Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
Byle jak najszybciej wydostać się na normalną ulicę! Zaułek doprowadził do jakiegoś klasztoru, a tam było już łatwiej. Idąc wzdłuż murów, Pelagia dotarła na placyk i pierwszego odzianego po europejsku przechodnia zapytała, jak trafić do Bramy Damasceńskiej.
Odszukać zaś dom Salacha istotnie nie było trudno.
Mniszka zatrzymała się przy ulicznej arabskiej kawiarni, powiedziała „Salach" i udała, że trzyma lejce. Zrozumiano ją doskonale i odpowiedziano w tym samym języku: prosto, potem na prawo, a tam zobaczysz bramę (nakreślony w powietrzu półokrąg i „tuk-tuk-tuk").
Na stukanie otworzył sam gospodarz, który rozstał się z Poliną Andriejewna jakieś trzy godziny temu.
– Jest pan na pewno zdziwiony – wyrzekł zdyszany gość. – Ale mam do pana sprawę. Ujrzawszy niedawną pasażerkę, Salach wytrzeszczył brązowe, nieco wyłupiaste oczy, kiedy jednak usłyszał o „sprawie", zaczął machać rękami.
– Nie wolno! Nie wolno sprawa! Gości przyszła, zapraszamy serdecznie. Kawę pić będziemy, jeść chałwa. Potem mówić sprawa.
Pelagia chciała powiedzieć, że sprawa nie cierpi zwłoki, ale przypomniała sobie o sztywnej wschodniej etykiecie i dała spokój. Koniec końców, co zmieni kilka dodatkowych minut, a innego woźnicy w Jerozolimie i tak przecież nie zna.
Z zewnątrz dom Salacha wyglądał nieszczególnie: łuszczące się ściany, śmieci i odpadki tuż przy bramie. Polina Andriejewna przygotowała się zatem na przykry widok biedy i zaniedbania. Czekała ją jednak niespodzianka.
Dom zamykał prostokątną przestrzeń, a pośrodku miał otwarte podwórze. Wewnętrzne ściany budynku oślepiały bielą, w centrum zaś podwórza, pod baldachimem, wznosił się nader wygodny pomost, przykryty dywanem.
Pelagii przypomniała się opinia, wyczytana w książce pewnego podróżnika: azjatyckie domostwo, w odróżnieniu od europejskiego, troszczy się nie o zewnętrzny pozór, ale o wewnętrzną wygodę. Właśnie dlatego ludzie Wschodu są tak flegmatyczni i obojętni – ich świat ogranicza się do ścian własnego domu. Odwrotnie Europejczycy – tym pod własnym dachem niewygodnie, włóczą się więc po całym świecie, badając i podbijając odległe ziemie.
A przecież azjatycka droga jest lepsza – pomyślała nagle Polina Andriejewna, osuwając się z rozkoszą na miękkie poduszki. Jeśli życie jest poszukiwaniem samego siebie, to po cóż wlec się na kraj świata? Siedź sobie w domu, pij kawę z miodowymi placuszkami i kontempluj własne wnętrze.
Gruba kobieta z dosyć wyraźnym wąsikiem postawiła na dywanie paterę z kandyzowanymi owocami i nalała kawę.
Salach zamienił z nią kilka zdań po arabsku, a potem przedstawił:
– Fatima. Żona.
Fatima na pomost nie weszła – przysiadła obok na piętach, z dzbankiem w rękach, i za każdym razem, kiedy gość opuszczał na chwilę filiżankę, dolewała kawy.
Straciwszy kilka minut na wymogi etykiety (piękny dom, wspaniała kawa, miła małżonka), Pelagia wyjawiła cel wizyty: trzeba pojechać do Megiddo. Ile to będzie kosztowało?
– Nic – odpowiedział gospodarz, kręcąc głową.
– Jakże to?
– Nie jestem szalony. Żadne pieniądze nie jadę.
– Dwadzieścia pięć rubli – powiedziała Polina Andriejewna.
– Nie.
– Pięćdziesiąt!
– Choćby tysiąc! – Salach gniewnie klasnął w dłonie. – Nie jadę!
– Ale dlaczego?
Zaczął rozprostowywać palce.
– Gorączka bagienna. Raz. Rozbójnicy Beduini. Dwa. Rozbójnicy Czerkiesi. Trzy. Za nic nie jadę. Powiedziane to było nie po to, żeby podnieść cenę, ale w sposób ostateczny – mniszka od razu zrozumiała. Wygląda na to, że straciła czas na próżno! Rozdrażniona Pelagia odstawiła filiżankę.
– A przechwalał się: zawiozę, dokąd zechcesz.
