Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Tego mężczyznę wypalił wraz z duszą w imię własnego poczucia sprawiedliwości.
I przez moment, niepokojąco długi i słodki, podobało mu się to.
Moja sprawiedliwość. Moja racja. Moja władza.
To dlatego ostatnie trzy dni wędrował pieszo. Żeby poczuć wiatr przenikający go na wskroś, by szron zamienił jego brodę w lodowy sopel, a stopy zaczęły palić przy każdym kroku. Żuł kawałki suszonego mięsa, a gdy ich zabrakło, próbował jeść wygrzebany spod lodu mech i jakieś porosty. Rozpuszczał w ustach śnieg albo przełykał go po prostu, czując, jak lodową kulą zalega mu w żołądku. To go nie mogło zabić, przynajmniej nie od razu, nosił w końcu kawał duszy boga, a bogowie dbali o swoje naczynia, nawet jeśli jego układ z Bitewną Pięścią nie należał do typowych. Po prostu Altsin potrzebował zimna, obolałych i krwawiących stóp, drętwiejących mięśni, by pamiętać.
Nie jesteś jednym z tych zakłamanych, fałszywych sukinsynów, którym wznosimy świątynie. I nigdy nie będziesz.
Moja sprawiedliwość. Moja racja. Moja władza. Każdy z nich od tego zaczynał.
Ty masz robotę do wykonania. Podjąłeś się jej, więc nie marudź.
Gdy po wydarzeniach w podziemiach Świątyni Reagwyra Aonel zabrała go z powrotem na Amonerię, nie rozmawiali ze sobą za wiele. Czarna Wiedźma, młoda i stara jednocześnie, zniszczona służbą swojemu umierającemu bogowi, przez większość podróży trzymała się na dystans, nie szukała jego towarzystwa ani nie próbowała zagadywać. On sam wtedy… wspomnienia z lochów pod Świątynią wciąż huczały mu w głowie, wypełniając ją chaosem. Złamał Dengothaag – miecz boga, miecz, który zawierał ułamek duszy samego Reagwyra i który karmiony przez wiele lat żywymi ofiarami, sam zaczął nabierać cech półbóstwa. Zmierzył się tam też z wysłanniczką Pani Losu, pośrednio z nią samą, i wygrał. Chyba wygrał. I była jeszcze ta dziewczyna, czarnowłosa, szczupła… nazwał ją córką… Nie, nie on, to Bitewna Pięść nazwał ją córką, ale przecież… to nie było dziecko z jego snów, nie była to dziewczyna, której śmierć wepchnęła awenderi Pana Bitew w obłęd.
Chyba.
Wspomnienia. Można im ufać tak samo, jak słowom pisanym palcem na morskim piasku. Jedna fala i napis rozmazuje się, rozmywa i już nie wiesz, czy tam było napisane „duma” czy „dupa”. Nie pamiętał zbyt dokładnie nawet wydarzeń ze świątynnego lochu, a jeśli nie mógł ufać własnym wspomnieniom, ile były warte te inne?
Pewne rzeczy pamiętał jednak doskonale.
Na przykład rozmowę z Oumem.
Stał w jego „świątyni” w pełni świadomy, że bóg Seehijczyków zgromadził wokół tego miejsca niemal wszystkie Czarne Wiedźmy, jakie mógł ściągnąć do doliny Dhawii. Oto różnica między „potrzebuję cię” a „ufam ci”. Drewniana twarz wyrzeźbiona na oparciu wielkiego krzesła wpatrywała się w niego posępnie, ale dobrze przynajmniej, że miał na czym zawiesić wzrok. Inaczej rozmowa z Oumem za bardzo przypominałaby gadanie do ścian.
— Wiesz, po co cię wezwałem? — głos dobiegał jakby z powietrza.
— Twoja wiedźma użyła słowa „propozycja”.
— A czemu się zgodziłeś?
— Powiedzmy, że udało ci się mnie zaciekawić. Po tylu wysiłkach, by pozbyć się mnie z wyspy, zaproszenie z powrotem… — Pamiętał, że cmoknął wtedy kpiąco. — Tak. Zdecydowanie udało ci się mnie zaciekawić.
— Imię, które przyjąłeś… Altsin… nadal uważasz się za portowego złodzieja? Mimo tego, kim się stałeś?
— Nie wiem, kim się stałem, Oumie.
— Ja też nie. Nikt nie wie. Zabawne, prawda?
Patrzyli na siebie w milczeniu, to znaczy Altsin gapił się na drewnianą płaskorzeźbę, mając nadzieję, że Oum „patrzy” na niego z tej właśnie strony. Nawet nie próbował zrozumieć, jak postrzega świat coś takiego jak on, bóg uwięziony w drzewie. Albo żywe drzewo będące bogiem.
Pan Seehijczyków odezwał się pierwszy:
— Coś się pojawiło. Kilka dni po tym, jak odpłynąłeś do Ponkee-Laa, daleko na północy, na krańcu świata. Czuję coś, czego nie czułem od wielu wieków. Myślę… sądzę… chciałbym… Chciałbym, żebyś udał się tam i to sprawdził.
— Poślij swoje Czarne Wiedźmy. Wędrowały już po świecie.
— To za daleko. Za daleko dla mnie teraz. Tysiąc lat temu, gdy byłem młodszy, dałbym radę je posłać i wspierać, ale teraz? Ja…
Cholernie ciężko rozmawiało się z kimś takim, żadnej mimiki, żadnych choćby mimowolnych gestów, mowy ciała. Tylko głos. Zmęczony i smutny.
Północ. Północ kojarzyła mu się z długimi łodziami dzikich barbarzyńców, śniegiem i lodem. Nic atrakcyjnego.
— Dlaczego miałbym to zrobić? Bo z pewnością nie dla twoich pięknych oczu, Oumie.
— Bo chcesz wiedzieć.
— Chcę wiedzieć?
— To, czego wspomnienia Bitewnej Pięści ci nie pokażą, bo on sam usunął je z pamięci albo ukrył. A ty chcesz wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. Z bogami, ludźmi, Niechcianymi. Chcesz wiedzieć, dlaczego stałeś się tym, kim jesteś. Nie musisz się zgadzać. Jeśli odmówisz, wypuszczę cię z doliny i pozwolę odpłynąć z wyspy. Ale jeśli się zgodzisz… pokażę ci prawdę.
Złodziej odmówił. Zaśmiał się tylko krótko, obelżywie. Propozycja Ouma była głupia i szalona. Jeśli będzie się chciał dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi, sam znajdzie sposób. Nie zostanie chłopcem na posyłki drzewnego bożka, rzucił wyzywająco.
— Nie „drzewnego” — odpowiedziały wtedy ściany głosem cichym jak ostatnie tchnienie konającego. — Pokażę ci.