Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 116
Перейти на страницу:

— Jebem ti duszu... — jęknął. — Krwawię z oczu.

— Tak — powiedziała Cyfral, siedząc w powietrzu na wprost jego twarzy. — Ale to zaraz przejdzie.

— Przejdzie...

— Tak. Wszystko już ustawiłam.

— Miałem jakieś wizje...

— Efekt uboczny — uspokoiła go. — Nic takiego.

— Co się stało? Co ustawiłaś?

— Uroczysko — wyjaśniła. — A właściwie ustawiłam twój mózg. Nie bój się, nic nie pozmieniałam. Skonfigurowałam cię.

— Czym ty, perkele, jesteś?

— Jestem jak system operacyjny — wyjaśniła. — Teraz to zrozumiałam.

Drakkainen wstał i wytarł twarz śniegiem.

— To dziwne — powiedział. — Czuję się dobrze. Zupełnie dobrze. Nadspodziewanie dobrze. Chodźmy stąd. Tu już się chyba nic nie wydarzy. Idziemy... systemie operacyjny.

Zatrzymał się nagle i spojrzał na nią.

— Co ty masz na sobie? Pończochy i szpilki?

— Nie podobają ci się?

— Nago wyglądałaś naturalnie. Teraz jak dziwka. Co nie znaczy, że mi się nie podoba.

Znowu się zatrzymał i podszedł do jednej ze skał. W kamień wbito stalowy hak, z którego zwisało zardzewiałe kółko i kawałek łańcucha.

Drakkainen patrzył na to przez chwilę, po czym zacisnął szczęki i odwrócił się. Krople krwi wciąż toczyły mu się po policzkach, zostawiając rdzawe smugi.

— Więc to tak... — mruknął.

Bez słowa minął skały i ruszył powrotną drogą, nie oglądając się za siebie.

Rozdział 6

Ostatni bastion i Woda

Trzciny chylę głowy,

wiatr trwożnie zawodzi,

płomień w zgliszczach śpiewa.

Płoną nasze domy,

serca nasze płoną

pełne łez i gniewu.

Mrok ciągnie doliną,

ogień biegnie rżyskiem,

całun zakrył niebo.

W dali żuraw krzyczy

naszą pieśń ostatnią.

Dzisiaj zginąć trzeba.

fragment kireneńskiej Pieśni Pogrzebowej

Nie wiem, jak długo spałem. Nie wiem nawet, czy spałem, czy umarłem na jakiś czas. Pamiętałem zamazany widok skał, kamieni i krzewów, które przesuwały się przed moimi martwymi oczami, mimo że leżałem zupełnie nieruchomo na czymś twardym i nie mogłem się poruszyć. Pamiętałem też niewyraźne obrazy jadących obok wózka dziwacznych jeźdźców, którzy wyglądali niczym porośnięte trawą i gałęziami omszałe chochoły ze spróchniałych pni. Przyjąłem widok spokojnie, jak to we śnie. Potem zauważyłem, że mieli na sobie brązowe i bure ubrania, a głowy i twarze okręcone chustami. I koń, i jeździec okryci byli kropierzem z sieci, w który wpleciono gałęzie i źdźbła trawy. Kojarzyli się z poruszającymi się krzakami. Nie wiedziałem jednak, czy majaczę, czy też widzę to naprawdę.

To były tylko błyski, sny i niejasne wrażenie, że coś widzę.

Nasi porywacze przypominali istoty z bajek. Porośnięte trawą potwory z puszcz Jarmakandy. Leszych, których w Amitraju nazywano alhałrysami. Demony lasu. Jednak mój rozgorączkowany umysł nie widział w nich nic dziwnego.

Naprawdę obudziłem się dopiero na postoju. Ja i Brus leżeliśmy obok siebie, twarzami do ziemi, w niewielkim zagłębieniu otoczonym skałami. Był dzień, nasi prześladowcy spali. Zresztą spoczywali skuleni wśród skał oraz kęp suchej trawy i w pierwszej chwili ich nie zauważyłem.

Potem spróbowałem się poruszyć i wydało mi się, że moja głowa pękła na ćwierci. Jeszcze nie czułem czegoś takiego. Gardło miałem popękane jak dno wyschłej rzeki i nawet mruganie powiekami mnie bolało. Co gorsza, całe ciało było ścierpnięte i martwe. Nie mogłem drgnąć.

Po długim czasie udało mi się zgiąć palce, a strawiwszy wieczność na wysiłkach, zdołałem zmusić ramię, by przesunęło się odrobinę. Było jak nie moje. Jakby doczepiono mi drewnianą protezę. Wyciągnąłem je przed siebie, a potem próbowałem przesunąć resztę ciała. Włożyłem w to wszystkie siły i zdołałem popełznąć przed siebie.

