Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
-Na pewno prowadził sprawę takiego handlarza i pasera. Za dużo wiedział o sprawkach Barbela Stechera i jego wesołej kompanii.
Schielke i Holmes wymienili się spojrzeniami.
-No dobrze. - Schielke rozkuł skazańca, który będąc w szoku, dłuższą chwilę nie mógł uwierzyć w to, co się dzieje. - Powiedz jeszcze, kim był Torben Lucke, którego zabiłeś. Specjalistą od ukrywania skarbów?
-On? - Birk rozmasowywał nadgarstki. - Był zegarmistrzem.
-Kim?
-Zegarmistrzem.
Schielke i Holmes znowu spojrzeli na siebie w bezbrzeżnym zdziwieniu.
-Dobra, bandziorze. Trochę nam pomogłeś, ale musisz stąd zniknąć.
-Aha, znaczy teraz zabijecie mnie nieregulaminowo w najbliższej bramie, a ciało wrzucicie
do Odry?
Holmes poklepał go po ramieniu.
-Zerknij na twarz Dietera - powiedział. - Czy on wygląda na mordercę? Czy nie widzisz malującej się tam poczciwości silnie zabarwionej pacyfizmem?
Schielke wyjął z kieszeni dwie kartki.
-Tu masz rozkaz wyjazdu, a tu gwarancję wejścia do samolotu. Odwieziemy cię na lotnisko i polecisz do Berlina.
Birk nieprzytomnie patrzył na opatrzone pieczęciami druki.
-A moje rzeczy? - wypalił nagle.
-Twoje rzeczy zbiera właśnie Heini. I chyba się nimi zaopiekuje. Odbierzesz po wojnie.
Holmes skinął na Watsona i wydał dyspozycje, aby wciąż roztrzęsionego Birka odwieźć na lotnisko i przypilnować, żeby wsiadł do samolotu. Potem obaj z Schielkem odeszli na bok.
-Piękna akcja, piękna realizacja. Kolja Kirchoff będzie bardzo zadowolony.
-Zgadza się. Coś się ruszyło w jego śledztwie.
-Konkrety cieszą każdego. Zrobiłeś coś, czego nie dokonały inne służby. Tietz powinien cię jeszcze bardziej polubić.
Schielke wyjął papierosa. Przez chwilę obracał go w dłoniach, potem zapalił, osłaniając zapałkę drugą dłonią.
-Słuchaj... Chyba nie zamierzasz wysadzić Poczty Głównej?
Holmes obruszył się teatralnie.
-No co ty? No co ty? - Chwilę później jego twarz przybrała lisi, świętoszkowaty wyraz. - A po co wysadzać?
Rosyjski samochód pancerny, który przydzielono oddziałowi Schiełkego, zdobyto chyba jeszcze w tysiąc dziewięćset czterdziestym pierwszym. Przejechał więc prawie pół świata, był już zdezelowany, pokancerowany, z dziurami po zdemontowanym sprzęcie. Ktoś w uchwyty po oryginalnym działku kalibru czterdzieści trzy milimetry wsadził fiński karabin maszynowy, a zamiast rozbitej płyty czołowej po prostu przyspawał tam kaloryfer. Zamiast oryginalnej radiostacji była amerykańska walkie-talkie, która umożliwiała utrzymanie łączności z ich francuską ciężarówką, na której burtach widniały jeszcze niezatarte napisy głoszące, że przewożono nią mięso w okolicach miasta Nantes. Mogłoby się wydawać, że kolumna oddziału specjalnego Abwehry wygląda dziwnie, ale w Breslau nic już nie było takie. Prezentowali się wręcz okazale, parkując na Graupenstrasse, w pobliżu Starej Giełdy. Tuż obok, po skosie przymusowi robotnicy odgruzowywali resztki budynku wystawienniczego.
-Patrz - mruknął Schielke do Holmesa. - Watson miał rację.
-W czym?
-Precyzyjne bombardowanie, cały Schlossplatz poszatkowany, rozwalili nawet zamek królewski, ale budynek sądu nietknięty.
-Taaaak - mruknął Holmes. Jakaś myśl marszczyła mu czoło. - Precyzyjne bombardowanie - przygryzł wargi i powtórzył. - Precyzyjne bombardowanie.
-O czym myślisz?
-Nic, nic. Zaczynajmy.
Poinstruowany wcześniej Heini podszedł do jednego z wartowników. Chłopca równie młodego jak on sam, z tym jednak, że tamten miał na sobie mundur Hitlerjugend, a Heini prawdziwy mundur, panterkę, hełm z goglami, no i... i stopień kaprala.
-Hej, ty! - krzyknął. - Dawaj mi tu kilku robotników. Ale biegiem!
