Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
— Wszyscy zginiemy.
— Proszę o tym myśleć jak o mniejszym z dwóch zagrożeń.
— A jakie jest to większe?
Vimes dobył miecza.
— Ja.
Skrzypiąc cicho, Okręt sunął przez tajemnicze morskie głębiny. Leonard prawie cały czas wyglądał przez małe okienka; szczególnie interesowały go kawałki wodorostów, które dla sierżanta Colona wyglądały całkiem jak kawałki wodorostów.
— Zauważyliście te wąskie pasma pobielałego morszczynu pęcherzykowatego Dropleya?! — zawołał. — To te brunatne rośliny. Wspaniale rozrośnięte, co z pewnością uznacie za znaczące.
— Czy moglibyśmy na moment założyć, że w ostatnich latach zaniedbałem swoje studia nad wodorostami? — zaproponował Patrycjusz.
— Doprawdy? Wielka szkoda, panie. Chodzi o to, naturalnie, że pobielały morszczyn pęcherzykowaty Dropleya zwykle nie jest spotykany powyżej głębokości trzydziestu sążni, a tutaj jest najwyżej dziesięć.
— Aha. — Patrycjusz przejrzał plik rysunków Leonarda. — A te hieroglify… Alfabet znaków i kolorów. Kolory jako język… Cóż za fascynujący pomysł.
— Jako intensyfikator emocjonalny — poprawił go Leonard. — Ale oczywiście my także używamy czegoś w tym rodzaju. Czerwony oznacza gniew i tak dalej. Niestety, nigdy nie udało mi się tego przetłumaczyć.
— Kolory jako język… — mruczał Vetinari.
Sierżant Colon odchrząknął.
— Ja coś wiem o wodorostach, sir.
— Tak, sierżancie?
— Jeśli są mokre, sir, to będzie padać.
— Brawo, sierżancie — odpowiedział Patrycjusz, nie odwracając głowy. — Uważam za całkiem możliwe, że nigdy nie zapomnę, coście powiedzieli.
Colon rozpromienił się. Wniósł Wkład.
Szturchnął go Nobby.
— Co właściwie robimy tutaj, na dole, sierżancie? Znaczy, o co tu chodzi? Kręcimy się w kółko, oglądamy dziwne znaczki na skałach, wpływamy i wypływamy z jaskiń… a ten zapach, no…
— To nie ja — zastrzegł się sierżant Colon.
— Pachnie jakby… siarką…
Za oknem sunął do góry strumyk małych bąbelków.
— Na powierzchni też śmierdziało — ciągnął Nobby.
— Już prawie skończyliśmy, panowie — stwierdził lord Vetinari, odkładając papiery. — Ostatnie drobne przedsięwzięcie i możemy wracać na powierzchnię. Dobrze, Leonardzie… zabierz nas pod spód.
— Ehm… czy już nie jesteśmy pod spodem, sir? — zapytał Colon.
— Tylko pod morzem, sierżancie.
— Aha. No tak. — Sierżant przemyślał to należycie. — A można być jeszcze pod czymś innym?
— Tak, sierżancie. Teraz popłyniemy pod ląd.
Plaża była teraz o wiele bliżej. Strażnicy nie mogli nie dostrzec, że marynarze przebiegają szybko na zaokrąglony koniec statku i chwytają się dowolnych niedużych, lekkich, a przede wszystkim pływających obiektów, jakie tylko mogli znaleźć.
— Chyba podpłynęliśmy już dostatecznie blisko — uznał Vimes. — Tak. Proszę tu zatrzymać.
— Zatrzymać? A jak?
— Mnie niech pan nie pyta. Nie jestem żeglarzem. Są chyba jakieś hamulce?
Jenkins wytrzeszczył oczy.
— Ty… szczurze lądowy!
— Myślałem, że nie używacie tego określenia…
— Nigdy jeszcze nie spotkałem kogoś takiego jak wy! Wam się nawet wydaje, że dziób nazywamy ostrym koń…
Było to, jak zgodziła się potem cała załoga, jedno z najdziwniejszych lądowań w historii żeglarstwa. Nachylenie dna musiało być sprzyjające, pływy również, gdyż statek nie tyle dobił do brzegu, ile raczej wpłynął na plażę. Wynurzał się z wody, zdrapując o piasek małże z kilu. Wreszcie siły wiatru, wody, pędu i tarcia spotkały się razem w punkcie oznaczonym „przewrócić się wolno na bok”. Statek to uczynił, zyskując tytuł „najśmieszniejszego wraku świata”.
