Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
– W jakiej znowu książce?
A w takiej, oświadczył z powagą oberwaniec i wskazał na czoło Michla. Ja, powiada, potrafię czytać twarze, jak inni czytają książki. To bardzo proste, tylko trzeba znać alfabet. Liter w owym alfabecie nie ma trzydziestu siedmiu, jak w rosyjskim, i nawet nie dwudziestu dwóch, jak w hebrajskim, tylko jest ich zaledwie szesnaście. Czytać twarz to znacznie ciekawsze niż czytać książkę – i więcej ci opowie, i nigdy nie oszuka.
Tu Byk zaczął nagle odmawiać modlitwę, przeznaczoną na okazje, kiedy zobaczysz coś cudownego albo kiedy będziesz miał szczęście spotkać wyjątkowego człowieka: Baruch ata Adonaj Elohenu melech ha-olam, sze-kacha lo be-ola-mo – „Błogosławionyś Ty, Panie Boże nasz, Władco Świata, gdzie zdarza się coś takiego".
Żeby Michl bez przymusu, sam z siebie odmówił modlitwę? Niewiarygodne! Pomodliwszy się, Byk powiedział:
– Musicie uciekać, rebe. Przyleci tu zaraz policja, będą was bić i wsadzą do więzienia.
Emmanuel obejrzał się niespokojnie na duży budynek, w którym zniknął rebe Szefarewicz. Ach, powiada, ach, zaraz odchodzę. Odchodzę na dobre. I poufnie oświadczył otaczającym go ludziom, że w Jerozolimie nie ma na razie nic do roboty. Przyjrzałem się faryzeuszom, teraz pójdę popatrzeć na saduceuszy. Mówiono mi, że saduceusze osiedlili się w Dolinie Izraelskiej, tam gdzie dawniej było miasto Megiddo.
Uniósł skraj koszuli i pospiesznie odszedł.
Michl dopędził go, chwycił za ramię.
– Rebe, ja z wami! Droga do Megiddo daleka, wszędzie tam rozbójnicy, sami przepadniecie! Jestem silny, będę was bronił. A wy w zamian nauczycie mnie tych szesnastu liter!
Ów jednak pokręcił przecząco głową.
– Dlaczego?! – zawołał Byk.
Ty, powiedział sztukmistrz, nie nauczysz się tych liter. Tobie to niepotrzebne. A żebyś szedł ze mną, też nie ma potrzeby. Nic mi się nie przytrafi, Bóg mnie ochroni. Mnie tak, ale nie tych, którzy będą ze mną. Dlatego teraz poruszam się wszędzie w pojedynkę. Ty zaś, jeśli chcesz stać się Żydem, staniesz się nim i beze mnie.
Ruszył szybko, niemal w podskokach, w stronę Gnojnej Bramy.
Ledwie skrył się za węgłem – nie minęło pół minuty – gdy pojawił się rebe Szefarewicz, a z nim dwaj tureccy żandarmi.
– Gdzie on jest, Żydzi?! – zawołał wielki człowiek.
– Tam, tam! – wskazali Żydzi.
Henech przetłumaczył to żandarmom na turecki i Turcy pobiegli łapać zakłócającego spokój. Po kilku minutach wrócili, jęcząc i utykając. Jeden miał rozbitą głowę, drugi wypluwał krew razem z zębami.
Żydzi nie wierzyli własnym oczom: jakim sposobem chuderlawy włóczęga mógł się rozprawić z takimi silnymi chłopiskami?
Policjanci zaś wyplatali głupstwa. Niby już-już dopędzili włóczęgę, ale ten umknął im w zaułek. Popędzili w ślad za nim, gdy nagle w ciemnym przejściu wydarzyła się rzecz straszna. Diabelska siła pochwyciła jednego z nich za kołnierz i walnęła o mur, tak że padł bez przytomności. Drugi nie zdążył się nawet obejrzeć i spotkało go to samo. Szajtan, szajtan! – powtarzali przerażeni policjanci, a rebe Szefarewicz wycedził:
Ha-Satan! – i splunął.
Sztukmistrz okazał się sprytny, choć na pierwszy rzut oka nikt by tego nie przypuszczał. Tego samego dnia wieczorem Michl-Byk odszedł. Bo i jak nie miałby odejść po tym, co wydarzyło się przy Ścianie Płaczu?
Na pożegnanie powiedział: „Pójdę, obejdę Ziemię. Zobaczę, jaka to ta Afryka. I jeszcze Ameryka". Do białej koszuli przyszył niebieską wstążkę i odszedł. Opuścił swój naród... Oto co wydarzyło się w pierwszą sobotę po żydowskiej Wielkanocy. Szmulik jednak nie opowiedział szyksie ani o Michlu-Byku, ani o gołonogim magiku, który kradnie żydowskie dusze; rzekł tylko:
– Człowiek, o którego pani pyta, był tutaj i poszedł sobie.
