Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 210
Перейти на страницу:

Tego męż­czy­znę wy­pa­lił wraz z du­szą w imię wła­sne­go po­czu­cia spra­wie­dli­wo­ści.

I przez mo­ment, nie­po­ko­ją­co dłu­gi i słod­ki, po­do­ba­ło mu się to.

Moja spra­wie­dli­wość. Moja ra­cja. Moja wła­dza.

To dla­te­go ostat­nie trzy dni wę­dro­wał pie­szo. Żeby po­czuć wiatr prze­ni­ka­ją­cy go na wskroś, by szron za­mie­nił jego bro­dę w lo­do­wy so­pel, a sto­py za­czę­ły pa­lić przy każ­dym kro­ku. Żuł ka­wał­ki su­szo­ne­go mię­sa, a gdy ich za­bra­kło, pró­bo­wał jeść wy­grze­ba­ny spod lodu mech i ja­kieś po­ro­sty. Roz­pusz­czał w ustach śnieg albo prze­ły­kał go po pro­stu, czu­jąc, jak lo­do­wą kulą za­le­ga mu w żo­łąd­ku. To go nie mo­gło za­bić, przy­naj­mniej nie od razu, no­sił w koń­cu ka­wał du­szy boga, a bo­go­wie dba­li o swo­je na­czy­nia, na­wet je­śli jego układ z Bi­tew­ną Pię­ścią nie na­le­żał do ty­po­wych. Po pro­stu Alt­sin po­trze­bo­wał zim­na, obo­la­łych i krwa­wią­cych stóp, drę­twie­ją­cych mię­śni, by pa­mię­tać.

Nie je­steś jed­nym z tych za­kła­ma­nych, fał­szy­wych su­kin­sy­nów, któ­rym wzno­si­my świą­ty­nie. I ni­g­dy nie bę­dziesz.

Moja spra­wie­dli­wość. Moja ra­cja. Moja wła­dza. Każ­dy z nich od tego za­czy­nał.

Ty masz ro­bo­tę do wy­ko­na­nia. Pod­ją­łeś się jej, więc nie ma­rudź.

Gdy po wy­da­rze­niach w pod­zie­miach Świą­ty­ni Re­agwy­ra Aonel za­bra­ła go z po­wro­tem na Amo­ne­rię, nie roz­ma­wia­li ze sobą za wie­le. Czar­na Wiedź­ma, mło­da i sta­ra jed­no­cze­śnie, znisz­czo­na służ­bą swo­je­mu umie­ra­ją­ce­mu bo­go­wi, przez więk­szość po­dró­ży trzy­ma­ła się na dy­stans, nie szu­ka­ła jego to­wa­rzy­stwa ani nie pró­bo­wa­ła za­ga­dy­wać. On sam wte­dy… wspo­mnie­nia z lo­chów pod Świą­ty­nią wciąż hu­cza­ły mu w gło­wie, wy­peł­nia­jąc ją cha­osem. Zła­mał Den­go­tha­ag – miecz boga, miecz, któ­ry za­wie­rał uła­mek du­szy sa­me­go Re­agwy­ra i któ­ry kar­mio­ny przez wie­le lat ży­wy­mi ofia­ra­mi, sam za­czął na­bie­rać cech pół­bó­stwa. Zmie­rzył się tam też z wy­słan­nicz­ką Pani Losu, po­śred­nio z nią samą, i wy­grał. Chy­ba wy­grał. I była jesz­cze ta dziew­czy­na, czar­no­wło­sa, szczu­pła… na­zwał ją cór­ką… Nie, nie on, to Bi­tew­na Pięść na­zwał ją cór­ką, ale prze­cież… to nie było dziec­ko z jego snów, nie była to dziew­czy­na, któ­rej śmierć we­pchnę­ła awen­de­ri Pana Bi­tew w obłęd.

Chy­ba.

Wspo­mnie­nia. Moż­na im ufać tak samo, jak sło­wom pi­sa­nym pal­cem na mor­skim pia­sku. Jed­na fala i na­pis roz­ma­zu­je się, roz­my­wa i już nie wiesz, czy tam było na­pi­sa­ne „duma” czy „dupa”. Nie pa­mię­tał zbyt do­kład­nie na­wet wy­da­rzeń ze świą­tyn­ne­go lo­chu, a je­śli nie mógł ufać wła­snym wspo­mnie­niom, ile były war­te te inne?

Pew­ne rze­czy pa­mię­tał jed­nak do­sko­na­le.

Na przy­kład roz­mo­wę z Oumem.