— No, mogło być gorzej — uznał Vimes, kiedy ucichły trzaski pękającego drewna. Wyplątał się z płótna i poprawił hełm tak spokojnie, jak tylko potrafił. Z przechylonej ładowni usłyszał stękania.
— To żeś ty, Cudo?
— Tak, Detrytus.
— To żem ja?
— Nie!
— Przepraszam.
Marchewa zsunął się po ukośnym pokładzie i zeskoczył na piasek. Zasalutował.
— Wszyscy obecni i lekko poobijani, sir. Czy mamy założyć przyczółek?
— Co?
— Musimy się okopać, sir.
Vimes rozejrzał się po plaży, jeśli to miło i słonecznie brzmiące słowo w ogóle się nadawało dla tej zakazanej łachy piasku. Tak naprawdę był to po prostu skraj lądu. Nic się tu nie poruszało, z wyjątkiem rozgrzanego powietrza oraz — w pewnej odległości — pary sępów.
— Po co? — zdziwił się.
— Żeby zająć pozycję obronną, sir. Tak zawsze robią żołnierze, sir.
Vimes zerknął na ptaki. Zbliżały się, podskakując trochę bokiem, gotowe ruszyć, gdy tylko ktoś będzie martwy przez parę dni. Potem zajrzał do Tacticusa. Przerzucał kartki, aż jego wzrok przyciągnęło słowo „przyczółek”.
— Tacticus pisze: „Jeśli chcesz, by twoi ludzie dużo czasu spędzali z łopatami, zachęć ich, by zajęli się ogrodnictwem”. Myślę zatem, że ruszymy naprzód. Nie mógł odejść zbyt daleko. Niedługo wrócimy.
Brodząc przez fale, Jenkins wyszedł na piasek. Nie wyglądał na zagniewanego. Był człowiekiem, który przepłynął już ognie gniewu i teraz znalazł się w spokojnej zatoczce poza nimi. Drżącym palcem wskazał swój rozbity statek.
— Maa… — powiedział.
— Jest w całkiem dobrym stanie, biorąc pod uwagę okoliczności — pocieszył go Vimes.
— Maa…?
— Na pewno pan i pańska doświadczona załoga potraficie doprowadzić go do porządku.
— Maa…
Jenkins i jego brodzący marynarze patrzyli w milczeniu, jak kolumna strażników, narzekając głośno, wspina się na zbocze wydmy. Po chwili załoga zebrała się w ciasną grupkę i pociągnęła losy. Kucharz, który w takich sytuacjach zawsze miał pecha, podszedł ostrożnie do kapitana.
— Proszę się nie martwić — powiedział. — Pewnie wśród całego tego wyrzuconego na piasek drewna znajdziemy porządne belki, a wtedy parę dni pracy z blokiem i talią powinno…
— Maa.
— Tylko… powinniśmy chyba zacząć od razu, bo powiedzieli, że niedługo wrócą…
— Oni nie wrócą! — zdenerwował się kapitan Jenkins. — Ich zapas wody nie wystarczy tam nawet na jeden dzień! Nie mają odpowiedniego sprzętu! A kiedy już stracą z oczu brzeg, całkiem się zgubią!
— No i dobrze!
Dotarcie na szczyt wydmy zajęło im pół godziny. Piasek był zdeptany, ale Vimes widział, jak szybko wiatr chwyta ziarnka i przysypuje ślady.
— Kopyta wielbłądów — stwierdził. — Cóż, wielbłądy nie biegają zbyt szybko. Chodźmy…
— Detrytus ma chyba poważne kłopoty, sir — zauważył Marchewa.
Troll stał oparty kostkami dłoni o ziemię. Silnik na jego hełmie chłodzącym zgrzytał i chrzęścił przez chwilę w suchym powietrzu, a potem znieruchomiał, gdy piasek dostał się do mechanizmu.
— Czuję gupi… — wymamrotał. — Mózg boli…
— Przytrzymaj mu tarczę nad głową — polecił Vimes. — Dajcie mu trochę cienia!
— On nie da rady, sir… Lepiej odesłać go do statku.
— Jest nam potrzebny! Cudo, powachluj go toporem!
W tym właśnie momencie piasek powstał i dobył setki mieczy.
— Bingely bingely biip! — odezwał się wesoły, choć trochę zduszony głosik. — Jedenasta zero zero, strzyżenie u… eee… To się zgadza, prawda?