Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 173
Перейти на страницу:

– Po­wie­dział­bym ci, ale mamy tu dziec­ko. – Uśmiech się nie zmie­nił.

– Hej! – Key’la po­ru­szy­ła się nie­spo­koj­nie.

– My wie­my, że ty wiesz, że dzie­ci przy­no­si nocą bia­ła klacz i zo­sta­wia je pod wo­zem ro­dzi­ców. – Nee’wa po­tar­mo­si­ła ma­łej wło­sy.

– Tyl­ko że do Man­del­len mu­siał­by co noc przy­bie­gać wiel­ki ta­bun bia­łych kla­czy. – Det’mon chy­ba się uśmie­chał, wy­czu­ła to w jego gło­sie, ale go nie wi­dzia­ła, nie spusz­cza­jąc oczu z Pierw­sze­go. – Nikt w ca­łym mie­ście nie mógł­by spać.

– Ale te kla­cze bie­ga­ją ci­szej, niż su­nie wie­czor­na mgła, nie po­win­ny ni­ko­mu prze­szka­dzać... – To była znów Nee’wa.

– Prze­stań­cie! Wiem, że dzie­ci bio­rą się z brzu­cha mamy!

Ktoś do­stał kuk­sań­ca, ktoś za­chi­cho­tał. Ka­ile­an nie od­ry­wa­ła oczu od twa­rzy Der’eko.

– Pięk­nie opo­wia­da­łeś – mruk­nę­ła. – Szko­da, że nie wi­dzia­łam do­kład­nie.

– Ta­kie tam ba­ję­dy dla dzie­ci. Dla po­krze­pie­nia wy­gnań­ców.

– Więc się pew­nie przy­da­dzą. Tu jest peł­no wy­gnań­ców. Ostat­nia woj­na stwo­rzy­ła ich set­ki ty­się­cy. Nie­któ­rzy wro­śli już w nowe zie­mie.

– Tak. Nie­któ­rych na­wet zmu­szo­no do tego siłą. I pra­wa­mi. Me­ekhań­ski­mi – do­dał, wy­cią­ga­jąc pa­lec w jej stro­nę.

Zmarsz­czy­ła brwi, bar­dziej za­sko­czo­na niż ob­ra­żo­na tym ge­stem, w ro­dzi­nie od daw­na nikt nie wspo­mi­nał, że nie jest arb’ver­dan­nouro­dzo­na na wo­zie. Dla wszyst­kich była ku­zyn­ką, mimo ja­snych wło­sów, zie­lo­nych oczu i bla­dej cery. Ale roz­ma­wia­li w wy­so­kiej mo­wie, więc wie­dzia­ła, że nie chciał jej ob­ra­zić, tyl­ko pod­kre­ślić oczy­wi­sty fakt, że Me­ekhan nie jest jego oj­czy­zną.

– Tak, Der. Pra­wa. Po­każ mi do­wol­ne kró­le­stwo, któ­re nie opie­ra się na pra­wach. Na­wet Se-koh­land­czy­cy je mają. A może ina­czej – uśmiech­nę­ła się tak jak on, sa­my­mi war­ga­mi – oni mają kró­le­stwo, bo mają pra­wa. Ro­zu­miesz?

– A my stra­ci­li­śmy swo­je, bo nie mie­li­śmy praw?

Płyn­nie prze­szedł na me­ekh, jak­by nie chciał ka­lać wy­so­kiej mowy zwy­kłą kłót­nią.

– My? Kto, my? Za­py­taj ojca... – Też zmie­ni­ła ję­zyk.

– A po co? Znam jego opo­wie­ści.

– Więc ja­kie kró­le­stwo stra­ci­li ci, któ­rzy nie uzna­wa­li żad­nych gra­nic ani wła­dzy nad sobą? Kró­lew­ska ka­ra­wa­na była kró­lew­ska tyl­ko z na­zwy, bo kró­la nie słu­cha­no na­wet na wła­snym wo­zie. Ko­czow­ni­cy miaż­dży­li obo­zy je­den po dru­gim, bo każ­dy z nich wal­czył za sie­bie. Pa­mię­tasz opo­wieść o ka­ra­wa­nach Lan­tayo i Kerw? Gdy ci pierw­si wal­czy­li na śmierć i ży­cie z po­tęż­nym za­go­nem, gdy ich obóz od­pie­rał szturm za sztur­mem, ci dru­dzy mi­nę­li pole bi­twy le­d­wo o dzie­sięć mil i po­je­cha­li da­lej. Dwa ple­mio­na, któ­re nie po­tra­fi­ły za­po­mnieć o daw­nych wa­śniach i oba zo­sta­ły po­ko­na­ne. Kto nie sza­nu­je wła­snych praw i nie słu­cha wła­sne­go kró­la, bę­dzie mu­siał po­kło­nić się cu­dzym pra­wom i bę­dzie słu­żył jako nie­wol­nik u ob­cych. Tak mówi Gen­no La­skol­nyk, je­śli nie wiesz.

– Tak. Jako nie­wol­nik. Do­bre okre­śle­nie, Ka­ile­an.