Stał w jego „świą­ty­ni” w peł­ni świa­do­my, że bóg Se­ehij­czy­ków zgro­ma­dził wo­kół tego miej­sca nie­mal wszyst­kie Czar­ne Wiedź­my, ja­kie mógł ścią­gnąć do do­li­ny Dha­wii. Oto róż­ni­ca mię­dzy „po­trze­bu­ję cię” a „ufam ci”. Drew­nia­na twarz wy­rzeź­bio­na na opar­ciu wiel­kie­go krze­sła wpa­try­wa­ła się w nie­go po­sęp­nie, ale do­brze przy­naj­mniej, że miał na czym za­wie­sić wzrok. Ina­czej roz­mo­wa z Oumem za bar­dzo przy­po­mi­na­ła­by ga­da­nie do ścian.

— Wiesz, po co cię we­zwa­łem? — głos do­bie­gał jak­by z po­wie­trza.

— Two­ja wiedź­ma uży­ła sło­wa „pro­po­zy­cja”.

— A cze­mu się zgo­dzi­łeś?

— Po­wiedz­my, że uda­ło ci się mnie za­cie­ka­wić. Po tylu wy­sił­kach, by po­zbyć się mnie z wy­spy, za­pro­sze­nie z po­wro­tem… — Pa­mię­tał, że cmok­nął wte­dy kpią­co. — Tak. Zde­cy­do­wa­nie uda­ło ci się mnie za­cie­ka­wić.

— Imię, któ­re przy­ją­łeś… Alt­sin… na­dal uwa­żasz się za por­to­we­go zło­dzie­ja? Mimo tego, kim się sta­łeś?

— Nie wiem, kim się sta­łem, Oumie.

— Ja też nie. Nikt nie wie. Za­baw­ne, praw­da?

Pa­trzy­li na sie­bie w mil­cze­niu, to zna­czy Alt­sin ga­pił się na drew­nia­ną pła­sko­rzeź­bę, ma­jąc na­dzie­ję, że Oum „pa­trzy” na nie­go z tej wła­śnie stro­ny. Na­wet nie pró­bo­wał zro­zu­mieć, jak po­strze­ga świat coś ta­kie­go jak on, bóg uwię­zio­ny w drze­wie. Albo żywe drze­wo bę­dą­ce bo­giem.

Pan Se­ehij­czy­ków ode­zwał się pierw­szy:

— Coś się po­ja­wi­ło. Kil­ka dni po tym, jak od­pły­ną­łeś do Pon­kee-Laa, da­le­ko na pół­no­cy, na krań­cu świa­ta. Czu­ję coś, cze­go nie czu­łem od wie­lu wie­ków. My­ślę… są­dzę… chciał­bym… Chciał­bym, że­byś udał się tam i to spraw­dził.

— Po­ślij swo­je Czar­ne Wiedź­my. Wę­dro­wa­ły już po świe­cie.

— To za da­le­ko. Za da­le­ko dla mnie te­raz. Ty­siąc lat temu, gdy by­łem młod­szy, dał­bym radę je po­słać i wspie­rać, ale te­raz? Ja…

Cho­ler­nie cięż­ko roz­ma­wia­ło się z kimś ta­kim, żad­nej mi­mi­ki, żad­nych choć­by mi­mo­wol­nych ge­stów, mowy cia­ła. Tyl­ko głos. Zmę­czo­ny i smut­ny.

Pół­noc. Pół­noc ko­ja­rzy­ła mu się z dłu­gi­mi ło­dzia­mi dzi­kich bar­ba­rzyń­ców, śnie­giem i lo­dem. Nic atrak­cyj­ne­go.

— Dla­cze­go miał­bym to zro­bić? Bo z pew­no­ścią nie dla two­ich pięk­nych oczu, Oumie.

— Bo chcesz wie­dzieć.

— Chcę wie­dzieć?

— To, cze­go wspo­mnie­nia Bi­tew­nej Pię­ści ci nie po­ka­żą, bo on sam usu­nął je z pa­mię­ci albo ukrył. A ty chcesz wie­dzieć, o co w tym wszyst­kim cho­dzi. Z bo­ga­mi, ludź­mi, Nie­chcia­ny­mi. Chcesz wie­dzieć, dla­cze­go sta­łeś się tym, kim je­steś. Nie mu­sisz się zga­dzać. Je­śli od­mó­wisz, wy­pusz­czę cię z do­li­ny i po­zwo­lę od­pły­nąć z wy­spy. Ale je­śli się zgo­dzisz… po­ka­żę ci praw­dę.

Zło­dziej od­mó­wił. Za­śmiał się tyl­ko krót­ko, obe­lży­wie. Pro­po­zy­cja Ouma była głu­pia i sza­lo­na. Je­śli bę­dzie się chciał do­wie­dzieć, o co w tym wszyst­kim cho­dzi, sam znaj­dzie spo­sób. Nie zo­sta­nie chłop­cem na po­sył­ki drzew­ne­go boż­ka, rzu­cił wy­zy­wa­ją­co.

— Nie „drzew­ne­go” — od­po­wie­dzia­ły wte­dy ścia­ny gło­sem ci­chym jak ostat­nie tchnie­nie ko­na­ją­ce­go. — Po­ka­żę ci.

1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)