-Zaraz. - Wartownik nie zrozumiał. - Ja nie mogę bez rozkazu. Muszę mieć na piśmie...
-Na piśmie to zaraz wyrok dostaniesz za sabotowanie akcji, baranie!
-Ale...
-Co?! Jak ty w ogóle stoisz w obecności żołnierza liniowego, durniu? Baczność!
-Ja...
-Stul pysk!
Schielke z zainteresowaniem obserwował laboratoryjny przykład działania władzy. Nawet na tak niskim poziomie. Heini minął stojącego na baczność obcego chłopca i podszedł do grupy robotników.
-Ty, ty i ty, za mną.
Nikt z obecnych nie śmiał go powstrzymać. Cała czwórka stała już przy drzwiach giełdy.
-Wy dwaj sprzątniecie rozbite szyby na dole - zakomenderował Holmes. - A ty pójdziesz z nami.
Weszli do przestronnego hallu. Na razie robotnicy dostali herbatę, chleb i po papierosie. Stali zdziwieni, nie wiedząc, co robić. Jeden z nich ruszył za Holmesem i Schielkem na górę, krętymi schodami prowadzącymi na korytarz, a właściwie galeryjkę z kolumnami.
-No jak tam, Jasiu - odezwał się Holmes po polsku. - Wszystko w porządku?
Polak zatrzymał się zaskoczony.
-Spokojnie. My od Napiórskiego.
-Aha. - Tamten wyraźnie się rozluźnił. - Nasi, znaczy?
-Uhm. - Holmes otworzył drzwi jakiegoś gabinetu. Zrzucił papiery pokrywające ogromne biurko i przysiadł na blacie. Pozostałym wskazał krzesła.
-Musimy się dowiedzieć paru rzeczy. Jak to się stało, że do ekipy „pakowaczy skarbów” dopuszczono polskich robotników.
-Eeee... żadna tajna robota. A zdolnego do pracy Niemca to już w Breslau nie uświadczysz. Wszystko, co jest w stanie leźć o własnych silach bez łaski, do SS wzięli, tych, którzy kuśtykają, do Wehrmachtu, a starców na wózkach i tych, którzy mogą jeszcze pełzać, do volkssturmu.
Schielke, który trochę rozumiał po polsku, tylko pokręcił głową. Dał robotnikowi manierkę z koniakiem, skwapliwie przyjętą. Tak samo jak amerykański papieros.
-Ale myśmy żadnych tajnych rzeczy nie robili. I tych skarbów tośmy też za bardzo nie widzieli. Zresztą nie kradliśmy, bo niby co z tym później zrobić? Same duże formaty. Ale jak ktoś sprytny i nie miał miętkości w nogach, to żarcia mógł skręcić, ile chciał.
-Duże formaty? Przy pakowaniu obrazów robiliście?
-Głównie. Czasem mniejsze skrzynie, ale tu już majster strasznie niuchał. No i robiliśmy tylko szkielet. Okucia, druty, wzmocnienie, izolację to już Niemce robiły. Po zbiciu wyglądało toto jak skrzynie piratów.
-Jakie druty? - zainteresował się Holmes, nie mając pojęcia, do czego mogły służyć druty w skrzyniach. - Stalowe?
Polak wzruszył ramionami.
-Miedziane. - Pociągnął łyk koniaku. - Miedziane, które wystawały na zewnątrz, a oni je wplatali w okucie. Ale tak sprytnie. - Zademonstrował rękami.
-Po co?
-A bo ja wiem? Żeby ładniej było?
Holmes spojrzał na Schielkego.
-Rozumiesz coś z tego?
-To, co on mówi, trochę tak. Ale po co to robili, ni cholery.
-No dobra. Lećmy dalej. Neumanna widziałeś kiedyś? Wiesz, kto to jest?
Jasiu zaciągnął się papierosem.
-Nigdy nie widziałem. Jak przyjeżdżał, to wszyscy robili ze strachu po kątach. Nas wypędzali i zamykali w takim pustym schronie. Panika była. A z nami to też znikało kilku takich...
-Jakich?
-Takich dziwnych.
-Jezu, no mów po ludzku. Dlaczego dziwnych?
-Bo było kilku ludzi, sam widziałem, że dwóch, trzech... Oni nigdy prawie się nie odzywali. Jak coś chcieli, to pokazywali rękami. A reszta traktowała ich z szacunkiem.
-Może byli chorzy?
-Nieeee. - Jasiu pokręcił głową. - A jeden to był chyba Polak.
-Co???
Jasiu pociągnął kolejny łyk koniaku.
-No mówię. Tak za dokładnie nie słyszałem, ale po mojemu, jak jednemu ciężki młot na nogę spadł, to on rzucił „kurwą”.
-Co? - powtórzył Holmes.