Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
— Dobry Boże, to pan jest i wesołkiem! Kimże pan nie jest?
— Kupcem — odparł.
Przyglądała mu się z rozbawieniem. W jej pozie było coś aktorskiego, wystudiowanego. Ludzie zwykle nie przyglądają się sobie z bliska tak badawczo, chyba że matka dziecku, lekarz pacjentowi, kochanek kochance.
Usiadł.
— Chciałbym się jeszcze przejść.
Wyciągnęła do niego rękę, by pomógł jej wstać. Uczyniła to gestem leniwym i kuszącym, stwierdzając jednak przy tym z pełną wahania tkliwością:
— Pan jest naprawdę jak brat… Proszę mi podać rękę. Wezmę pana na spacer!
Przechadzali się alejkami rozległego ogrodu. Weszli do pałacu, przekształconego w muzeum dawnych królewskich czasów, Vea oświadczyła bowiem, że uwielbia oglądać zgromadzone tam klejnoty. Z portretów wiszących na obitych brokatem ścianach i rzeźbionych kominkach spoglądali na nich dumni lordowie i książęta. Komnaty kapały od srebra, złota i kryształów, rzadkich gatunków drewna, gobelinów i drogich kamieni. Za aksamitnymi sznurami stały straże. Czarno-szkarłatne mundury strażników dobrze pasowały do tego przepychu, złotą nicią wyszywanych kobierców, narzut z piór, twarze strażników nie harmonizowały jednak z otoczeniem: odbijało się na nich znudzenie i malowało znużenie tym bezużytecznym wystawaniem po całych dniach pośród obcych ludzi. Szevek i Vea podeszli do szklanej gabloty, w której leżała szata królowej Teaei — uszyta z wyprawionych skór buntowników, żywcem odartych ze skóry — którą przed czternastoma wiekami ta okrutna i harda kobieta przywdziewała, idąc między swój dotknięty plagami lud, by prosić Boga o odwrócenie zarazy.
— Przypomina to koźlą skórę — orzekła Vea, przyglądając się spłowiałym, nadgryzionym zębem czasu strzępom w szklanej gablocie. Podniosła wzrok na Szeveka. — Dobrze się pan czuje?
— Chyba wolałbym już stąd wyjść.
Kiedy znaleźli się w ogrodzie na pobladłą twarz Szeveka wróciły kolory, na pałacowe mury oglądał się jednak z nienawiścią.
— Dlaczego wy się tak kurczowo trzymacie swojej hańby? — zapytał.
— Ależ to tylko historia! Dzisiaj coś podobnego nie mogłoby się wydarzyć!
Zabrała go następnie na popołudniowe przedstawienie do teatru — na komedię o młodym małżeństwie i teściowych, pełną żartów na temat spółkowania, w której samo to słowo nie padło jednak ani razu. Szevek usiłował śmiać się wtedy, kiedy śmiechem wybuchała jego towarzyszka. Potem poszli do restauracji w śródmieściu — lokalu o niebywałym przepychu. Kolacja kosztowała sto jednostek. Szevek, objadłszy się już w południe, jadł niewiele, ulegając jednak namowom Vei, wypił dwa czy trzy kieliszki wina; okazało się smaczniejsze, niż się spodziewał, i zdawało się nie mieć żadnego ujemnego wpływu na sprawność jego umysłu. Zabrakło mu pieniędzy na zapłacenie rachunku za kolację, Vea nie okazała zamiaru podzielenia się z nim kosztami, ograniczając się do zasugerowania, by zapłacił czekiem, co też i uczynił. Następnie wynajętym samochodem pojechali do jej mieszkania; i tym razem pozwoliła, żeby to on zapłacił kierowcy. Czy to możliwe — zaczął się zastanawiać — aby Vea zaliczała się do owych tajemniczych istot — prostytutek? Ale prostytutki, jak wynikało z opisu Odo, były biedne, zaś Vea z pewnością nie była uboga; przygotowaniami do „jej” przyjęcia — jak mu oznajmiła — zajmowali się Jej” kucharz, „jej” pokojówka i „jej” dostawca. Mężczyźni na uniwersytecie o prostytutkach wyrażali się poza tym pogardliwie jako o istotach zepsutych, gdy tymczasem Vea, wyjąwszy jej ciągłą kokieterię, okazywała taką drażliwość na otwarte poruszanie spraw dotyczących seksu, że Szevek musiał przy niej baczniej pilnować języka, niżby to u siebie w domu czynił wobec nieśmiałego dziesięcioletniego dziecka. W rezultacie nie wiedział, kim naprawdę była.
