mogłyby zapolować na nich i umieli dostrzec ruch, który umknąłby człowiekowi myślącemu w kategoriach żołniersko-wojennych. A można tu było spotkać schodzące za owcami z gór kuguary, a także niedźwiedzie i dziki ukryte w zaroślach i czatujące na potencjalną ofiarę. Z gałęzi rosnących trzydzieści, czterdzieści stóp nad ziemią ludzie mogli zobaczyć wszystko, co poruszało się pod nimi — w samą porę, by ostrzec obóz, zaś dzięki swym potężnym łukom mogli odpowiednio potraktować każdego wroga, który stanął im na drodze. Niemniej jednak zapachy wartowników musnęły umysł Perrina równie lekko jak woń małej kawki. Skoncentrował się na drzewach i cieniach przed sobą, wypatrując pierwszych znaków wracających zwiadowców.
Nagle Stepper odrzucił łeb, parsknął, wyrzucając z pyska kłęby mgły i potoczył oczyma z takim strachem, jakby zobaczył trupa. Siwek Arama zarżał lękliwie i spłoszył się. Perrin pochylił się do przodu, zamierzając poklepać drżącego ogiera po szyi, znieruchomiał wszakże z wyciągniętą ręką, gdy w nos uderzył go ślad zapachu w powietrzu. Był to słaby odór spalonej siarki, od którego mężczyźnie stanęły wszystkie włoski na karku. Prawie spalona siarka... w zasadzie jedynie blada imitacja tego smrodu. Kojarzyła się z czymś złym, a równocześnie nierzeczywistym, czymś, co nie należało do tego świata. Zapach nie był nowy — w każdym razie nikt nie nazwałby go „świeżym” — ale nie był także stary. Miał z godzinę, może nawet mniej. Pojawił się prawdopodobnie w porze przebudzenia Perrina. W czasie gdy Aybara właśnie o takim zapachu śnił.
— Co to takiego, Lordzie Perrinie? — Aram miał kłopoty z zapanowaniem nad siwkiem, który tanecznym krokiem kręcił się i walczył z cuglami, wyraźnie starając się umknąć w jakimkolwiek kierunku, byle jak najdalej stąd. Mimo szarpaniny z wałachem eks-Druciarz zdołał wyciągnąć miecz o głowicy zdobionej wilczą głową. Mężczyzna ćwiczył z tą bronią codziennie, godzinami, ilekroć tylko znalazł czas i wszyscy, którzy znali się na walce, zgodnie przyznawali, że posługiwał się swoim mieczem doskonale. — Może ty, panie, potrafisz dostrzec byle cieniutką, białą nitkę na czarnym tle, dla mnie jednak nadal panuje wokół noc. Nie widzę niczego, co mogłoby mieć jakiekolwiek znaczenie.