Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 173
Перейти на страницу:

Sta­ła przez chwi­lę, za­słu­cha­na, jed­nak nie wi­dząc roz­ma­wia­ją­cych, ro­zu­mia­ła tyl­ko co dru­gie sło­wo. Ver­dan­no po­słu­gi­wa­li się trze­ma ję­zy­ka­mi, lub jak ktoś kie­dyś stwier­dził, jed­nym po­dzie­lo­nym na trzy czę­ści. Ana­ho’la, ana­ho i av’ana­ho. Mowa ni­ska, mowa i wyż­sza mowa. Pierw­sza po­cho­dzi­ła wprost od ję­zy­ka skła­da­ją­ce­go się z ge­stów i okrzy­ków, ja­kim Wo­za­cy po­ro­zu­mie­wa­li się w cza­sie wę­dró­wek. Gdy rów­ni­ną suną set­ki wo­zów, sły­chać skrzy­pie­nie ty­się­cy kół, by­dło ry­czy, w wo­zie ha­ła­su­ją dzie­ci, a cała ko­lum­na ma utrzy­mać szyk, to woź­ni­ce mu­szą się do­ga­dy­wać bez ko­niecz­no­ści za­trzy­my­wa­nia wo­zów i zdzie­ra­nia so­bie gar­dła. Ję­zyk cia­ła, unie­sie­nie ręki, za­ci­śnię­ta, otwar­ta dłoń, sym­bo­le ry­so­wa­ne w po­wie­trzu, two­rzy­ły z po­cząt­ku pro­sty, po­tem co­raz bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­ny spo­sób ich po­ro­zu­mie­wa­nia się. Co naj­dziw­niej­sze, gdy wozy prze­sta­ły już jeź­dzić po rów­ni­nach, ję­zyk ten nie za­nikł, lecz roz­wi­nął się i stał sym­bo­lem roz­po­znaw­czym Ver­dan­no, ich spo­so­bem na pod­kre­śle­nie wła­snej od­mien­no­ści. Za­stę­po­wał ana­ho, czy­li zwy­kłą mowę, w sy­tu­acjach, gdy sło­wa nie po­win­ny lub nie mo­gły zo­stać wy­po­wie­dzia­ne.

Na­tu­ral­na wśród Wo­za­ków nie­chęć do mó­wie­nia o pew­nych spra­wach, zwłasz­cza uczu­ciach i emo­cjach, spo­wo­do­wa­ła, że mowa ni­ska roz­kwi­ta­ła. Dziew­czy­na prę­dzej do­tknie dwo­ma pal­ca­mi ust i ser­ca, niż po­wie chłop­cu „ko­cham cię”. W rów­nie na­tu­ral­ny spo­sób ana­ho’la i ana­ho zro­dzi­ły z sie­bie av’ana­howy­so­ką mowę, ję­zyk po­etów, ba­ja­rzy i tka­czy opo­wie­ści. Ję­zyk, w któ­rym wsty­dli­we, nie­chęt­nie uży­wa­ne sło­wa zna­la­zły swo­je od­bi­cie w ge­stach. Opo­wie­ści snu­te za po­mo­cą av’ana­ho wy­ma­ga­ły sze­ro­ko otwar­tych oczu i uszu.

Ka­ile­an po­zna­ła wszyst­kie trzy ję­zy­ki, ce­ni­ła ni­ską mowę za szyb­kość i zwię­złość prze­ka­zu, lu­bi­ła me­lo­dyj­ny, śpiew­ny ana­ho, a av’ana­ho wprost uwiel­bia­ła. Ża­den inny ję­zyk na świe­cie nie nada­wał się do snu­cia opo­wie­ści tak jak ten.

– A co po­tem?

To była chy­ba Nee’wa, śred­nia z sióstr.

– Po­tem... na wschód... aż po... I gdy... bę­dzie... a po­tem na­dej­dzie dzień i...

Ktoś wes­tchnął. A Ka­ile­an za­czę­ła li­czyć: bliź­nia­cy opróż­nia­li gar zupy, Trze­ci za­pew­ne z nich tam po­kpi­wał. Dru­gi zo­stał w mie­ście, więc Der’eko cza­ro­wał dziew­czy­ny i Det’mona z Mer’da­na­rem. Trzy na trzech, pora po­lep­szyć pro­por­cje.

Otwo­rzy­ła drzwi jed­nym szarp­nię­ciem i opo­wieść urwa­ła się, jak uciął. Sześć twa­rzy ob­ró­ci­ło się w jej stro­nę i przez chwi­lę mia­ła wra­że­nie, że wtar­gnę­ła na ja­kieś se­kret­ne spo­tka­nie. Trwa­ło to kró­cej niż mgnie­nie oka, lecz wy­raź­nie wi­dzia­ła, że w pierw­szej chwi­li nie po­zna­li jej, pa­trzy­li, jak­by w drzwiach sta­nę­ła obca oso­ba.

A po­tem Key’la pi­snę­ła dzi­ko i rzu­ci­ła się jej z krzy­kiem na szy­ję.

– Ty pa­sku­do! Cze­mu do­pie­ro te­raz? Cza­ar­dan jest w mie­ście od przed­wczo­raj! Ile cza­su moż­na cze­kać!

Ka­ile­an omal nie wy­pa­dła z wozu, więc naj­pierw zła­pa­ła za odrzwia, a po­tem po­wo­li, z dziew­czyn­ką wciąż ucze­pio­ną kar­ku, we­szła do środ­ka.

