Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
- Автор: Przechrzta Adam
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 978-83-7574-617-4
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:
– Przyznałam się do wszystkiego – odparła rzeczowo. – W tym do udziału w antypaństwowym spisku.
– Nie pytali cię o mnie?
– Pytali. Szczególnie taki jeden, nazywa się bodajże Kutiepow. Nie powiedziałam niczego, co mogłoby ci zaszkodzić. Zresztą nie naciskali specjalnie – dodała, wzruszając ramionami. – Wydaje się, że wystarczyło im potwierdzenie mojej zdrady.
Popatrzyłem jej w oczy, nie opuściła wzroku. Spotkałem w życiu wielu kłamców, niektórych przesłuchiwałem. Żaden z nich nie potrafił oszukać mnie dłużej niż przez chwilę – kwestia wprawy. Po pewnym czasie potrafi się wyczuć fałsz niczym smród padliny: od razu i bez żadnych wątpliwości. Natasza mówiła prawdę.
– Dlaczego... Dlaczego nie powiedziałaś mi wszystkiego o Władzie?
Objęła się rękoma, jakby sięgnął jej lodowaty podmuch. Możliwe, że tak było, i ja czułem chłód niemający nic wspólnego z temperaturą – dzień był dość ciepły.
– Od początku wiedziałam, jak to się skończy – stwierdziła z rezygnacją w głosie. – Kiedy tylko poinformowali mnie, że Wład dostał się do niewoli. Znam go. Zdawałam sobie sprawę, że nic go nie powstrzyma, że tak naprawdę nie liczymy się dla niego, że będzie myślał tylko o sobie. Mój mąż to bydlę – dokończyła.
– Wiedziałaś, że wstąpi do Hiwi?!
– Wiedziałam, że zrobi wszystko, żeby poprawić swoje położenie – doprecyzowała.
– Dlaczego mnie w to wciągnęłaś?!
Wreszcie zadałem pytanie, które dręczyło mnie przez ostatnie dni. Natasza zakryła twarz dłońmi jak zawstydzone dziecko.
– Odpowiadaj! – warknąłem, potrząsając nią brutalnie.
– Zdawałam sobie sprawę, że nie ma już dla mnie i Loszki nadziei – odparła po chwili. – Chciałam jeszcze tylko pożyć jak człowiek: mieszkać z mężczyzną, którego mogłam... szanować. – Natasza wymówiła ostatnie słowo, tak jakby miała co innego na myśli: kochać się z nim... – I sprawić, żeby mój syn był szczęśliwy. Przez ostatnie dni, jakie mogłam z nim spędzić. Tak, żeby je zapamiętał, żeby mnie zapamiętał...
Milczałem. Wiedziałem, że Natasza nigdy już nie zobaczy syna. Skazano ją na dwadzieścia lat, Loszka, o ile jeszcze żył, wyląduje w DietDomie. Pod innym nazwiskiem – dzieciom zdrajców zmieniano je rutynowo. Prawdopodobieństwo, że kiedykolwiek jeszcze się spotkają, było równe zeru.
– Wiem, że cię zawiodłam, że oszukałam, ale, wybacz mi, kochany, gdybym miała wybierać jeszcze raz, zrobiłabym to samo.
– Rozbieraj się! – poleciłem szorstko.
– Co takiego...?
– Ściągaj buty i płaszcz.
Zrzuciłem z ramion plecak, wyciągnąłem filcowe walonki i watowaną kurtkę. Jedno i drugie wyraźnie używane, choć w dobrym stanie.
– Pospiesz się! – ponagliłem, odwracając wzrok.
Przez chwilę Natasza sprawiała wrażenie, jakby opacznie zrozumiała moje słowa, wyglądała, jakby była gotowa oddać mi się tu i teraz. Bez względu na wszystko. Wystarczyło wyciągnąć rękę, aby jeszcze raz poczuć pod palcami skórę dziewczyny, usłyszeć przyspieszony oddech, zanurzyć twarz w jej włosach...
Bez słowa schowałem przewiewny, lekki płaszczyk i buciki na wysokim obcasie.
– Pilnuj walonków i kurtki jak oka w głowie – poleciłem, nie patrząc Nataszy w oczy. – Od tego zależy twoje życie. Jeśli ktoś ci je ukradnie, umrzesz z zimna. W każdym bucie są po trzy złote pięciorublówki, w kurtce zaszyłem sześć imperiałów. Jeśli użyjesz ich w odpowiedni sposób... – urwałem, nie wiedząc, jak dokończyć zdanie.
Bo i co miałem powiedzieć? Że carskie monety pomogą jej na zonie? Być może. A może i nie. Jeżeli ktoś ze współwięźniów dowie się o ukrytym w ubraniu złocie, Natasza nie przeżyje nawet jednej nocy.
