Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 116
Перейти на страницу:

Jeźdźcy nie zatrzymywali się ani na chwilę. Widziałem, jak któryś nagle przerzucił nogę nad grzbietem konia, stanął w jednym strzemieniu, po czym oddał mocz, nie zsiadając z siodła.

Nie wiedziałem nawet, jak długo już jechaliśmy. Dwa dni, dziesięć? Wiedziałem tylko, że wciąż jestem otruty, głowa boli mnie jakby została zmiażdżona i jednocześnie konam z głodu. Dziwaczni jeźdźcy zaspokajali głód w trakcie jazdy i jeden z nich bez słowa rzucił nam bukłak z wodą oraz jakieś zawiniątko. Brus pochwycił bukłak i tak, jak poprzednio w świątyni, najpierw ostrożnie umoczył język. Tym razem jednak woda nie była zatruta. W zawiniątku znaleźliśmy kilka pasków solonego, suszonego w dymie mięsa, kawałek wędzonego sera i wyschnięte placki chleba.

Podzieliliśmy się i zjedliśmy łapczywie wszystko do ostatniej okruszyny.

— To jednak jedzą mięso, jeśli trzeba — rzucił cicho jeden z porywaczy. Po raz pierwszy któryś odezwał się choć słowem.

Nie odpowiedziałem.

Po jakimś czasie jadący obok mężczyzna pochylił się w siodle i rzucił nam dwa wyschnięte, pomarszczone owoce, które wyjął gdzieś z zanadrza.

— Przeżujcie powoli — nakazał. — Są bardzo kwaśne, lecz głowa przestanie tak boleć. Nie dostaniecie więcej drętwej wody, bo byście już nie przeżyli. I tak trzeba będzie umrzeć, ale dopiero kiedy przyjdzie czas.

Potem znowu milczeliśmy. Siedzieliśmy obaj nieruchomo ściśnięci między workami, Brus ostrożnymi ruchami palców badał sploty sznura, więc starałem się w ogóle na niego nie spoglądać.

Patrzyłem na ciągnące się po horyzont morze błota, które wyglądało jakby spadło z nieba, pokrywając całą okolice, na pokręcone martwe drzewa powiewające kłębami wodorostów, i kłębiące się ptaki obsiadające wzdęte cielska martwych bawołów, które wystawały z błota niczym małe pagórki. Żułem ofiarowany mi owoc, twardy i włóknisty. Rzeczywiście był straszliwie kwaśny, lecz miałem wrażenie, że ból zaczyna słabnąć.

W jednym miejscu błoto pochłonęło całe stado, widać było las rogów i uniesione łby z pyskami rozwartymi w upiornym grymasie, jakby bawoły skamieniały w jednej chwili, gdy zalał je szlam. Widziałem też sylwetki ludzi z kijami w rękach, którzy sterczeli z mułu na podobieństwo nieruchomych posągów.

— Kiedyś były tu wioski, stada i sady — powiedział ten, który dał nam owoce. — Ale kiedy nadszedł gniew waszej Matki i na Wewnętrzny Krąg spadła susza, tu nadeszły straszliwe burze i ulewy, jakich jeszcze nie widziano. Z gór schodziły wodospady błota. Niewielu przeżyło. Odeszli, a teraz wysłano ich na świątynne pola, żeby rąbali wyschniętą ziemię na chwałę waszej bogini.

— Nie jesteśmy wyznawcami Podziemnej — odparłem.

— Dosyć! — warknął inny z jeźdźców. — Wystarczy tych pogawędek. To nie ludzie. Założyć worki!

Próbowałem się bronić, choć nie miało to większego sensu. Woźnica uderzył mnie raz, krótko, w sam dołek, odbierając mi oddech, po czym narzucił worek sięgający aż po łokcie i ściągnął go sznurem, a później kopniakiem przewrócił mnie na twarz. Słyszałem jeszcze szamotaninę i stłumiony jęk Brusa.

Resztę drogi odbyłem jak ślepiec. W ciemnościach i duchocie, zdany tylko na słuch.

Ochrypłe okrzyki ptaków, zawodzenie wiatru, czasem parskanie wierzchowców i cichutkie poskrzypywanie dobrze nasmarowanych osi wozu. Nic więcej.

Nie wiem nawet, ile to trwało. Leżałem zatopiony w przerażeniu, bezsilności i mroku. Wydawało mi się, że wieczność, choć w rzeczywistości dotarliśmy na miejsce pewnie tego samego dnia, w nocy.

Kazano nam zsiąść z wozu, nie zdejmując worków, i poprowadzono stromą, kamienistą ścieżką pod górę. Zdecydowanie, brutalnie i w milczeniu, tak samo jak robili wszystko. Bez względu na to, czy ludzie ci byli rozbójnikami i buntownikami, chyba nie służyli po stronie prorokini. Na zmianę rodziły się we mnie nadzieja albo zupełne przygnębienie.

