Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
- Автор: Przechrzta Adam
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 978-83-7574-617-4
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:
– Towarzyszu Generalny Komisarzu, ja... – odezwał się Kutiepow.
– Mołczi, gawniuk!
– Muszę zaprotestować przeciwko...
Z miny Genkoma wywnioskowałem, że mój przyjaciel z Leningradu powiedział o jedno słowo za dużo.
– Skuć go! – zawył wściekle Beria.
Bezpieczniacy ruszyli wypełnić rozkaz Generalnego Komisarza, ale Kutiepow ich uprzedził. W jego dłoni znienacka pojawił się pistolet, zakotłowało się, padł strzał. Odruchowo powaliłem Genkoma na podłogę, osłoniłem własnym ciałem. Trzeba przyznać, że czekiści uwinęli się ze swoim kolegą – no, teraz już byłym kolegą – błyskawicznie: po chwili Kutiepow leżał z twarzą wciśniętą w dywan i skutymi na plecach rękoma. Nie obyło się bez problemów – jeden z ochroniarzy trzymał się za przestrzelone udo.
– Gnida! – warknął Beria, kopiąc z rozmachem Kutiepowa. – Wyprowadzić go! A Owsiejenkę do lekarza! – rozkazał.
Rozkaz wypełniono natychmiast, poza mną i Genkomem zostali w gabinecie Sarkisow i najwyraźniej niewiedzący, co ze sobą zrobić, Mironow.
– Zgłosicie się jutro do mnie – polecił mu Beria złowrogim tonem.
– Tak jest!
– A teraz won!
Pułkownik Mironow również błyskawicznie wykonał polecenie Genkoma. Nie dziwiłem mu się: w tym momencie lepiej było nie drażnić Generalnego Komisarza...
– A wy, Razumowski, po chuj żeście się na mnie zwalili?!
– Osłonił was przed kulą – wtrącił się niespodziewanie Sarkisow. – Gdyby nie on i Owsiejenko...
– Osłonił – burknął Beria. – A kto tego piwa nawarzył? Bo panu majorowi nie chciało się porządnie raportu napisać! Jutro macie mi zameldować, na jakim etapie znajdują się przygotowania do finału operacji. A teraz wynocha!
Wykonałem regulaminowe „w tył zwrot” i, podobnie jak Mironow, pospiesznie opuściłem gabinet. Choć perspektywy miałem chyba lepsze – w głosie Genkoma nie wyczułem prawdziwej złości. Raczej zdziwienie. Jakby nie mógł uwierzyć, że ktoś z wojennoj razwiedki próbował uratować mu życie. Cóż, sam ledwo mogłem w to uwierzyć...
Zapach zupy grzybowej poczułem już na półpiętrze. Wyraźnie dochodził z mojego mieszkania. Co, do cholery? Przecież nikomu nie dawałem kluczy. Tylko Nataszy...
Pognałem na górę, przeskakując po dwa stopnie, trzęsącymi się rękoma otworzyłem drzwi, wbiegłem do kuchni.
– Komandir! – wykrzyknęła przestraszona Wiera. – Co się stało z waszą twarzą?!
Panna Turkuł najwyraźniej się u mnie zadomowiła: przepasana fartuszkiem kroiła jakąś zieleninę. Zanim zdążyłem odpowiedzieć, do kuchni wpadli Drozd i Kotuszew, w mgnieniu oka znalazłem się w objęciach chłopaków, a i Wiera nie czekała długo, żeby rzucić mi się na szyję.
– Wiemy o Nataszy – wyszeptała. – Jeśli tylko moglibyśmy w czymś pomóc...
Coś zapiekło mnie pod powiekami, oddałem uścisk. W zasadzie powinienem pogonić kota całej ekipie: nie dość, że włamali się do mojego mieszkania i porządzili jak u siebie, to trudno uznać obcałowywanie dowódcy za właściwy model stosunków służbowych... Tyle że gdy się wita swoich po bitwie, nikt nie zwraca uwagi na rangę. A przecież dzisiaj ledwo przeżyłem... Mógłbym się założyć, że wszyscy to wyczuli. Żołnierze zawsze wiedzą takie rzeczy. Instynkt.
Dałem się poprowadzić do jadalni, usadzić za stołem. Po chwili, obsługiwany przez całą trójkę, kosztowałem już ostrożnie zupy – wargi nadal krwawiły. Panna Turkuł przejęła na siebie obowiązki gospodyni i po trwającym parę minut zamieszaniu zagoniła chłopaków do jedzenia, sama pilnując, byśmy mieli pełne talerze i kieliszki.
– Co się stało? – spytał Drozd, kiedy zaspokoiliśmy pierwszy głód.
– Kutiepow – odburknąłem lakonicznie.
– A mówiłem, żeby zabić gnoja!
– Nieważne – mruknąłem. – Teraz zajmą się nim czekiści, a jak wiesz, oni to potrafią...
– Jesteście pewni? Bo wcześniej też twierdziliście, że nie ma co się nim martwić.
Wzruszyłem ramionami – rzeczywiście, kiedy rozmawialiśmy ostatnio o Kutiepowie, nie wgłębiałem się w detale, nie widziałem powodu, żeby wtajemniczać chłopaków w plan Poliakowa. Nie żebym im nie ufał, ale ot tak, z nawyku. Nie musieli o tym wiedzieć.
