Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
- Автор: Przechrzta Adam
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 978-83-7574-617-4
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:
– Mam nadzieję, że nie planujesz niczego... spektakularnego?
– To nie jest miłość mojego życia – odparłem szorstko. – Jednak...
Zagryzłem wargi, umilkłem w pół zdania. Nie było sensu dywagować, za chwilę będziemy na miejscu.
– Myślisz, że to donosy?
– Wykluczone – odparł stanowczo. – Kontrolowałem sytuację. Przepuściłem tylko kilka, starannie wybranych.
– Co takiego?!
– Na każdego przychodzą donosy – odparł z zimnym uśmiechem. – Nauczyliśmy naród... rewolucyjnej czujności. Stałbyś się podejrzany, gdyby nie pojawiły się żadne. To były drobiazgi: ktoś poinformował, że słuchasz muzyki do późnej nocy i pijesz wódkę, a twoja Natasza używa perfum imperialistycznej produkcji.
– Żartujesz?
– Nie. Tyle że na pewno nie o to chodziło. Sprawa musi być dużo poważniejsza, jeśli doszła do Genkoma.
Skinąłem w milczeniu głową. Poliakow miał rację: ktoś, kto przyszedłby do towarzysza Berii z doniesieniem, że jeden ze znanych mu oficerów pije wódkę, spędziłby najbliższe dziesięć lat na Kołymie. Może chodziło o męża Nataszy? Tyle że w niemieckiej niewoli znajdowały się miliony naszych żołnierzy i chociaż państwo nie cackało się z ich rodzinami, znałem sporo przykładów, gdzie przymykano na to oko. Wystarczyło, że za krewnymi siedzącego w niewoli nieszczęśnika ujął się ktoś, kogo NKWD wolało nie drażnić. Spełniałem ten warunek. W dodatku byliśmy w trakcie ważnej akcji, prawdopodobieństwo, że ktoś przyczepi się do Nataszy, w sytuacji kiedy miałem dostęp do Generalnego Komisarza, było bliskie zera. Wiedziałem, że nie mam przyjaciół wśród bezpieczniaków, lecz żaden z nich nie ryzykowałby kariery dla osobistej satysfakcji. Nawet Kutiepow.
Zajechaliśmy przed moją kamienicę, zanim Poliakow zdążył zgasić silnik, wyskoczyłem z wozu, pognałem na górę, przeskakując po dwa stopnie naraz. Drzwi do mieszkania Nataszy były wyłamane, podłogę zaścielały dokumenty i pozbawione okładek książki. Ktoś przeprowadził brutalne, choć bardzo powierzchowne przeszukanie – niedobrze, znaczy, że nie szukali na serio dowodów winy, już je mieli...
Wyczułem za plecami Poliakowa, po chwili milicjant zszedł gdzieś na dół. Bezmyślnie kopnąłem kilka książek, zmarszczyłem brwi, odkrywszy pod spodem plamę czerwieni. Krew. Bili ją tutaj, na miejscu? Nonsens. NKWD słynęło z brutalnych przesłuchań, ale prowadzono je w odpowiednim miejscu, tam, gdzie postronni nie mogli usłyszeć krzyków ani zobaczyć efektów pracy śledczych. Co tu się stało? Czyżby Natasza stawiała opór? Jeszcze większa bzdura. Nie ośmieliłaby się. Nie byłaby w stanie.
Tupot na schodach oznajmił powrót milicjanta.
– To twój znajomy Kutiepow – oznajmił Poliakow.
Zacisnąłem zęby – doczekałem się, kurwa... Trzeba było trzasnąć gnoja, tak jak proponował Pietka Drozd. Teraz już za późno. Przepadło. Gdyby dziś cokolwiek stało się mojemu przyjacielowi z Leningradu, nawet nie prowadzono by śledztwa, czekiści od razu zapukaliby do moich drzwi.
– Możesz się dowiedzieć, dlaczego ją wzięli? – spytałem. – Poprzez swoje kanały, bo wolałbym nie występować oficjalnie z takim...
– To żadna tajemnica – przerwał mi Poliakow. – Chodzi o jej męża.
– Bo jest jeńcem?!
– Nie tylko to.
– No to w czym rzecz, do cholery?!
– Pokrowski zaciągnął się na ochotnika do Hiwi...
Odruchowo poluzowałem kołnierzyk munduru, poczułem ucisk w piersi. A niech to cholera... O ile bywało, że przymykano oczy na fakt, iż ktoś dostał się do niemieckiej niewoli, nie dotyczyło to nigdy pełniących funkcje pomocnicze w szwabskiej armii Hilfswillige. Tych traktowano jak zdrajców w całym tego słowa znaczeniu. A dla rodzin zdrajców nie było żadnej litości. Nie obroniłby ich nie tylko major, ale i marszałek Związku Radzieckiego.
– Ona wiedziała o tym przynajmniej od dwóch miesięcy – poinformował mnie z zakłopotanym wyrazem twarzy Poliakow. – Tak przynajmniej twierdzą sąsiedzi. Przychodzili tu do niej z NKWD, wypytywali o męża...
