Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
- Автор: Przechrzta Adam
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 978-83-7574-617-4
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:
Nie zatrzymaliśmy się przed głównym wejściem – pierwsza oznaka, że moi porywacze nie mieli zamiaru ostentacyjnie wprowadzić mnie do swojej siedziby. Skorzystali z bocznych drzwi. Prowadzili dwaj zwaliści funkcjonariusze, każdy przykuty kajdankami do jednego z moich przegubów. Sprytne, widać ktoś tu mnie doceniał. Nawet gdybym pokonał ochronę, nie uciekłbym przecież z dwoma ważącymi po sto kilogramów facetami pod pachami. Tak czy owak, zbędna ostrożność, nie zamierzałem uciekać. Bo i co by mnie czekało, gdyby nawet udała się taka sztuczka? Ile czasu dałbym radę się ukrywać? Zniknięcie majora GRU to nie dezercja szeregowego Wańki Iwanowa – szukaliby mnie wszyscy, być może pościg nadzorowałby osobiście Generalny Komisarz. A perspektywy? Pozostawała tylko jedna opcja – przejść na stronę Szwabów... Nie, to nie dla mnie. Mimo wszystko.
Zostałem wprowadzony do gabinetu – nie do celi albo pokoju przesłuchań, na drzwiach dostrzegłem tabliczkę z nazwiskiem niejakiego Mironowa. Pułkownika Mironowa. Nijak nie kojarzyłem tego nazwiska. Wewnątrz czekała mnie kolejna niespodzianka: za biurkiem siedział korpulentny, łysawy mężczyzna w mundurze pułkownika, jak się domyśliłem, Mironow, obok rozpierał się na krześle mój leningradzki znajomy, także pułkownik – Kutiepow... Zdrowy i cały, mimo że od tygodnia pod aresztem.
Kutiepow postanowił przywitać się ze mną serdecznie, co też i zrobił – za pomocą pięści i butów. Ze względu na przykutą do przegubów eskortę nie mogłem się nawet osłaniać. Zabawę przerwał gospodarz gabinetu.
– Może wystarczy, Anatoliju Piotrowiczu? Bo jak mu zęby powybijacie, to będziemy mieli problemy z dogadaniem się, a lepiej nie przeciągać tej sprawy.
Dostałem od Kutiepowa otwartą dłonią w twarz – ot tak, na pożegnanie – po czym przykuto mnie do krzesła. Nie było co prawda przyśrubowane do podłogi jak w pokoju przesłuchań, ale ciężki mebel i tak ograniczał do minimum możliwość ruchu.
– Być może domyśliliście się już, majorze, dlaczego was zaprosiliśmy – odezwał się dobrodusznym tonem Mironow. – Ale na wszelki wypadek doprecyzuję: uważamy, że wrobiliście naszego kolegę, towarzysza Kutiepowa, w zabójstwo generała Gurładze. Rzecz jasna, prawdziwym mordercą jesteście wy. Jeśli nie wyjaśnicie sprawy z własnej woli, pomożemy wam ze wszystkich sił... Zastanówcie się, czy warto opierać się w sytuacji, kiedy i tak prędzej czy później powiecie nam, czego chcemy.
No ładnie, tego się nie spodziewałem. Kutiepow musiał mieć w swojej firmie dużo większe poparcie, niż założyliśmy z Poliakowem. Spreparowanie dowodów w sprawie Gurładze, zamiast załatwić sprawę raz na zawsze, sprowokowało tylko bezpieczniaka do kontrataku. I teraz za to płaciłem. Nieźle to wymyślili, mogłoby im się udać, gdyby nie jedno małe „ale”: obecnie pracowałem pod bezpośrednim dowództwem Genkoma Berii. A ten – mogłem się założyć – nic nie wiedział o inicjatywie swoich podwładnych. Zaraz, zaraz... Chyba znalazłem jeszcze jedną dziurę w planie moich kolegów z NKWD.
– Kiedy... – wycharczałem przez rozbite usta – kiedy zginął Gurładze?
Roześmiałem się, usłyszawszy odpowiedź, a jednak szczęście mnie nie opuściło. No, może – szczęście w nieszczęściu...
Zostałem ukarany kolejnym uderzeniem. Tym razem pofatygował się sam Mironow.
– Chcecie odpowiedzi, towarzyszu pułkowniku? – spytałem. – No to odpowiem wam: nie wyjdzie.
– Co takiego nie wyjdzie?! – warknął bezpieczniak.