Pokoje w jej mieszkaniu, za którego oknami migotały światła Nio, były przestronne i luksusowo urządzone, z wyłącznie białymi meblami — białe były nawet dywany. Szevekowi opatrzyły się już jednak luksusy, był poza tym okropnie śpiący. Goście mieli się zjawić dopiero za godzinę; gdy więc Vea wyszła, aby się przebrać, zdrzemnął się w głębokim białym fotelu w salonie. Obudziła go pobrzękująca czymś na stole pokojówka, w samą porę by mógł być świadkiem powrotu pani domu. Weszła ubrana w wieczorowy strój ajońskich kobiet — długą, spływającą fałdami z bioder spódnicę, z obnażonymi piersiami i ramionami. W jej pępku lśnił mały klejnot, zupełnie jak na obrazkach, które przed dwudziestoma pięcioma laty oglądał z Tirinem i Bedapem w Instytucie Okręgowym Nauk w Północoniżu, zupełnie taki sam… Wpatrywał się w nią na wpół rozbudzony, podniecony za to bynajmniej nie połowicznie.
Odpowiedziała na jego spojrzenie lekkim uśmiechem.
Usiadła obok niego na pufie, tak by móc zaglądać mu w oczy.
Zgarnąwszy swą białą spódnicę wokół kostek, powiedziała:
— A teraz proszę mi opowiedzieć, co się naprawdę zdarza między kobietami i mężczyznami na Anarres.
To było wprost niepojęte. W pokoju znajdowali się oprócz nich pokojówka i człowiek od dostawcy; Vea wiedziała, że Szevek ma partnerkę, on — że ona ma męża; nie padło między nimi ani jedno „owo na temat kopulacji. Czymże jednak, jeśli nie najjawniejszą do niej zachętą, były suknia Vei, ruchy, ton głosu?
Między kobietą a mężczyzną zdarza się tylko to, co oboje chcą, by się zdarzyło — odparł dość szorstko. — Oboje i każde z osobna.
— A zatem to prawda, że nie wyznajecie żadnej moralności? — zapytała, zgorszona i zachwycona zarazem.
— Nie rozumiem, co masz na myśli. Między zranieniem kogoś tam i tutaj nie ma żadnej różnicy.
— Chce pan powiedzieć, że trzymacie się tych samych starych reguł. Widzi pan, dla mnie moralność to jeszcze jeden przesąd, podobnie jak religia. Należy ją odrzucić.
— Ależ moje społeczeństwo — odrzekł do reszty zbity z tropu — to nic innego jak próba osiągnięcia moralności. Należy odrzucić moralizowanie, zgoda, przepisy, prawa, kary — żeby ludzie mogli poznać dobro i zło i dokonać międy nimi wyboru.
— Odrzuca pan więc wszystkie nakazy i zakazy. Tylko że, widzi pan, moim zdaniem wy, odonianie, popełniacie podstawowy błąd.
Odrzucacie księży, sędziów, prawo rozwodowe i tym podobne, a zachowujecie to, co w tym wszystkim najgorsze. Spychacie to tylko do środka, w głąb waszych sumień. Ale to wciąż w was tkwi.
Pozostajecie takimi samymi niewolnikami jak dotąd! Nie jesteście tak naprawdę wolni.
— Skąd ty to wiesz?
— Czytałam w pewnym czasopiśmie artykuł o odonizmie — odparła. — Poza tym spędziliśmy ze sobą cały dzień. Nie znam pana, ale trochę już o panu wiem. Wiem na przykład, że pan nosi w sobie królową Teaeę — nosi ją pan w tej swojej kudłatej głowie. I ona pomiata panem, stara tyranka, jak pomiatała swoimi niewolnikami.
Mówi: zrób to! — i pan robi to; nie rób tego! — i nie robi pan.
— Tutaj jest jej miejsce — zgodził się z uśmiechem. — W mojej głowie.
— Nie. Już lepiej ją trzymać w pałacu. Można się wówczas przeciwko niej zbuntować. Pan by się zbuntował! Pański prapradziadek to zrobił; zbiegł na Księżyc, żeby od niej uciec. Tylko że zabrał królową Teaeę ze sobą — i ona wciąż jest z wami!
— Być może. Nauczyła się jednak na Anarres, że jeśliby kazała mi zranić drugiego człowieka — zadałbym ranę samemu sobie.