– Suka! – wycedziłem wściekle.
Milicjant bez słowa pociągnął mnie za rękaw, wyprowadził na korytarz. Nieczułymi, jakby zdrętwiałymi z zimna rękoma sięgnąłem po klucze, otworzyłem drzwi do swojego mieszkania.
– To jeszcze nie wszystko – westchnął Poliakow, lekkim pchnięciem sadzając mnie na krześle.
– Nie krępuj się – wymamrotałem. – Gadaj...
– Nie znaleźli dzieciaka.
– Jakiego, do licha, dzieciaka?!
– Syna tej twojej Nataszy. Szukali go po całej kamienicy, bez rezultatu. Nawet miejscowi kapusie nie wiedzą, gdzie się podział.
Pokiwałem w zadumie głową – to stąd ta krew... Próbowali załatwić sprawę na miejscu, myśleli, że Natasza ukryła syna. Tylko czy rzeczywiście wiedziała, gdzie jest Lońka? I dlaczego, do cholery, nie wspomniała mi o zdradzie, prawdziwej zdradzie Włada?!
Zadzwoniło szkło, Poliakow wystawił wódkę, rozlał do szklanek. Wypiliśmy. Palący płyn rozgrzał mnie od środka, roztopił lód, do palców zaczęło powracać czucie.
– Możesz mi pomóc? – spytałem.
– Zależy w czym? – odparł ostrożnie milicjant. – Mam nadzieję, że nie masz zamiaru zaatakować Łubianki...
– Nie mam. – Roześmiałem się zimno. – Ale muszę spotkać się z Nataszą, ustalić, co powiedziała czekistom. Chcę wiedzieć, czy za tydzień nie przyjdzie po mnie kolejna ekipa, no i trzeba załatwić sprawę z Kutiepowem, ten facet nie odpuści.
– To rozsądne życzenia – stwierdził Poliakow po namyśle. – Zobaczę, co da się zrobić, porozmawiamy jutro.
Pożegnał się ze mną klepnięciem w plecy, wyszedł, starannie zamykając za sobą drzwi. Cisza aż dzwoniła w uszach, nie słychać było normalnych o tej porze dźwięków: żadnego szczękania garami, żadnego biegania po schodach, pijackich wrzasków i sąsiedzkich kłótni. Tak jakby wszyscy lokatorzy pochowali się w swoich mieszkaniach w strachu, że najmniejszy hałas zwróci na nich uwagę. Pewnie zresztą i tak było. Nawet największa, pisząca co dzień donosy gnida wiedziała, że bezpieka nie zna uczucia wdzięczności. Dziś przyszła po sąsiada, jutro może zainteresować się tobą. Takie życie.
Zacisnąłem zęby, przypominając sobie czułość Nataszy, jej dotyk, zapach. Wierzyłem dziewczynie. Wierzyłem, że mnie nie oszuka, nie wystawi na niebezpieczeństwo. A tu proszę... Czyżby cały czas udawała?
Sięgnąłem jeszcze raz po wódkę, odmierzyłem jak lekarstwo, wypiłem. Nie było sensu gubić się w domysłach, wszystko wyjaśni się jutro. Być może. Nie potrafiłem ocenić sytuacji, nie w tym momencie. Przypuszczałem, że chwilowo, do końca prowadzonej obecnie operacji, jestem na tyle potrzebny towarzyszowi Berii, że ten będzie trzymał Kutiepowa na smyczy. Niezależnie od tego, co Natasza powiedziała mojemu przyjacielowi z Leningradu. Jednak jeśli zwaliła na mnie winę za zdradę Włada, pan pułkownik tak czy owak mógł dostać zielone światło... Nie ma ludzi niezastąpionych.
Rozebrałem się, złożyłem starannie mundur i pomaszerowałem do łóżka. Chłodna pościel przyjemnie chłodziła ciało, zasnąłem niemal od razu, bez żadnych snów i wizji.
Ocknąłem się, słysząc terkot budzika: siódma rano. Nie przypominałem sobie, abym go wczoraj nakręcał, musiała to zrobić Natasza. Zerwałem się z łóżka, przygotowałem śniadanie – po raz pierwszy od kilku miesięcy samodzielnie – wykąpałem się. Kto wie kiedy będę miał kolejną okazję? Mimo deklaracji Poliakowa nie liczyłem specjalnie na pomoc milicjanta. Wątpiłem, żeby chciał dla mnie ryzykować karierę, a gdyby nawet, nie wyobrażałem sobie, w jaki niby sposób mógł zneutralizować Kutiepowa, ten był zbyt grubą rybą. Może chociaż zorganizuje mi spotkanie z Nataszą? Miejscowa milicja zawsze wspierała NKWD w przypadku organizowania transportów do obozów pracy, a to niechybnie czekało Nataszę. Dzień, dwa i wsadzą ją do pociągu z biletem w jedną stronę. Chyba że przesłuchania się przeciągną...