Och, w me­ekhu też moż­na od­dać wie­le zna­czeń samą in­to­na­cją. Na­bra­ła tchu i po­wo­li wy­pu­ści­ła po­wie­trze, roz­luź­nia­jąc na­pię­te mię­śnie. To upał, po­my­śla­ła, to przez ten cho­ler­ny upał. Ga­da­my, co nam śli­na na ję­zyk przy­nie­sie, a w taki upał ła­twiej się kłó­cić, niż być mi­łym. Po pro­stu czło­wiek chce wy­rzu­cić z sie­bie zmę­cze­nie i otę­pie­nie, chce wy­żyć się na kimś za pot za­le­wa­ją­cy oczy i ubra­nie le­pią­ce się do ple­ców, a nic nie po­ma­ga na to le­piej niż kil­ka ostrych słów. Na chwi­lę się za­po­mi­na­my, a po­tem mie­sią­ca­mi li­że­my rany.

– Zmie­ni­łeś się, Der – prze­szła z po­wro­tem na wyż­szą mowę. – Mia­sto cię od­mie­ni­ło. Cie­ka­we, czy kie­dy kładł dłoń na mie­czu, wie­dział, że na­zwą go ven­hor­rem. Ja też kie­dyś mo­głam od­wró­cić się do cie­bie ple­ca­mi.

Wyż­sza mowa – to rów­nież alu­zje i skró­ty. Mowa cia­ła i ge­sty. Moż­na jed­nym zda­niem wy­ra­zić to, na co w me­ekhu po­trze­ba trzy razy wię­cej słów. „Gdy kładł rękę na mie­czu”. Dla Wo­za­ków był tyl­ko je­den czło­wiek, do któ­re­go mo­gły od­no­sić się te sło­wa – Gen­no La­skol­nyk. Ven­hor­rem na­zy­wa­no każ­de­go za­mie­sza­ne­go w han­del nie­wol­ni­ka­mi. Nie­wie­le było gor­szych obelg na Wscho­dzie. „Mo­głam się od­wró­cić ple­ca­mi” – ufa­łam, że mnie nie zra­nisz, a wła­śnie to zro­bi­łeś. Coś, co nie prze­szło­by jej przez gar­dło w me­ekhu czy ana­ho, dało się wy­ra­zić kil­ko­ma ge­sta­mi.

– Nie mó­wi­łem o two­im kha-da­rze. – W jego ustach i ge­stach wy­so­ka mowa na­bie­ra­ła głę­bi. Za­miast sło­wa „two­im”, wy­cią­gnął przed sie­bie otwar­tą pra­wą dłoń: je­steś mi bli­ska, sza­nu­ję cię, prze­pra­szam za po­przed­nie. A mó­wiąc „kha-da­rze”, lewą dłoń za­ci­snął i do­tknął nią ser­ca, gest zro­zu­mia­ły w każ­dym ję­zy­ku.

– A o kim, bra­cie?

Me­ekh wdarł się mię­dzy nich bru­tal­nie i ze swo­ją oszczęd­ną, nie­mal woj­sko­wą for­mą zda­wał się tyl­ko cie­niem praw­dzi­we­go ję­zy­ka. Żad­nych do­dat­ko­wych ukry­tych w mo­wie cia­ła zna­czeń, tyl­ko krót­kie, kon­kret­ne jak nóż przy­ło­żo­ny do boku py­ta­nie.

– Wi­taj, Eso’ba­rze. – Der’eko od­wró­cił się w stro­nę drzwi. – Daw­no cię nie wi­dzia­łem.

On też prze­szedł na me­ekh i Ka­ile­an, na­wet po krót­kim kon­tak­cie z av’ana­ho, mia­ła wra­że­nie, że na­gle prze­sta­ła ro­zu­mieć po­ło­wę roz­mo­wy. Choć bio­rąc pod uwa­gę, że sta­li cał­ko­wi­cie nie­ru­cho­mo, aby nie zdra­dzi­ło ich naj­mniej­sze drgnię­cie... Do­dat­ko­we ge­sty nie były tu po­trzeb­ne.

– Nie tak daw­no, le­d­wo pół roku mi­nę­ło, kie­dy ostat­ni raz ra­czy­łeś od­wie­dzić ro­dzi­nę.

– Ta­aak. – Prze­cią­gnię­te, jak­by to­wa­rzy­szył mu naj­głęb­szy na­mysł „tak”, też po­tra­fi­ło wie­le po­wie­dzieć. – A jed­nak le­d­wo cię po­zna­łem.

I tu było ostrze. „Le­d­wo cię po­zna­łem” – zmie­ni­łeś się, wy­glą­dasz jak obcy. Je­steś obcy, bra­cie.

Eso’bar uśmiech­nął się, jak­by obe­lga nie do­ty­czy­ła jego.

– Ja cie­bie rów­nież. Pa­mię­tam, jak wy­jeż­dża­łeś z gębą peł­ną opo­wie­ści o cięż­kiej pra­cy i pie­nią­dzach, któ­re przy­ślesz. Ile to cza­su mi­nę­ło? Pół­to­ra roku? Je­śli przy­wio­złeś pie­nią­dze, bar­dzo się ucie­szy­my, ale je­śli li­czysz, że tak jak Ruk’hert zo­sta­wię tu wszyst­ko i wy­ja­dę z tobą... Przy­kro mi, nic z tego.

– Ta­aak. – Ko­lej­ne uda­ją­ce na­mysł „tak”, któ­re­mu to­wa­rzy­szy­ło lek­kie wzru­sze­nie ra­mion. Lek­ce­wa­że­nie i obo­jęt­ność. – Cie­ka­wy po­mysł, za­brać cię do mia­sta. Mu­siał­bym się wie­le na­tłu­ma­czyć, ale pew­nie w koń­cu by zro­zu­mie­li.

– Cóż ta­kie­go by zro­zu­mie­li?

1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)