Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
– Powiedziałbym ci, ale mamy tu dziecko. – Uśmiech się nie zmienił.
– Hej! – Key’la poruszyła się niespokojnie.
– My wiemy, że ty wiesz, że dzieci przynosi nocą biała klacz i zostawia je pod wozem rodziców. – Nee’wa potarmosiła małej włosy.
– Tylko że do Mandellen musiałby co noc przybiegać wielki tabun białych klaczy. – Det’mon chyba się uśmiechał, wyczuła to w jego głosie, ale go nie widziała, nie spuszczając oczu z Pierwszego. – Nikt w całym mieście nie mógłby spać.
– Ale te klacze biegają ciszej, niż sunie wieczorna mgła, nie powinny nikomu przeszkadzać... – To była znów Nee’wa.
– Przestańcie! Wiem, że dzieci biorą się z brzucha mamy!
Ktoś dostał kuksańca, ktoś zachichotał. Kailean nie odrywała oczu od twarzy Der’eko.
– Pięknie opowiadałeś – mruknęła. – Szkoda, że nie widziałam dokładnie.
– Takie tam bajędy dla dzieci. Dla pokrzepienia wygnańców.
– Więc się pewnie przydadzą. Tu jest pełno wygnańców. Ostatnia wojna stworzyła ich setki tysięcy. Niektórzy wrośli już w nowe ziemie.
– Tak. Niektórych nawet zmuszono do tego siłą. I prawami. Meekhańskimi – dodał, wyciągając palec w jej stronę.
Zmarszczyła brwi, bardziej zaskoczona niż obrażona tym gestem, w rodzinie od dawna nikt nie wspominał, że nie jest arb’verdanno – urodzona na wozie. Dla wszystkich była kuzynką, mimo jasnych włosów, zielonych oczu i bladej cery. Ale rozmawiali w wysokiej mowie, więc wiedziała, że nie chciał jej obrazić, tylko podkreślić oczywisty fakt, że Meekhan nie jest jego ojczyzną.
– Tak, Der. Prawa. Pokaż mi dowolne królestwo, które nie opiera się na prawach. Nawet Se-kohlandczycy je mają. A może inaczej – uśmiechnęła się tak jak on, samymi wargami – oni mają królestwo, bo mają prawa. Rozumiesz?
– A my straciliśmy swoje, bo nie mieliśmy praw?
Płynnie przeszedł na meekh, jakby nie chciał kalać wysokiej mowy zwykłą kłótnią.
– My? Kto, my? Zapytaj ojca... – Też zmieniła język.
– A po co? Znam jego opowieści.
– Więc jakie królestwo stracili ci, którzy nie uznawali żadnych granic ani władzy nad sobą? Królewska karawana była królewska tylko z nazwy, bo króla nie słuchano nawet na własnym wozie. Koczownicy miażdżyli obozy jeden po drugim, bo każdy z nich walczył za siebie. Pamiętasz opowieść o karawanach Lantayo i Kerw? Gdy ci pierwsi walczyli na śmierć i życie z potężnym zagonem, gdy ich obóz odpierał szturm za szturmem, ci drudzy minęli pole bitwy ledwo o dziesięć mil i pojechali dalej. Dwa plemiona, które nie potrafiły zapomnieć o dawnych waśniach i oba zostały pokonane. Kto nie szanuje własnych praw i nie słucha własnego króla, będzie musiał pokłonić się cudzym prawom i będzie służył jako niewolnik u obcych. Tak mówi Genno Laskolnyk, jeśli nie wiesz.
– Tak. Jako niewolnik. Dobre określenie, Kailean.