– Kiedy? – ożywiła się Rosjanka.
– Dwa tygodnie temu.
– A nie wiesz, dokąd poszedł?
Szmulik zawahał się – ma powiedzieć czy nie? A cóż takiego? Dlaczego by nie powiedzieć?
– Mówił o Dolinie Izraelskiej, o starożytnym mieście Megiddo i o saduceuszach.
– Megiddo? – powtórzyła szyksa, a jej oczy rozszerzyły się przerażone. – O Boże! A gdzie to jest i jak tam się dostać?
Wyjęła z sakwojaża małą książeczkę. Była w niej złożona kartka, a na niej mapa. Szmulik chciał powiedzieć głupiej, że droga do Doliny Izraelskiej jest długa i trudna, że Emmanuel i tak tam nie trafi, bo w pojedynkę nikt tam nie chodzi z powodu wielkiej liczby rozbójników. A już kobieta z Europy naprawdę nie ma się po co pokazywać w takiej głuszy.
Chciał, ale nie zdążył, dlatego że obejrzał się niechcący i całkowicie zesztywniał. Przeklęty litwak, który niedawno wybałuszał gały na ulicy, okazał się natrętny i oto teraz wygląda zza rogu. Strach pomyśleć, co nakłamie rebe Szefarewiczowi. Jedyna nadzieja w tym, że nie rozpoznał, w którym jeszybocie uczy się miłośnik rozmów z szyksami.
Szmulik natychmiast wpadł na złamanie karku w najbliższy zaułek, dał nura w głęboką sień i przyczaił się.
Obok zastukały damskie obcasiki – to przeszła szyksa. Po chwili w tym samym kierunku zaszurały miękko głuche kroki.
Chwała Tobie, Panie. Udało się.
Zycie w arabskim haremie, widziane od środka
Megiddo? Saduceusze? Polina Andriejewna szła szybko wąziutkim zaułkiem, a echo jej kroków odbijało się dźwięcznie od murów, między którymi nie było więcej niż sążeń.
Na pewno saduceuszami nazwał syjonistów. Bez wątpienia są do siebie podobni. Tamci także upierali się przy wolnej woli i utrzymywali, że los człowieka spoczywa w jego rękach. Okrąglutka dziewczyna z parowca „Jesiotr" wspominała o Dolinie Izraelskiej i o Mieście Szczęścia, które wzniesione będzie niedaleko starożytnego Megiddo.
Ach, jak wszystko źle się dzieje! Ach, jak niedobrze!
I przecież minęły całe dwa tygodnie! Decyzję podjęła w jednej chwili, bez najmniejszych wahań. Jak to dobrze, że pomyślała o tym, by na wszelki wypadek wziąć ze sobą sakwojaż z najniezbędniejszymi rzeczami: bielizną, składaną przeciwsłoneczną parasolką, rozmaitymi damskimi drobiazgami. Do hotelu można nie wracać.
W przewodniku dla pielgrzymów obok mapy Ziemi Świętej był także plan Jerozolimy. Oto i kwartał żydowski, w dole Starego Miasta. Należy kierować się cały czas prosto, przez dzielnicę chrześcijańską, a potem przez muzułmańską, i trafi się na Bramę Damasceńską.
Tyle że zaułek nie chciał prowadzić prosto – zbaczał to w jedną stronę, to w drugą, tak że wkrótce pani Lisicyna straciła wszelką orientację. Słońca zaś nie było widać, bo piętra domów, obudowane drewnianymi kratkami i przypominające kurniki, wysuwały się naprzeciw siebie i niemal się stykały.
Mniszka zatrzymała się niezdecydowana. Nie było kogo zapytać o drogę. Może ktoś wyjrzy przez okno?
Zadarła głowę – i w samą porę. Zza otwartej kratki wysunęły się kobiece ręce, trzymające miednicę. W dół polała się, błyskając srebrem, struga wody z mydlinami.
W ostatniej chwili Polina Andriejewna zdążyła uciec w jakiś boczny zaułek i jeszcze odskoczyć, żeby nie zamoczyły jej bryzgi.
Ponieważ i tak już zabłądziła, powrót nie miał sensu – ruszyła przed siebie bocznym zaułkiem. Tyle że teraz co rusz spoglądała z obawą do góry. Sądząc po napotykanych śladach, z okien wylewano także nieczystości mniej niewinne niż woda z mydlinami.