Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Шпионские детективы » Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]

Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:

Podczas wycieczki do Amsterdamu Thomas Lang dostaje propozycję zabójstwa Amerykanina, której nie przyjmuje. Po wielu przemyśleniach postanawia uprzedzić swoją niedoszłą ofiarę Woolfa. Ciąg nieprzypadkowych zdarzeń uzależnia go od Woolfa i jego córki Sary. Ich celem jest uniknięcie amerykańskiego planu ataku terrorystycznego, który miałby zmusić rząd do kupienia nowoczesnych helikopterów (projekt Absolwent). Thomas przez cały czas wmawia sobie, że nic nie czuje do dziewczyny, lecz gotowy jest zrobić dla niej wszystko. W pewnym momencie mężczyźni trafiają w pułapkę, Woolf zostaje zabity. Ranny Lang próbuje odnaleźć Sarę, pomoc w poszukiwaniach oferuje Ronnie — jej koleżanka z pracy. Thomas udaje się do ambasadora USA w Wielkiej Brytanii i uświadamia sobie jak zawiła i tajemnicza jest to sprawa. W ostateczności zostaje zmuszony to przygotowania tego ataku, inaczej Sara zginie.
1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 87
Перейти на страницу:

Ostatecznie znalazłem taksówkę i płynnym angielskim poinformowałem kierowcę, że chcę dojechać na plac Wacława. Teraz wiem, że brzmienie tej prośby jest fonetycznie identyczne z czeskim wyrażeniem: „Jestem turystą o bardzo małym rozumku, proszę, zabierz mi wszystkie pieniądze”. Samochód był tatrą, a kierowca łajdakiem; jechał szybko i pewnie, nucąc wesoło pod nosem, niczym człowiek, który właśnie wygrał w totka.

Było to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie kiedykolwiek widziałem w jakimkolwiek mieście. Plac Wacława nie jest w ogóle placem, ale podwójną aleją położoną na zboczu. Na jego szczycie znajduje się ogromny budynek Muzeum Narodowego. Nawet gdybym nie wiedział nic o tym miejscu, instynktownie wyczuwałbym jego znaczenie. Na odcinku pół mili szarych i żółtych kamieni swoje piętno odcisnęło niejedno wydarzenie historyczne, zarówno pradawne, jak i współczesne. L’Air Du Temps de Praha. Praskie wiosny, lata, zimy i jesienie pojawiały się i znikały, i prawdopodobnie miały nadejść ponownie.

Kiedy kierowca podał wysokość opłaty za przejazd, musiałem mu przez kilka minut tłumaczyć, że nie zamierzam kupić taksówki, a chcę tylko uzgodnić cenę za piętnaście minut, jakie w niej spędziłem. Poinformował mnie, że jego samochód należy do firmy wynajmującej limuzyny, a przynajmniej powiedział „limuzyny” i bez przerwy wzruszał ramionami. Po chwili zgodził się zmniejszyć swoje żądania do zaledwie astronomicznych. Wziąłem do ręki torbę podróżną i ruszyłem w drogę.

Amerykanie założyli, że sam znajdę sobie nocleg, a jedyna niezawodna metoda, dzięki której wygląda się jak osoba, która przez długi czas szukała noclegu, polega na szukaniu przez długi czas noclegu. Rozpocząłem zatem spokojny dwugodzinny marsz po Pradze Jeden, głównej dzielnicy starego miasta. Dwadzieścia sześć kościołów, czternaście galerii i muzeów, opera — gdzie Mozart po raz pierwszy wystawił Don Giooanniego — osiem teatrów i McDonald’s. W jednym z powyższych miejsc musiałem stać w pięćdziesięciometrowej kolejce.

Zatrzymałem się w kilku barach, aby wchłonąć trochę atmosfery miasta, którą podawano w wysokich kuflach o prostych ściankach z napisem „Budweiser”. Obserwowałem, jak współczesne Czechy chodzą, mówią, ubierają się i zabawiają. Większość kelnerek zakładała, że jestem Niemcem, co wynikało z faktu, iż przedstawiciele tej narodowości zalewali miasto szeroką falą. Podróżujący w dwunastoosobowych grupach, z plecakami i odkrytymi grubymi udami, maszerowali całą szerokością ulicy. Dla większości Niemców Praga leżała w odległości zaledwie kilku godzin jazdy czołgiem od domu, trudno się zatem dziwić, że traktowali to miasto jak kraniec swojego ogrodu.

W taniej restauracyjce nad rzeką zamówiłem talerz gotowanej wieprzowiny i pierogi, a następnie, namówiony przez parę Walijczyków przy sąsiednim stoliku, udałem się na Most Karola. Pan i Pani Walijczykowie rozpływali się nad nim w zachwytach, ale za sprawą tysiąca ulicznych grajków okupujących każdy metr balustrady (wszyscy śpiewali piosenki Dylana), nie zobaczyłem ani kawałka mostu.

W końcu znalazłem nocleg w Złotej Pradze, zapuszczonym pensjonacie na wzgórzu niedaleko zamku. Właścicielka dała mi wybór między dużym brudnym pokojem a małym czystym. Wybrałem duży brudny, wychodząc z założenia, że go wysprzątam. Kiedy zostałem sam, zdałem sobie sprawę, jak głupio postąpiłem. Nigdy nie posprzątałem nawet własnego mieszkania.