Och, w meekhu też można oddać wiele znaczeń samą intonacją. Nabrała tchu i powoli wypuściła powietrze, rozluźniając napięte mięśnie. To upał, pomyślała, to przez ten cholerny upał. Gadamy, co nam ślina na język przyniesie, a w taki upał łatwiej się kłócić, niż być miłym. Po prostu człowiek chce wyrzucić z siebie zmęczenie i otępienie, chce wyżyć się na kimś za pot zalewający oczy i ubranie lepiące się do pleców, a nic nie pomaga na to lepiej niż kilka ostrych słów. Na chwilę się zapominamy, a potem miesiącami liżemy rany.
– Zmieniłeś się, Der – przeszła z powrotem na wyższą mowę. – Miasto cię odmieniło. Ciekawe, czy kiedy kładł dłoń na mieczu, wiedział, że nazwą go venhorrem. Ja też kiedyś mogłam odwrócić się do ciebie plecami.
Wyższa mowa – to również aluzje i skróty. Mowa ciała i gesty. Można jednym zdaniem wyrazić to, na co w meekhu potrzeba trzy razy więcej słów. „Gdy kładł rękę na mieczu”. Dla Wozaków był tylko jeden człowiek, do którego mogły odnosić się te słowa – Genno Laskolnyk. Venhorrem nazywano każdego zamieszanego w handel niewolnikami. Niewiele było gorszych obelg na Wschodzie. „Mogłam się odwrócić plecami” – ufałam, że mnie nie zranisz, a właśnie to zrobiłeś. Coś, co nie przeszłoby jej przez gardło w meekhu czy anaho, dało się wyrazić kilkoma gestami.
– Nie mówiłem o twoim kha-darze. – W jego ustach i gestach wysoka mowa nabierała głębi. Zamiast słowa „twoim”, wyciągnął przed siebie otwartą prawą dłoń: jesteś mi bliska, szanuję cię, przepraszam za poprzednie. A mówiąc „kha-darze”, lewą dłoń zacisnął i dotknął nią serca, gest zrozumiały w każdym języku.
– A o kim, bracie?
Meekh wdarł się między nich brutalnie i ze swoją oszczędną, niemal wojskową formą zdawał się tylko cieniem prawdziwego języka. Żadnych dodatkowych ukrytych w mowie ciała znaczeń, tylko krótkie, konkretne jak nóż przyłożony do boku pytanie.
– Witaj, Eso’barze. – Der’eko odwrócił się w stronę drzwi. – Dawno cię nie widziałem.
On też przeszedł na meekh i Kailean, nawet po krótkim kontakcie z av’anaho, miała wrażenie, że nagle przestała rozumieć połowę rozmowy. Choć biorąc pod uwagę, że stali całkowicie nieruchomo, aby nie zdradziło ich najmniejsze drgnięcie... Dodatkowe gesty nie były tu potrzebne.
– Nie tak dawno, ledwo pół roku minęło, kiedy ostatni raz raczyłeś odwiedzić rodzinę.
– Taaak. – Przeciągnięte, jakby towarzyszył mu najgłębszy namysł „tak”, też potrafiło wiele powiedzieć. – A jednak ledwo cię poznałem.
I tu było ostrze. „Ledwo cię poznałem” – zmieniłeś się, wyglądasz jak obcy. Jesteś obcy, bracie.
Eso’bar uśmiechnął się, jakby obelga nie dotyczyła jego.
– Ja ciebie również. Pamiętam, jak wyjeżdżałeś z gębą pełną opowieści o ciężkiej pracy i pieniądzach, które przyślesz. Ile to czasu minęło? Półtora roku? Jeśli przywiozłeś pieniądze, bardzo się ucieszymy, ale jeśli liczysz, że tak jak Ruk’hert zostawię tu wszystko i wyjadę z tobą... Przykro mi, nic z tego.
– Taaak. – Kolejne udające namysł „tak”, któremu towarzyszyło lekkie wzruszenie ramion. Lekceważenie i obojętność. – Ciekawy pomysł, zabrać cię do miasta. Musiałbym się wiele natłumaczyć, ale pewnie w końcu by zrozumieli.
– Cóż takiego by zrozumieli?