Na odległość dłoni.

Ktoś ukląkł mi całym ciężarem jednego kolana między łopatkami. Przed moimi oczami pojawiła się dłoń z szarej, wyschniętej gliny, z której wysunęło się bardzo szerokie ostrze krótkiego, obosiecznego noża.

Wtedy usłyszałem cichy dźwięk, jakby ktoś strzelił palcami. Wgniatające mnie w kamienie kolano znikło. Obróciłem z wysiłkiem głowę i zobaczyłem, że jeden ze śpiących dotychczas stworów siedzi na podwiniętych nogach. W twarzy wyglądającej niczym maska z wyschniętego błota błyszczały tylko oczy. Istota uniosła dłoń do twarzy i wykonała serię szybkich, skomplikowanych gestów. Ten, który przed chwilą siedział mi na karku, odpowiedział podobnymi ruchami palców, po czym nóż zniknął nagle z drugiej dłoni.

Posadzono mnie, podsunięto bez słowa drewnianą czarkę pełną wody i ponaglono ruchem głowy.

Wypiłem. Gdybym mógł dosięgnąć najgorszej bagiennej kałuży albo kaczego stawu, to też bym pił. Woda spływała wyschniętą doliną gardła boleśnie, jakby żłobiła sobie nowe koryto.

Dostałem jeszcze drugą czarkę, a kiedy i ją opróżniłem, poczułem, że mój język drętwieje. I to było ostatnie, co przemknęło mi przez myśl, zanim przewróciłem się na bok jak worek.

Prosto w ciemność.

Nie wiedziałem, jak długo podróżuję niczym tobół ciśnięty na wózek, w eskorcie dziwacznych, niemych upiorów. Z początku chyba wędrowali jedynie nocami. Potem nieprzerwanie dzień i noc. Nigdy żaden nie odezwał się ani słowem. Którejś nocy ocknąłem się na kilka chwil, gdy lał deszcz, i zdołałem przepłukać gardło prawdziwą wodą.

Wówczas, nim znowu osunąłem się w chorobliwy sen podobny do śmierci, zobaczyłem, że jadący obok alhałrys odrzuca z głowy sieć, odwija zawój z burej chusty i wystawia twarz na deszcz. Woda spłukała zeskorupiałą maskę, odsłaniając zwykłą ludzką skórę i wtedy wydał mi się podobny do Guldej a. Małego, chudego spryciarza, który sprzedał mi ryby. Była to tylko chwila. Jeździec szybko owinął głowę i twarz chustą, po czym narzucił na głowę kosmatą od gałązek i wyschłej trawy sieć, by znów stać się leszym.

Gdzieś wtedy obaj z Brusem zaczęliśmy odzyskiwać przytomność na dobre, ale byliśmy zbyt chorzy, by bodaj pomyśleć o ucieczce. Leżeliśmy na niewielkim wozie, załadowanym workami, słabi jak niemowlęta. Wokół wozu jechało sześciu dziwnych konnych, z tyłu kroczyły dwa luzaki.

Znowu głowa pękała mi z bólu, całe ciało miałem zdrętwiałe. Jednak kiedy tylko zaczęliśmy się poruszać, woźnica przywiązał lejce, po czym wszedł na wóz i skrępował nas jednego po drugim, szybko i beznamiętnie, jakby szykował zwierzęta na targ. Niezbyt brutalnie, ale pewnie. Pomiędzy pętlami zaciśniętymi na kostkach i w nadgarstkach pozostawało po kawałku sznura. Mogliśmy siadać i poruszać się, lecz moglibyśmy stawiać tylko niewielkie kroczki. Co gorsza linę spleciono tak sprytnie, że w ogóle nie widziałem węzłów, a przy jakiejkolwiek próbie szarpania się z pętami natychmiast się zaciskały.

Nie miałem pojęcia, gdzie jesteśmy. Wóz toczył się groblą przez puste, olbrzymie rozlewiska ciągnące się po horyzont. Na gałęziach drzew wisiały girlandy wyschłych wodorostów, a z błotnistej wody czasem sterczały dachy chałup. Jechaliśmy skrajem bagien, wśród błota i skał traktem, który wznosił się coraz wyżej, ku odległemu łańcuchowi ponurych, niewysokich gór. Dzień był pochmurny, więc nie wiedziałem nawet, w którą stronę się kierujemy. W górze miotały się stada czarnych ptaków, krzycząc przeraźliwie.

1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)