Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
- Автор: Przechrzta Adam
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 978-83-7574-617-4
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:
– Powiesz jej?
– Powiem – obiecałem. – Tyle że nie za darmo...
– Co mam zrobić?
– W tym samym transporcie jedzie Natasza Pokrowska. Dostała dwudziestkę za antypaństwowy spisek. Zaopiekuj się nią.
– To twoja marucha?
Zamrugałem zaskoczony. Dopiero po chwili skojarzyłem, że słowo to w przestępczym żargonie może oznaczać kochankę. Przytaknąłem.
– Daj mi nóż – zażądała. – Gołymi rękoma niewiele zrobię.
– Po pierwsze, nie mogę dać ci broni, po drugie, myślałem, że to coś znaczy. – Wskazałem tatuaż.
– Znaczy! – warknęła. – Wśród naszych. Na zonie rządzą błatni, ale po drodze... Jak mnie „opuszczą”, nie będę mogła pomóc nawet sobie, nie tylko twojej dziewuszce.
Pokręciłem przecząco głową.
– Wykluczone – oznajmiłem. – Nie mogę.
Wiedziałem, że gwałt na więźniu, niezależnie od jego płci, skutkuje przeważnie przypisaniem go do najniższej, najbardziej poniewieranej grupy na zonie, ale dać broń błatnej? Jeszcze czego. A co, jeśli ktoś zauważy? Cały czas czułem na plecach uważny wzrok enkawudzistów.
– Nie to nie – parsknęła. – Jeszcze coś?
– To wszystko – uciąłem. – Wracaj do swoich.
– Tak jest, naczialnik! – Zasalutowała mi kpiąco.
Ostrzegawczy gwizd oznajmił przyjazd pociągu. Kiedy ten zatrzymał się na wypełnionym bezpieczniakami dworcu, eskorta zaczęła upychać więźniów w wagonach. Przez jakiś czas na stacji panował totalny chaos: krzyki zeków i strażników mieszały się z ujadaniem psów i ostrzegawczymi strzałami. Wreszcie konwojenci zajęli swoje miejsca i skład powoli ruszył. Niespiesznemu turkotowi kół zawtórował ochrypły kobiecy głos. Zdawało mi się, że poznaję Zoję.
Szoł „Stołypin” po centralnoj wietkie,
w trojnikie za cziornoj, griaznoj sietkoj
jechała diewczionka iz Kurgana,
piatierik wiezła do Magadana.
Po sosiedstwu jechał s niej parniszka,
u niego w konce etapa wyszka.
Piesnia żyzni u niego uż spieta
zasyłajet ksiwu, żdiot otwieta!
I otwietiła jemu diewczionka:
– Jesli choczesz ty ko mnie na szkonku,
gowori s konwojem, ja sogłasna,
ja k twojej sud’bie nie biezuczastna.
Stałem, wpatrując się w odjeżdżający pociąg, dopóki ostatni wagon nie zniknął w oddali. Dopiero wówczas odważyłem się sięgnąć do lewego rękawa: tak jak miałem nadzieję, przypięta do przedramienia pochwa była pusta, Zoja ukradła mi nóż. Nie wiedziałem, czy dotrzyma słowa i zaopiekuje się Nataszą. Nie miałem też pewności, czy to wystarczy, żeby obie przeżyły. Niestety, nic więcej nie mogłem zrobić. Jedna i druga wpadły w tryby aparatu bezpieczeństwa – niezawodnej i bezlitosnej maszynki do mielenia ludzkiego mięsa. Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek jeszcze je spotkam.
Spostrzegłem ich, dopiero skręcając w ulicę Kropotkina. Albo byli dobrzy, albo traciłem instynkt. Po raz kolejny skląłem się za bezproduktywne myśli o Nataszy – jej to i tak w niczym nie pomoże, a ja mogę drogo zapłacić za roztargnienie. Siwy, utykający nieznacznie starszy pan, młody marynarz w widocznej spod munduru pasiastej koszulce, wreszcie wyglądająca na księgową kobieta w okularach. Ot, zwykli przechodnie. Jednak otaczała ich niezwyczajna dla mieszkańców Moskwy niewidzialna aura: obserwowali otoczenie z podszytą arogancją pobłażliwością, jakby zdawali sobie sprawę, że górują nad tłumem, że nawet mieszając się z nim, są kimś więcej. Mimo niepozornego wyglądu wyróżniali się jak drapieżniki w stadzie owiec.
Skierowałem się w stronę pobliskiej kawiarni – na zapleczu mieli telefon. Jeśli zdążę zadzwonić do Drozda, w ciągu pół godziny będą tu chłopcy, a wtedy stosunek sił zmieni się radykalnie. Nie sądziłem, aby wlokąca się z tyłu ekipa miała zamiar dopaść mnie w publicznym miejscu. Jeśli chcieliby mnie zabić, byłbym już martwy. Pewnie poczekają, aż wejdę w jakąś boczną uliczkę, albo zaatakują, gdy dotrę do domu – w bramie lub na schodach. To ostatnie miejsce, w jakim spodziewamy się napadu, większość ludzi odruchowo rozluźnia się w miejscu zamieszkania, w końcu wokół są znajomi, sąsiedzi...