– Tym razem rzecz jest pewna – odparłem. – Wyciągnął broń w obecności Genkoma.
– Chciał go zabić? – zdziwiła się Wiera.
– Bo ja wiem? Postrzelił jednego z ochroniarzy towarzysza Berii. Czort wie co chciał zrobić, choć wyglądało to na zamach. Nie darują mu.
Nie wspomniałem o sprawie Gurładze, w tym momencie nie miała ona żadnego znaczenia. Tak czy owak, Kutiepow był już martwy.
– Nie, tego mu nie darują – przytaknął Kotuszew z wyraźnie wyczuwalną ulgą w głosie.
– Jak przygotowania do akcji? Jutro mam spotkanie z Genkomem.
– Wszystko zrobione zgodnie z waszymi poleceniami – zameldował dziarsko Drozd. – Tam – wskazał szarą tekturową teczkę – jest komplet dokumentów. Spis osób uczestniczących w akcji, schemat posterunków, droga ewakuacji na wypadek...
– Dobrze, już dobrze – przerwałem mu bezceremonialnie. – Przejrzę przed spaniem, może trzeba będzie coś uzupełnić. Jest jeszcze jedna sprawa...
– Tak?
– Potrzebne mi pieniądze. Imperiały.
– Ile? – zainteresował się Kotuszew.
Ponieważ mieszkał w pobliżu naszego schowka, obarczyliśmy go funkcją skarbnika.
– Ze dwie garście.
Tym razem nikt nie pytał na co, nie zauważyłem też żadnych podejrzliwych spojrzeń. Przez moment zastanawiałem się, czy im powiedzieć, decyzja nie była skomplikowana – ufałem całej trójce, a możliwe, że któreś z nich będzie musiało mi pomóc.
– Natasza ma syna – powiedziałem. – Czekiści go nie znaleźli. Podejrzewam, gdzie się ukrywa, ale nie mogę się sam nim zająć. Znam kogoś, kto im pomoże, pewnie jednak nie za darmo. Trzeba to szybko załatwić, dzieciak ma góra pięć lat. Długo tak nie wytrzyma.
– Im? – Drozd uniósł brwi.
– Maluchem zaopiekował się prawdopodobnie inny dzieciak. Ma parę lat więcej, no i był w DietDomie. Trzeba będzie ukryć ich obu.
– Damy radę, komandir – zapewnił Drozd. – Teraz najlepiej prześpijcie się trochę. Zostaniemy tu z Wierą, a Tima pójdzie po forsę.
– Za chwilę – odparłem, podnosząc się ze stęknięciem z krzesła. – Muszę jeszcze zejść do piwnicy. I, Pietka...
– Słucham?
– Przygotuj mi na jutro krótki raport na temat Aleksandrowki.
– Co za Aleksandrowka?
– Nie mam zielonego pojęcia – odparłem zgodnie z prawdą.
Wychodząc, usłyszałem ciężkie westchnienie Drozda. Cóż, każdy ma swoje problemy...
W korytarzu panowała cisza, wydawało się, że nikogo tu nie ma. Albo ktoś bardzo się starał, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Na przykład dwójka śmiertelnie przestraszonych dzieciaków...
Przysiadłem w kucki, starając się rozluźnić ciało. Nie poszło lekko – stawy kolanowe nieprzyjemnie zachrzęściły, boleśnie napięły się mięśnie ud: efekt spotkania z Kutiepowem i jego kolegą. Byłem cały posiniaczony, dobrze, że ci gnoje nie mieli więcej czasu. Tak, miałem dzisiaj szczęście...
Zamknąłem oczy i zwiesiwszy lekko głowę, wsłuchałem się w ciszę. Początkowo słyszałem tylko swój oddech, stopniowo odkrywałem nowe dźwięki. Cichutkie skrobanie o beton, popiskiwanie, później lekko brzęknęło trącone szkło: słoik, może butelka. Szczury? Na pewno piwnice się od nich roiły, ale czy potrafiłyby przesunąć jakieś – niechby i puste – naczynie? Zobaczymy. Mijały kolejne minuty, rytmicznie naciskałem bolesny punkt nad górną wargą, starając się nie zasnąć. Po takim laniu, jakie dzisiaj zebrałem, organizm chce się zregenerować, wyłączyć mózg. Tyle że byłem coś winien Nataszy, a może Lońce? Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że przez cały czas mojej znajomości z Nataszą chłopak łasił się do mnie jak piesek, znikając natychmiast przy najmniejszych oznakach dezaprobaty. Chyba niespecjalnie sprawdziłem się jako opiekun, ale mogłem przynajmniej uchronić chłopca przed DietDomem. Pewnie długo by tam nie pożył... Widziałem kiedyś na dworcu dzieciaki z jakiegoś prowincjonalnego bidula, ewakuowano je na głębokie zaplecze – w Moskwie mieliśmy dosyć swoich sierot. Większość wyglądała jak żywe szkielety, kilkoro najstarszych wręcz przeciwnie: pewni siebie, dobrze odżywieni, z wypisanym na twarzach okrucieństwem przypominali funkcyjnych więźniów na zonie. I pewnie tak samo się zachowywali...