Det’mon się za­śmiał, po­mógł jej wejść i na­gle zna­la­zła się w krę­gu obej­mu­ją­cych ra­mion i po­kle­pu­ją­cych rąk. Ktoś do­tknął grzbie­tem dło­ni jej po­licz­ka.

– Wi­taj.

Ko­lej­ne do­tknię­cie, i jesz­cze jed­no, i jesz­cze.

– Wi­taj. Wi­taj. Wi­taj. Wi­taj.

Po­wi­ta­nie w wy­so­kiej mo­wie, za­re­zer­wo­wa­ne dla naj­bliż­szych krew­nych. Wi­taj, cie­szę się, tę­sk­ni­łem, bra­ko­wa­ło mi cie­bie – je­den gest i tyle zna­czeń.

Na­resz­cie po­czu­ła się jak w domu.

Naj­młod­sza ku­zyn­ka wa­ży­ła spo­ro jak na swo­je osiem lat, ale naj­wy­raź­niej nie za­mie­rza­ła jej za szyb­ko pu­ścić.

Ka­ile­an ro­zej­rza­ła się de­mon­stra­cyj­nie wo­kół.

– Wi­dzie­li­ście Key’lę? Po­dob­no mia­ła tu być.

Det’mon i Mer’da­nar wy­mie­ni­li spoj­rze­nia.

– Nie, wy­szła rano i gdzieś zni­kła. Wła­śnie mie­li­śmy za­cząć szu­kać. Dziew­czy­ny?

– Nie­eee... – Nee’wa uśmie­cha­ła się sze­ro­ko. – Tyl­ko się od­wró­ci­łam i już jej nie było. Zno­wu się gdzieś scho­wa­ła. Ana’we?

– Hej! – Naj­młod­sza Key’la za­maj­ta­ła no­ga­mi. – Ja tu je­stem!

Pierw­sza cór­ka And’ewer­sa, naj­po­waż­niej­sza z ca­łe­go ro­dzeń­stwa, po­krę­ci­ła tyl­ko gło­wą, z cie­niem uśmie­chu w ciem­nych oczach.

– He­eej! Tu wi­szę!

– Dziw­ne... – Mimo drę­twie­ją­ce­go kar­ku, Ka­ile­an pod­nio­sła rękę i po­dra­pa­ła się po gło­wie. – Mo­gła­bym przy­siąc, że ją sły­szę. Ale nie, prze­cież do­brze wy­cho­wa­na dziew­czy­na przy­wi­ta­ła­by się ze mną jak na­le­ży.

– Do­brze wy­cho­wa­na ku­zyn­ka nie... heh... nie ka­za­ła­by mi cze­kać dwa dni... ufff, za­nim się zja­wi... – Key’la pod­cią­gnę­ła się wy­żej i wresz­cie oplo­tła ją no­ga­mi w pa­sie, ucisk na szyi ze­lżał.

Ka­ile­an spoj­rza­ła z bli­ska na za­czer­wie­nio­ną z wy­sił­ku bu­zię.

– Ojej. Przy­cze­pi­łaś się te­raz, czy przy­nio­słam cię ze Ste­pów?

Za­śmia­li się wszy­scy, na­wet Key’la.

– Wi­taj w domu, Ka­ile­an – po­wie­dzia­ła wresz­cie.

Do­tknę­ła jej po­licz­ka.

W wo­zie sy­pial­nym znaj­do­wa­ło się kil­ka łó­żek. Łó­żek wo­zac­kich, czy­li drew­nia­nych ram, na któ­rych roz­pię­to ple­cion­kę z koń­skie­go wło­sia i po­ło­żo­no cien­ki ma­te­rac. Mo­gła­by w każ­dej ręce unieść trzy po­dob­ne me­ble. Te­raz więk­szość z nich po­sta­wio­no pio­no­wo pod ścia­ną, żeby zro­bić miej­sce dla Der’eka i jego słu­cha­czy. Okna były przy­mknię­te, two­rząc na­stro­jo­wy pół­mrok.

– No, no, Pierw­szy, wi­dzę, że po­sta­no­wi­łeś po­cza­ro­wać ro­dzi­nę opo­wie­ścią o wiel­kim mie­ście, gdzie żyje trzy­dzie­ści ty­się­cy Ver­dan­no. Złaź, Key. – Ka­ile­an po­sta­wi­ła małą na pod­ło­dze.

– Sześć­dzie­siąt ty­się­cy, ku­zyn­ko. Już sześć­dzie­siąt. – Naj­star­szy spoj­rzał na nią bez uśmie­chu, dziw­nie po­waż­ny i sku­pio­ny. Na nie­wi­docz­ny znak resz­ta ro­dzi­ny za­sia­dła w pół­okrę­gu wprost na pod­ło­dze. Ona nie, Pierw­szy był od niej wyż­szy o gło­wę, więc na ra­zie wo­la­ła stać.

– A skąd się tam wzię­ło tylu lu­dzi, hę?

Po raz pierw­szy się uśmiech­nął, le­ciut­ko, sa­my­mi ką­ci­ka­mi ust. I zro­zu­mia­ła, jaki jest spię­ty, nie tyle pa­trzył na nią, ile mie­rzył wzro­kiem, jak­by za­sta­na­wiał się... – na­gle to do niej do­tar­ło – jak­by się za­sta­na­wiał, ile i czy co­kol­wiek usły­sza­ła z jego opo­wie­ści.

1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)