Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
- Автор: Przechrzta Adam
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 978-83-7574-617-4
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:
– Dwudziestkę?
Z pełnej szacunku miny mojej rozmówczyni domyśliłem się, że informacja zrobiła wrażenie. Czyżby błatni prowadzili jakąś klasyfikację? Im więcej, tym lepiej?
– Za co ten wyrok? Nie pytam z ciekawości – zastrzegła się natychmiast Kalinina. – To może być ważne tam, w obozie.
– Antypaństwowy spisek – burknąłem.
– Ona naprawdę...?
– Skąd, jej mąż najpierw dostał się do niewoli, a później zaciągnął do Hiwi.
– Aha.
– Co „aha”? To dobrze czy źle?
– Ujdzie – stwierdziła z namysłem. – Błatni są nieufni wobec obcych, ale ktoś z dwudziestką za antypaństwowy spisek jest poza podejrzeniem. Żaden miejscowy czekista nie zwerbuje takiego na donosiciela. Nie ten paragraf.
– Czyli?
– Jak spiknie się z Zoją, nie będzie miała źle, ale to dopiero na miejscu, w łagrze.
– Na miejscu? A ile to czasu? Dwa, trzy dni? No, niech będzie z pięć. Wytrzyma. Zresztą będzie pod strażą.
Kalinina spojrzała na mnie, jakby nagle wyrosła mi druga głowa.
– Wy tak na poważnie?
– A co?!
– Etap, no, transport do obozu czy więzienia – wyjaśniła, widząc, że nie rozumiem – to najbardziej niebezpieczny okres. Na zonie czy w pierdlu jest hierarchia: wiadomo, kto rządzi i jakie zasady obowiązują. Jeśli ktoś się do nich nie zastosuje, zostanie ukarany. Nawet strażnicy muszą się liczyć z pewnymi... ograniczeniami. Żaden nie zaryzykuje konfliktu z błatnymi, wiedząc, że przyjdzie mu tam pracować jeszcze wiele lat. W pociągu... – pokręciła głową – to inna rzecz. Aresztantkę może zgwałcić każdy konwojent albo zek...
– Zek?!
– Tak, za parę rubli strażnicy wpuszczą go do kobiety, jaką im wskaże. W wagonach więziennych są i pojedyncze cele, i na kilka osób. Ze stalowej siatki, jak dla wściekłych psów. Tak czy owak, wszystko widać. A jak wieści się rozejdą... Teoretycznie nie każdy gwałt to „opuszczenie”, ale w praktyce... Wystarczy plotka i takiej, która została zgwałcona, nieważne, z jakiego powodu, nie pomogą na zonie żadne pieniądze, do końca kary będzie pełniła określonego typu... usługi.
– Dosyć na ten temat – uciąłem.
Też mi się zebrało na dyskusję. Zrobiłem, co mogłem, resztę rozstrzygnie los.
– Dzieci przyprowadzi do was ta dziewczyna. – Zademonstrowałem fotografię panny Turkuł. – Za dzień czy dwa.
– Tych pieniędzy nie wystarczy na długo...
– Na lewe papiery i ubrania dla dzieciaków w zupełności!
Wiedziałem, że za dwa imperiały można spokojnie przeżyć kilka miesięcy. Nie żałując sobie niczego. Przez chwilę wyglądało, jakby Kalinina chciała się ze mną pokłócić, ale ostatecznie dała za wygraną, machnęła z rezygnacją ręką.
– A co, jak forsa się skończy?
No tak, to był problem... Dać jej więcej pieniędzy? To zniknie, zostawiając dzieciaki, albo wręcz poderżnie im gardła, żeby pozbyć się świadków. Za samo posiadanie złotych rubli można dostać nielichy wyrok. A jak jeszcze śledczy zainteresują się pochodzeniem rubelków i postanowią skłonić babę do zwierzeń... Oj, nie byłoby jej lekko. Jedyne wyjście to płacić raz na jakiś czas – wtedy zatroszczy się o chłopców, inaczej nie dostanie kolejnej raty. No i nie będzie miała okazji do jakiejś szczególnej rozrzutności; dwa, trzy imperiały na kwartał to sporo, ale żaden majątek. Taaak... Tylko jak to zorganizować? Jeśli mnie przerzucą za linię frontu, to mogę przepaść na całe miesiące, mogę też w ogóle nie wrócić. Co wtedy stanie się z Lońką? Zaraz, zaraz... A Nikonow? Mój znajomy medyk z przedrewolucyjnymi skrupułami? Dyskretny z musu, bo sam pod podejrzeniem? Ten nie zakabluje. Nawet gdyby postanowił mnie wsypać, enkawudziści na pewno nie nagrodzą za donos starego kołczakowca. Pomyśleliby, że jest w to jakoś zamieszany. Tak, to będzie dobry wybór. Postanowiłem jeszcze dziś pogadać z lekarzem.