Rozpakowałem się, położyłem na łóżku i zapaliłem papierosa. Myślałem o Sarze, jej ojcu i Barnesie. Myślałem o moich rodzicach, o Ronnie, helikopterach, motocyklach, Niemcach i hamburgerach w McDonaldzie.

Myślałem o wielu rzeczach.

Obudziłem się o ósmej i zacząłem słuchać odgłosów budzącego się, rozpoczynającego kolejny dzień pracy miasta. Jedynym nieznanym dźwiękiem były odgłosy tramwajów, stukoczących i świszczących po brukowanych ulicach i mostach. Zastanawiałem się, czy powinienem zostać w hawajskiej koszuli.

O dziewiątej dotarłem na Rynek, gdzie zaczął mnie nagabywać niski mężczyzna z wąsami, proponując zwiedzanie miasta w konnej dorożce. Miała mnie do tego przekonać urocza autentyczność powozu, ale pobieżny rzut oka przekonał mnie, że przypomina on dolną część samochodu Mini Moke z usuniętym silnikiem i dyszlami dla koni wstawionymi w miejsce przednich świateł. Tuzin razy powiedziałem: „Nie, dziękuję”, a raz: „Spierdalaj pan”.

Szukałem ogródka kawiarnianego z parasolami z logo Coca-Coli. Takie dostałem polecenie. Tom, kiedy dotrzesz na miejsce, zobaczysz ogródek kawiarniany z parasolami z logo Coca-Coli. Nie powiedzieli mi jednak, albo nie zdawali sobie sprawy, że lokalne przedstawicielstwo Coca-Coli traktowało swoje obowiązki z niebywałą sumiennością, rozstawiając parasole w jakichś dwudziestu lokalach w promieniu stu metrów od Rynku. Przedstawiciel Camel Cigarettes obstawił tylko dwa ogródki, dlatego prawdopodobnie leżał martwy w jakimś rowie, podczas gdy — człowiek Coca-Coli otrzymał mosiężną tablicę pamiątkową i własne miejsce parkingowe w siedzibie w Utah.

Znalazłem kawiarnię po dwudziestu minutach. The Nicholas. Dwa funty za filiżankę kawy.

Kazano mi wejść do środka, ale poranek był piękny, a ja nie miałem ochoty wykonywać niczyich poleceń, więc usiadłem na zewnątrz przy stoliku z widokiem na Rynek i mijających mnie Niemców. Zamówiłem kawę i zaraz potem zobaczyłem, jak dwóch mężczyzn wyłania się ze środka i zajmuje miejsca przy pobliskim stoliku. Obaj byli młodzi i wysportowani, obaj nosili też okulary przeciwsłoneczne. Obaj unikali mojego wzroku. Prawdopodobnie zjawili się tam godzinę wcześniej, żeby zająć najlepszy stolik, a ja im wszystko zepsułem.

Super.

Poprawiłem ustawienie krzesła i zamknąłem na chwilę oczy, powalając promieniom słońca opalić kurze łapki.

— Cóż to za rzadka i wyjątkowa przyjemność, panie — odezwał się głos.

Rozejrzałem się dookoła i zobaczyłem postać w brązowym płaszczu przeciwdeszczowym patrzącą na mnie spod przymrużonych powiek.

— Wolne? — zapytał Solomon. Usiadł, nie czekając na odpowiedź.

Gapiłem się na niego.

— Witaj, Dawidzie — powiedziałem w końcu.

Wytrząsnąłem papierosa z paczki, a Solomon przywołał kelnera. Zerknąłem w stronę dwóch par Okularów Przeciwsłonecznych, ale odwracały wzrok możliwie najdalej za każdym razem, kiedy się obracałem.

— Kava, prosim — zaordynował Solomon z zupełnie, jak się wydawało, przyzwoitym akcentem. Zwrócił się do mnie. — Dobra kawa, paskudne jedzenie. Tak właśnie piszę na pocztówkach.

— To nie ty — mruknąłem.

— Nie ja? Kto w takim razie?

Wpatrywałem się w niego uparcie. Był ostatnią osób — jaką spodziewałem się spotkać.

— Pozwolisz, że ujmę to inaczej — powiedziałem. — Ti ty?

— Pytasz, czy to ja tu siedzę, czy to ja jestem osobą, z którą miałeś się spotkać?

— Dawidzie…

— W obu przypadkach, to ja, sir.

Solomon oparł się na krześle, pozwalając kelnerowi postawić kawę na stoliku. Wypił łyk i cmoknął z aprobatą.

— Mam zaszczyt występować w roli trenera na czas pańskiego pobytu na tym terenie. Ufam, że uzna pan nasze relacje za owocne.

Skinąłem głową w kierunku Okularów Przeciwsłonecznych.

— Tamci są z tobą?

— Tak właśnie, panie. Nie żeby specjalnie im się to podobało, ale to żaden problem.

— Amerykanie?

Skinął potakująco głową.

— Z krwi i kości. Ta operacja ma wyjątkowo dwustronny charakter. Prawdę mówiąc, bardziej dwustronny, niż na to przez długi czas pozwalaliśmy. Ogólnie rzecz biorąc, dobrze się stało.

1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)