– Wasz plan. Chcecie wiedzieć dlaczego?
Teraz doskoczył do mnie Kutiepow, ale gospodarz powstrzymał go stanowczym gestem.
– Niech gada – zadecydował, krzywiąc się, jakby zgryzł cytrynę. – Zawsze to jakiś początek...
– Po pierwsze, towarzyszu pułkowniku, wykonuję obecnie zadanie, którym interesuje się sam Generalny Komisarz. A i towarzysz Stalin jest na bieżąco... Niedługo będę potrzebny Genkomowi, zaczną mnie szukać moi ludzie. I szybko znajdą. Bo wy się specjalnie nie kryliście. Uważaliście, że nie macie powodu. Po drugie, w czasie kiedy zamordowano generała Gurładze, nie było mnie w Moskwie. Dowodziłem akcją za linią frontu. Ze wspólnej inicjatywy NKWD i wojennoj razwiedki. Całość nadzorował towarzysz Beria...
W pomieszczeniu zapadła cisza. Nawet moi konwojenci poruszyli się niespokojnie, choć było widać, że ich specjalnością jest raczej wykorzystywanie mięśni niż mózgów. Mimo to nazwisko Genkoma podziałało na nich niczym zaklęcie. Kutiepow pobielał z wściekłości, ponownie ruszył w moją stronę.
– Nie! – rzucił stanowczo Mironow. – Na razie rozmawiamy.
Powoli, nie spiesząc się, wyciągnął papierosa, zapalił. Dłuższą chwilę milczał, skupiony, zdawało się, jedynie na formowaniu tytoniowego dymu w eleganckie kółeczka.
– Co to za akcja? – odezwał się wreszcie. – Dlaczego nic o tym nie wiem? Wszystkie dokumenty dotyczące bieżących misji przechodzą przez moje biurko.
– Są akcje i akcje – wymamrotałem.
Rozbite wargi rwały paskudnie, przy każdym ruchu bolała szczęka. Nieźle się ze mną zabawili, gady!
– A konkretniej?
– Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. Dostępem do takich informacji rządzi dopuszczenie, a nie stopień czy stanowisko. Jedynie Genkom Beria może zadecydować, czy zostaniecie o tym poinformowani. A on was najwyraźniej nie powiadomił...
– Mam w to uwierzyć?! We wspólne akcje NKWD i wojennoj razwiedki? – Mój rozmówca roześmiał się sarkastycznie.
Niespecjalnie dziwiłem się postawie Mironowa – rzeczywiście trudno byłoby przypuścić, że możliwa jest jakakolwiek współpraca pomiędzy nami a reprezentowaną przez niego instytucją. W latach trzydziestych czekiści zdziesiątkowali wręcz wywiad wojskowy. Do dziś nie uregulowaliśmy tego rachunku. No nic, jeszcze przyjdzie czas, kiedy upomnimy się o zamordowanych przez bezpieczniaków towarzyszy. I spłacimy dług. Z procentem.
– Pułkownik Kutiepow nie poinformował was, że i w Leningradzie mogłem dokooptować do swojego zespołu każdego, kogo uznam za przydatnego? Bez żadnych ograniczeń? Nawet jeśli ten ktoś jest z NKWD? Taki rozkaz wydał sam towarzysz Stalin. Może nie była to współpraca w całym znaczeniu tego słowa, ale... – Wzruszyłem wymownie ramionami.
Gniewna mina Mironowa świadczyła, że towarzysz Kutiepow istotnie pominął kilka drobiazgów w swojej relacji.
– To prawda? – zapytał.
– Co to ma za znaczenie? – odburknął Kutiepow. – Za dwa, trzy dni ten gnojek podpisze, co mu każemy, a wtedy...
– Naprawdę myślicie, towarzyszu, że macie te trzy dni? – przerwałem mu bezceremonialnie. – Sądzicie, że uda wam się oszukać Genkoma? Po tym jak pozostawicie go z ręką w nocniku, bo tylko ja mogę zakończyć z powodzeniem tę akcję? Radziłbym wam...
Uderzenie kantem dłoni wymierzone było w moją skroń, szarpnąłem głową, ale i tak mnie zamroczyło. W tym momencie nie miałem już wątpliwości – Kutiepow bił, żeby zabić. I nie obchodziło go, jaką cenę za to zapłaci. Najwyraźniej Mironow również to pojął, bo odepchnął bezpieczniaka stanowczo i kazał mnie rozkuć.