– Znaleźli Loszkę?
– Nie. Gdzie go ukryłaś?
– Nie ukryłam, sam się schował.
– Kilkuletnie dziecko?!
– Znalazł sobie kolegę. Ten chłopiec czasem nocuje w piwnicach. Loszka nosił mu jedzenie, zaprzyjaźnili się. Kiedy przyszli po mnie, Lonia właśnie szedł do niego.
No proszę, czyżby chodziło o uciekiniera z DietDomu, który zamelinował się swego czasu w mojej piwnicy? Ten mógł zaopiekować się maluchem i ukryć go przed czekistami. Miał spore doświadczenie w unikaniu dorosłych, którzy mogliby go odwieźć do bidula. Tylko jak długo będzie w stanie zajmować się Loszką? Tydzień? Dwa?
– Sprawdzę to – powiedziałem.
Nie obiecałem, że pomogę Lońce w jakikolwiek sposób – sam nie wiedziałem jeszcze, co z nim zrobię – ale mimo to wyczułem, jak z Nataszy opada napięcie. Tak jakby jej syn był już bezpieczny.
– Jeśli chcesz go jeszcze zobaczyć, musisz przede wszystkim przeżyć – powiedziałem, zmieniając temat. – Być może będziesz zmuszona zabijać, kraść czy oddawać się za kawałek chleba. Jeśli zawahasz się, zaczniesz zastanawiać nad moralnością, porównywać zonę z wcześniejszym życiem, zginiesz.
– Z wcześniejszym życiem? – roześmiała się Natasza niewesoło. – Masz na myśli moje małżeństwo z Władem? Gdyby nie on, miałabym już dwójkę dzieci, drugie wybił ze mnie kopniakami, kiedy byłam w szóstym miesiącu... Przestał mnie bić dopiero wtedy, kiedy zagroziłam, że poskarżę się w jego jednostce. To zahamowałoby karierę kapitana Pokrowskiego – dodała z ironią. – Wystraszył się.
Rozmawialiśmy w nieczynnej poczekalni, odwróciłem się, żeby zawołać konwojenta, kiedy poczułem, jak Natasza łapie mnie za rękaw.
– Poczekaj – poprosiła. – Poczekaj jeszcze chwilkę.
Delikatnie dotknęła mojej twarzy, muskając opuszkami palców niczym ślepiec chcący utrwalić w pamięci czyjeś rysy.
– Jestem gotowa – powiedziała wreszcie.
– Konwój!
Drzwi otworzyły się z trzaskiem, do poczekalni weszło dwóch ludzi Poliakowa.
– Odprowadzić więźniarkę!
– Tak jest!
Wyszedłem kilka minut później, dworcowy zegar pokazywał piętnastą. Za dziesięć minut przyjedzie specpociąg relacji Moskwa – stacja Nigdzie.
– Naczialnik! – usłyszałem zza pleców. – Naczialnik!
Odwróciłem się – na peron wprowadzono pod eskortą grupę błatnych. Krzyczała Zoja, ta, którą poznałem w czasie konferencji z moskiewskimi bandytami. Czyżby miała mi coś do powiedzenia? Podszedłem do dowodzącego ochroną porucznika, pokazałem dokumenty.
– Pozwolicie mi z nią chwilę porozmawiać? – spytałem.
– Macie pięć minut – poinformował oficjalnym tonem enkawudzista. – I nie wolno wam odejść dalej niż do tej ławki – zaznaczył.
Podziękowałem skinieniem głowy, odbiliśmy od grupy. Zoja wzięła mnie pod rękę, jakbym zaprosił ją na spacer.
– Słucham! – rzuciłem szorstko.
– Powiadom moją siostrę – poprosiła przyciszonym głosem. – Będzie się martwić, bo wzięli mnie na ulicy, nie zdążyłam nikogo uprzedzić.
Nie widziałem powodu, żeby pomagać błatnym, wzruszyłem więc ramionami, mając zamiar odmówić, kiedy znowu dostrzegłem tatuaż w kształcie pierścienia na palcu dziewczyny. O ile pamiętałem z albumu Poliakowa, wytatuowana korona oznaczała wysoką pozycję w świecie bandytów. A Zoja jechała w tym samym transporcie co Natasza. Może trafią do tego samego obozu?
– Gdzie ona mieszka?
– Na Twerskiej, pod piątką. Gala Kalinina.
– To na Chitrowce?
– Tak, a co?
– Nic, tak spytałem.
Na początku dwudziestego wieku Chitrowka była bandyckim matecznikiem Moskwy. Podobno w latach dwudziestych wysiedlono stamtąd błatnych. Jak widać, nie do końca.