Wchodziliśmy wysoko, potykając się i przewracając na ostre skały. Ktoś poluzował sznur ściągający worek na dole, więc mogłem dostrzec ziemię pod nogami i, stawiając drobne kroczki, na ile pozwalała mi lina, brnąć pod górę, nie przewracając się już co chwila.

Kiedy przestaliśmy się wreszcie wspinać, zupełnie opadłem z sił. Ledwo dyszałem i czułem ból w piersi, gdy wreszcie wepchnięto mnie gdzieś przez ciasny otwór i ściągnięto worek z głowy.

Niewiele to jednak dało, bo w pomieszczeniu panowała znowu nieprzenikniona ciemność.

Obmacałem ostrożnie ściany, zupełnie gładkie i zimne niczym polerowany kamień. Podłoga była taka sama i okrągła, całkiem jakbym siedział na dnie wyschniętej studni. Nie znalazłem jednak drzwi, przez które mnie wepchnięto. Nic, tylko gładź skały.

A potem siedziałem, obmacując rzemienie i usiłując odgadnąć, w jaki sposób je rozwiązać. Sploty wydawały się magiczne. Kiedy zdołałem je poluzować w jednym miejscu, zaciskały się w innym. Miałem wrażenie, że nie mają początku ani końca.

Spędziłem na tej czynności wiele czasu, bo na dnie studni nie zostało mi nic innego niż ciemność, opuszki palców macające rzemienie i oplatające moje kostki oraz nadgarstki zawiłe pętle.

Drażniło mnie to, bo leszy, który mnie wiązał, miał w dłoni zwyczajny, niezbyt długi kawałek sznura i splótł go jednym, szybkim ruchem, zupełnie bez namysłu.

Wiedziałem, że po mnie przyjdą. Nie przywieźli nas taki szmat drogi tylko po to, by zamknąć i zagłodzić.

W końcu odkryłem sposób, cierpliwie i mozolnie, jakby to była sztuka liczenia bez liczb. Tak samo, jak znajduje się sposób, by wygrać w tarbiss, i udało mi się powoli, raz z jednej, raz z drugiej strony stopniowo poluzować krępujący nadgarstki węzeł.

Uwolniłem ręce i nogi, a spleciona lina w moich dłoniach nagle rozwinęła się, stając się zwyczajnym kawałkiem rzemienia. Prostym, mającym dwa końce.

Potem siedziałem oparty o wklęsłą ścianę i po dłuższym czasie zobaczyłem wysoko nad głową gwiazdy. Drobne, srebrne iskierki migocące w czerni.

Naprawdę znajdowałem się na dnie studni. Patrzyłem więc w gwiazdy, tak jak przez wieki patrzyli w nie kireneńscy mnisi. Gdzieś między nimi w aksamitnej pustce znajdowała się Droga Do Stworzyciela. Droga, którą odeszli wszyscy, których kochałem. Matka, ojciec, moi bracia, Aiina, Fyalla, Tahela, Irissa. Irissa, która oddała za mnie życie. Rzemień.

Widziałem ich twarze pośród pustki, jedną po drugiej. Siedziałem na dnie kamiennej studni, gdzieś wśród pustkowi Północnego Wschodu, szeptałem imiona moich bliskich i płakałem.

Po raz pierwszy opłakiwałem ich naprawdę. Nie zdołałem tego dotąd zrobić i obawiałem się, że kiedy wstanie dzień, mogę już nie zdążyć. Zupełnie, jakbym ich zdradził. Odeszliby zapomniani, bez jednej łzy tego, który miał nieść ich w sercu.

Siedziałem tak długo, aż czarne niebo nad moją głową zaczęło blednąc i szarzeć. Słyszałem, że tam, na zewnątrz budzi się do życia wielu ludzi. Dobiegały mnie głosy, porykiwanie zwierząt, kroki.

Krąg nieba powlókł się w końcu błękitem, a ja nadal siedziałem w mroku studni i czekałem.

Niewidoczne wejście otworzyło się znienacka tuż za moimi plecami. Bez najmniejszego dźwięku, zupełnie jakby ściana w tym miejscu znikła. Upadłem na wznak i ktoś chwycił mnie za kołnierz. Zostałem wywleczony nagle na ostre, słoneczne światło, które natychmiast mnie oślepiło.

Wykręcili mi ręce i powlekli tak szybko i pewnie, że nie zdążyłem niczego zrobić. Biegłem tylko, zgięty wpół, porażony słońcem, nie wiedząc dokąd. Pod nogami miałem skałę równą i gładką jak wypolerowaną. Bez żadnych płyt czy kamieni. Po prostu jedną, wielką, białą płaszczyznę.

1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)