Po wejściu do lokalu powiesiłem czapkę na wieszaku, skontrolowałem ulicę, udając, że poprawiam zmierzwione włosy. Byli tam, cała trójka. W oczywisty sposób blokowali wyjście. Czyżby błatni? A może kumple mordercy maniaka?
Niecierpliwym gestem odprawiłem kelnera i ruszyłem na zaplecze, na wszelki wypadek sięgnąłem po legitymację. Nie zdążyłem jej wyjąć. W pomieszczeniu było kilku mężczyzn, najwyraźniej czekali, aż się pojawię. Dwóch chwyciło mnie pod ramiona, trzeci z potworną siłą walnął w splot słoneczny. Pociemniało mi w oczach, poczułem uderzenie w kark, później przez dłuższą chwilę napastnicy kopali mnie w żebra. Solidnie, fachowo i bez większych emocji. Wreszcie zataszczyli do samochodu i założyli kajdanki. Niespodzianka, niespodzianka! Wszyscy byli w mundurach NKWD...
Kuliłem się na tylnym siedzeniu, osłaniając twarz i podbrzusze, na szczęście nie skuli mi rąk za plecami. Od czasu do czasu siedzący obok czekista wymierzał cios lufą bądź kolbą pistoletu, ot tak, żebym wiedział, kto tu rządzi. Ubezpieczał nas drugi samochód. Nawet gdybym obezwładnił strażnika i wyskoczył, wzięliby mnie z ulicy. Ech, gdybym miał przy sobie nóż. Chyba oddałem go w nie najlepszym momencie...
Po kilku minutach zorientowałem się, że jedziemy na Łubiankę. W pierwszym momencie odetchnąłem – znaczy to nie przebierańcy. No i raczej nie kumple mordercy. Nawet gdyby ten miał swoich ludzi w NKWD, ci nie wieźliby mnie do siebie – zbyt wielu świadków. Nasuwało się pytanie: kto i w jakim celu mnie porwał? Genkom? Bzdura! Towarzysz Beria wezwałby po prostu do siebie i już. Nie wróciłbym do domu... Naraziłem się czymś bezpiece? Kiedy nie bardzo była okazja. Ostatni raz ściąłem się z jakimś czekistą w Leningradzie. A pułkownik Kutiepow został aresztowany już tydzień temu. No nic, wkrótce się dowiem, o co chodzi. Żeby mi tylko oko nie zbielało... Sprawa musiała być poważna – nawet NKWD nie mogło zgarnąć z ulicy oficera wojennoj razwiedki. Nie miało prawa. Nie bez zezwolenia dowódcy GRU, nie bez wiedzy swojego szefa. A przecież prowadziłem dochodzenie dla towarzysza Berii... Nic z tego nie rozumiałem. Kazali mnie śledzić i odkryli, że dałem złoto żonie zdrajcy? Mało prawdopodobne – spotkanie z Nataszą organizowali ludzie Poliakowa, poczekalnię, w której się spotkaliśmy, zabezpieczali także milicjanci. Niepodobieństwo. Ktoś podsłuchał moją rozmowę z Zoją? No niechby – co prawda bezpieczniacy stali zbyt daleko, ale załóżmy, że któryś potrafił czytać z ruchu warg. Prosiłem tylko o zaopiekowanie się Nataszą, co mogło najwyżej skutkować oskarżeniem o nadmierny sentymentalizm. Nikt nie porywałby mnie z powodu takiego głupstwa. Ktoś zauważył, że Zoja ukradła mi nóż? Załóżmy. Dla każdego obserwatora było jasne, że zrobiła to bez mojej wiedzy – a więc znowu drobiazg. Co najwyżej ochrzaniono by mnie za brak czujności. Nasze wcześniejsze spotkanie było sekretem, podobnie jak fakt, że Zoja doskonale orientowała się, gdzie trzymam nóż... Nie, to musi być coś innego. W zasadzie pozostała tylko jedna możliwość: zdrada Nataszy. Gdyby ta z własnej woli powiedziała czekistom o złocie i niekonkretnej co prawda obietnicy odnalezienia syna... Tak, wtedy miałbym się z pyszna. Tylko że jakoś nie chciało mi się w to wierzyć. Mogła wygrać parę punktów już na początku, zaraz po aresztowaniu, obciążając mnie winą, sugerując, że byłem w zmowie z Władem. Fakt, że bezpieczniacy świetnie wiedzieli, że o żadnej zmowie mowy być nie może – po prostu Pokrowski okazał się kutasem – w niczym nie zmieniłby mojej sytuacji. Kutiepow tylko na to czekał. Ale Natasza tego nie zrobiła. Dlaczego więc miałaby nagle zmienić zdanie? Żeby jeszcze enkawudziści mieli jej syna, szantażowali ją losem Lońki, coś takiego byłoby zrozumiałe. Jednak malec zniknął... Ech, Razumowski, Razumowski, znowu wiatr w oczy...