– Dokąd zechcesz, ale nie tam – uciął Salach. Widząc, że gość nie pije już kawy, Fatima zapytała o coś męża. Ów odpowiedział – zdaje się, że wyjaśnił, o co chodzi.
– A zatem znowu pan nakłamał – skonstatowała gorzko Polina Andriejewna. – Jak mnie wówczas o żonie Rosjance, Amerykanom zaś o Amerykance.
– Kto nakłamał? Ja nakłamał? Salach nigdy nie nakłamał! – oburzył się Palestyńczyk. Klasnął w dłonie i zawołał:
– Marusia! Annabel!
Z drzwi, które prowadziły w głąb domu, wyjrzała kobieta, ubrana na sposób wschodni, ale tak rumiana i z tak perkatym nosem, że nie mogło być żadnych wątpliwości co do jej pochodzenia. Na głowie miała arabską chustkę, zawiązaną jednak nie pod brodą, jak czynią to miejscowe, ale na karku, po chłopsku.
Otrzepując powalane mąką ręce, Słowianka pytająco spojrzała na Salacha.
– Tutaj chodź! – nakazał i zakrzyknął jeszcze głośniej: – Annabel!
Nie usłyszawszy odpowiedzi, podniósł się i zniknął w domu. Z wnętrza dobiegły jego nawoływania:
– Honey! Darling! Come out!
– Naprawdę jest pani Rosjanką? – zapytała Polina Andriejewna.
Okrągłolica kobieta skinęła, podchodząc bliżej.
– Pani Natasza, tak? Małżonek mi opowiadał.
– Nie, jestem Marusia – zaciągnęła rodaczka głębokim głosem. – „Nataszkami" tutejsze chłopy nazywają wszystkie nasze baby. Tak już poszło.
– To dużo jest tutaj Rosjanek?
– Moc – oświadczyła Marusia, biorąc z patery cykatę i umieszczając ją w pełnych ustach. – Która baba na pielgrzymce ma rozum, to nie chce się do Rosyi nawracać. Bo co tam dobrego? Harujesz jak kobyła. Chłop pije. Zimą namarzniesz się. A tutaj sama dobrość. Ciepło, błogo, jakie chcesz owoce. A jak której trafi się męża znaleźć, to już całkiem raj. Arap, ten wódy nie żłopie, łagodny, i znowuż nie sama musisz koło niego chodzić. Kiedy bab trzy albo cztery, to dużo lżej. Nie tak, Fatimka?
Zatrajkotała po arabsku, tłumacząc to, co powiedziała. Fatima potaknęła. Nalała sobie i Marusi kawy, przysiadły obydwie na skraju pomostu.
Z domu wciąż dobiegały anglojęzyczne wezwania. Marusia pokręciła głową.
– Anka nie wyjdzie. O tym czasie pisze książkę.
– Co? Co? – zamrugała Pelagia. – Jaką książkę?
– O babskim życiu. Po to i wyszła za mąż. Powiada: pożyję roczek z arapskim chłopem, a potem książkę napiszę, jakiej jeszcze nie było. A nazwę ma książka taką. – Tu Marusia wyrecytowała bez zająknienia: – Lajf-in-arabian-harem-sin--from-insajd. To po amerykańsku, a po naszemu: Opowieść o arapskich chłopach. Powiada: cała Ameryka taką książkę kupi, milion pieniędzy zarobię. Anka to baba uczona, a mądra, że aż strach. Prawie jak Fatimka. Potem, powiada, pojadę do kraju Chiny, wyjdę za mąż za Chińczyka. Też książkę napiszę: Opowieść o chińskich chłopach. Baby muszą wiedzieć, jak gdzie indziej żyje się naszym siostrom.
Zaintrygowana Polina Andriejewna zawołała:
– Ale jakże ona pojedzie?! Przecież jest zamężna!
– Bez ceregieli. Tutaj to bardzo łatwe. Sałasza trzy razy wypowie: „Nie jesteś już moją żoną", i to wszystko, jedź sobie, dokąd chcesz.
– A jeśli nie wypowie?
– Wypowie, co by miał zrobić. I nie trzy razy, tylko trzydzieści trzy. Baba, jak zechce, zawsze chłopa opanuje. A trzy baby tym łatwiej...
Marusia przetłumaczyła to Fatimie, a ta znowu potaknęła.
Siedzieć tak we trójkę, pić mocną aromatyczną kawę i rozmawiać o kobiecych sprawach było dla mniszki czymś niezwykłym i pociągającym – na jakiś czas zapomniała nawet o swej pilnej misji.
– Ale jak się godzicie, żyjąc z jednym mężczyzną?