– Dostaniecie dwa imperiały na kwartał – postanowiłem. – Rzecz jasna, o ile z dzieciakami będzie wszystko w porządku.
– Trzy! – natychmiast podbiła stawkę.
– Niech będzie trzy – zgodziłem się z cierpiętniczą miną.
W rzeczywistości byłem gotów dać i dziesięć, nie miałem innego wyjścia. Gdzie znalazłbym lepszą kryjówkę dla małego Pokrowskiego i jego znajomka? Nagłe pojawienie się dwójki dzieciaków w mieszkaniu samotnej kobiety co prawda może wzbudzić podejrzenia, niezależnie od tego, jakie papiery by im załatwić. W normalnej sytuacji pewnie skończyłoby się to donosami od sąsiadów, ale skoro Zoja miała kontakty z błatnymi – ba! – sama była jedną z nich, pewnie i Kalinina obracała się w tym środowisku. W takim wypadku praworządni obywatele zastanowią się dwa razy, zanim zdecydują wesprzeć socjalistyczną walkę z obcymi klasowo elementami. Bo gdyby rzecz się wydała, przyszłoby im drogo zapłacić za niedyskrecję. Z drugiej strony mamy wojnę i niejeden przyjmuje do siebie krewnych, którzy stracili rodziców czy dach nad głową. Mało to takich wypadków? A Kalinina wyglądała na cwaną, powinna dać sobie radę. Pozostawała tylko jedna, za to zasadnicza kwestia: musiałem się upewnić, że baba traktuje mnie poważnie. Inaczej wywinie coś prędzej czy później, błatni tak już mieli – wszystkich poza swoimi uważali za frajerów.
– To co, dogadaliśmy się? – zapytała, unosząc brwi.
– Dogadali – potwierdziłem z uśmiechem.
Poczekałem, aż opuści rękę – cały czas trzymała ją na biuście, w miejscu, gdzie jak podejrzewałem, zniknęły moje imperiały, po czym ciąłem zamaszyście z góry do dołu. Zanim się zorientowała, schowałem nóż. Coś brzęknęło – tak jak myślałem, na podłogę upadły złote monety. Rozcięta do pasa suknia ukazywała nagi biust kobiety. Pomiędzy piersiami biegła wąska czerwona kreska – ślad po ostrzu. Z zadowoleniem stwierdziłem, że ranka nie jest głęboka. Ot, niewiele więcej niż draśnięta skóra.
Obnażona nie wyglądała bynajmniej lepiej niż w ubraniu, lecz nie miałem zamiaru korzystać z jej... wdzięków. To była tylko demonstracja władzy. Bo mogłem z Kalininą zrobić wszystko. Zrozumiała to i w jej oczach pojawił się lęk. Teraz mogłem być pewien, że dopilnuje dzieciaków.
Żadne z nas nie powiedziało ani słowa, wszystko było jasne. Wyszedłem z mieszkania, cicho zamykając za sobą drzwi.
Nina Krawczenko okazała się miłą, bezpretensjonalną dziewczyną – pewnie jeszcze nie przywykła do statusu gwiazdy. W dodatku Kotuszew jej się spodobał i z własnej woli większość wolnego czasu spędzała z przystojnym podporucznikiem. Mimo woli nasunęło mi się porównanie z poprzednią akcją, w której Wiera ubezpieczała sztangistę Konstantinowa. Tyle że w odróżnieniu od panny Turkuł Tima nie bał się o własną cnotę i wyraźnie miał zamiar pilnować aktorki także i w nocy, o ile tylko ta na to pozwoli. Popsuło mi to rozpisany wcześniej grafik dyżurów, ale w końcu pogodziłem się z sytuacją i pozwoliłem, żeby Tima sam decydował, w jakim charakterze weźmie udział w akcji. Na jego miejscu pewnie postąpiłbym tak samo...
– Zejdź na dół – poleciłem Drozdowi. – Sprawdź, czy wszystko w porządku.
Chłopak skinął ponuro głową i wyszedł z pokoju – po raz kolejny tego wieczoru. Siedzieliśmy w przylegającym do apartamentu artystki pomieszczeniu już osiem godzin, jednak to nie zmęczenie było powodem frustracji Drozda. Pan porucznik zazdrościł młodszemu koledze. Krawczenko rzeczywiście warta była grzechu, ale na wojnie jak to na wojnie: jeden wygrywa, drugi przegrywa...