Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Stała przez chwilę, zasłuchana, jednak nie widząc rozmawiających, rozumiała tylko co drugie słowo. Verdanno posługiwali się trzema językami, lub jak ktoś kiedyś stwierdził, jednym podzielonym na trzy części. Anaho’la, anaho i av’anaho. Mowa niska, mowa i wyższa mowa. Pierwsza pochodziła wprost od języka składającego się z gestów i okrzyków, jakim Wozacy porozumiewali się w czasie wędrówek. Gdy równiną suną setki wozów, słychać skrzypienie tysięcy kół, bydło ryczy, w wozie hałasują dzieci, a cała kolumna ma utrzymać szyk, to woźnice muszą się dogadywać bez konieczności zatrzymywania wozów i zdzierania sobie gardła. Język ciała, uniesienie ręki, zaciśnięta, otwarta dłoń, symbole rysowane w powietrzu, tworzyły z początku prosty, potem coraz bardziej wyrafinowany sposób ich porozumiewania się. Co najdziwniejsze, gdy wozy przestały już jeździć po równinach, język ten nie zanikł, lecz rozwinął się i stał symbolem rozpoznawczym Verdanno, ich sposobem na podkreślenie własnej odmienności. Zastępował anaho, czyli zwykłą mowę, w sytuacjach, gdy słowa nie powinny lub nie mogły zostać wypowiedziane.
Naturalna wśród Wozaków niechęć do mówienia o pewnych sprawach, zwłaszcza uczuciach i emocjach, spowodowała, że mowa niska rozkwitała. Dziewczyna prędzej dotknie dwoma palcami ust i serca, niż powie chłopcu „kocham cię”. W równie naturalny sposób anaho’la i anaho zrodziły z siebie av’anaho – wysoką mowę, język poetów, bajarzy i tkaczy opowieści. Język, w którym wstydliwe, niechętnie używane słowa znalazły swoje odbicie w gestach. Opowieści snute za pomocą av’anaho wymagały szeroko otwartych oczu i uszu.
Kailean poznała wszystkie trzy języki, ceniła niską mowę za szybkość i zwięzłość przekazu, lubiła melodyjny, śpiewny anaho, a av’anaho wprost uwielbiała. Żaden inny język na świecie nie nadawał się do snucia opowieści tak jak ten.
– A co potem?
To była chyba Nee’wa, średnia z sióstr.
– Potem... na wschód... aż po... I gdy... będzie... a potem nadejdzie dzień i...
Ktoś westchnął. A Kailean zaczęła liczyć: bliźniacy opróżniali gar zupy, Trzeci zapewne z nich tam pokpiwał. Drugi został w mieście, więc Der’eko czarował dziewczyny i Det’mona z Mer’danarem. Trzy na trzech, pora polepszyć proporcje.
Otworzyła drzwi jednym szarpnięciem i opowieść urwała się, jak uciął. Sześć twarzy obróciło się w jej stronę i przez chwilę miała wrażenie, że wtargnęła na jakieś sekretne spotkanie. Trwało to krócej niż mgnienie oka, lecz wyraźnie widziała, że w pierwszej chwili nie poznali jej, patrzyli, jakby w drzwiach stanęła obca osoba.
A potem Key’la pisnęła dziko i rzuciła się jej z krzykiem na szyję.
– Ty paskudo! Czemu dopiero teraz? Czaardan jest w mieście od przedwczoraj! Ile czasu można czekać!
Kailean omal nie wypadła z wozu, więc najpierw złapała za odrzwia, a potem powoli, z dziewczynką wciąż uczepioną karku, weszła do środka.
Det’mon się zaśmiał, pomógł jej wejść i nagle znalazła się w kręgu obejmujących ramion i poklepujących rąk. Ktoś dotknął grzbietem dłoni jej policzka.
– Witaj.
Kolejne dotknięcie, i jeszcze jedno, i jeszcze.
– Witaj. Witaj. Witaj. Witaj.
Powitanie w wysokiej mowie, zarezerwowane dla najbliższych krewnych. Witaj, cieszę się, tęskniłem, brakowało mi ciebie – jeden gest i tyle znaczeń.
Nareszcie poczuła się jak w domu.
Najmłodsza kuzynka ważyła sporo jak na swoje osiem lat, ale najwyraźniej nie zamierzała jej za szybko puścić.
Kailean rozejrzała się demonstracyjnie wokół.
– Widzieliście Key’lę? Podobno miała tu być.
Det’mon i Mer’danar wymienili spojrzenia.
– Nie, wyszła rano i gdzieś znikła. Właśnie mieliśmy zacząć szukać. Dziewczyny?
– Nieeee... – Nee’wa uśmiechała się szeroko. – Tylko się odwróciłam i już jej nie było. Znowu się gdzieś schowała. Ana’we?
– Hej! – Najmłodsza Key’la zamajtała nogami. – Ja tu jestem!
Pierwsza córka And’ewersa, najpoważniejsza z całego rodzeństwa, pokręciła tylko głową, z cieniem uśmiechu w ciemnych oczach.
– Heeej! Tu wiszę!
– Dziwne... – Mimo drętwiejącego karku, Kailean podniosła rękę i podrapała się po głowie. – Mogłabym przysiąc, że ją słyszę. Ale nie, przecież dobrze wychowana dziewczyna przywitałaby się ze mną jak należy.
– Dobrze wychowana kuzynka nie... heh... nie kazałaby mi czekać dwa dni... ufff, zanim się zjawi... – Key’la podciągnęła się wyżej i wreszcie oplotła ją nogami w pasie, ucisk na szyi zelżał.
Kailean spojrzała z bliska na zaczerwienioną z wysiłku buzię.
– Ojej. Przyczepiłaś się teraz, czy przyniosłam cię ze Stepów?
Zaśmiali się wszyscy, nawet Key’la.
– Witaj w domu, Kailean – powiedziała wreszcie.
Dotknęła jej policzka.
W wozie sypialnym znajdowało się kilka łóżek. Łóżek wozackich, czyli drewnianych ram, na których rozpięto plecionkę z końskiego włosia i położono cienki materac. Mogłaby w każdej ręce unieść trzy podobne meble. Teraz większość z nich postawiono pionowo pod ścianą, żeby zrobić miejsce dla Der’eka i jego słuchaczy. Okna były przymknięte, tworząc nastrojowy półmrok.
– No, no, Pierwszy, widzę, że postanowiłeś poczarować rodzinę opowieścią o wielkim mieście, gdzie żyje trzydzieści tysięcy Verdanno. Złaź, Key. – Kailean postawiła małą na podłodze.
– Sześćdziesiąt tysięcy, kuzynko. Już sześćdziesiąt. – Najstarszy spojrzał na nią bez uśmiechu, dziwnie poważny i skupiony. Na niewidoczny znak reszta rodziny zasiadła w półokręgu wprost na podłodze. Ona nie, Pierwszy był od niej wyższy o głowę, więc na razie wolała stać.
– A skąd się tam wzięło tylu ludzi, hę?
Po raz pierwszy się uśmiechnął, leciutko, samymi kącikami ust. I zrozumiała, jaki jest spięty, nie tyle patrzył na nią, ile mierzył wzrokiem, jakby zastanawiał się... – nagle to do niej dotarło – jakby się zastanawiał, ile i czy cokolwiek usłyszała z jego opowieści.