Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
Demony Leningradu [calibre 3.42.0] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Demony Leningradu [calibre 3.42.0]

Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:

Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
1 ... 57 58 59 60 61 62 63 64 65 ... 86
Перейти на страницу:

Coś zaszeleściło, przesunęło się po podłodze. Na pewno nie szczur, coś dużo bardziej masywnego. Źródło dźwięku znajdowało się jakieś sześć, siedem metrów ode mnie. Znaczy w mojej piwnicy albo u Pokrowskich...

Podniosłem się, zaciskając zęby – mięśnie zaprotestowały bolesnym skurczem, ale nie dbałem już o zachowanie ciszy. Zastukałem w drzwi.

– Otwórzcie – poprosiłem szeptem. – Zapomniałem klucza.

Odpowiedziała mi cisza.

– Lońka, otwórz! – powtórzyłem ostrzej.

– Wujek Sasza? – rozległ się niepewny szept.

– Tak, to ja – mruknąłem.

A jednak chowali się u mnie.

– No? Długo będę czekał?

Usłyszałem prowadzoną przyciszonymi głosami rozmowę – chyba moja propozycja nie została przyjęta z nadmiernym entuzjazmem, wreszcie rozległ się cichutki szczęk i po chwili drzwi do piwnicy stanęły otworem. Zapaliłem lampę naftową, zawiesiłem na wbitym w sufit haku. Myślałem, że maluch rzuci mi się na szyję, ale nie – stał wraz ze swoim kumplem niemal wklejony w ścianę, popatrując na mnie przestraszonym wzrokiem. Widać nie do końca mi ufał... Niby dobrze, z takim nastawieniem ma większe szanse na przeżycie, jednak, nie wiadomo dlaczego, zrobiło mi się jakoś niewyraźnie.

– Wszystko w porządku? – spytałem.

Starszy chłopak ponuro skinął głową, Lońce zadrżały usta.

– Chcę do mamusi – powiedział, z trudem powstrzymując łzy.

– Mamusia wyjechała daleko i szybko nie wróci – odparłem z głębokim westchnieniem. – Niedługo zaprowadzę was do cioci, ona się wami zaopiekuje, ale...

– Mną też? – wpadł mi w słowo kolega Lońki.

W jego głosie brzmiało bezbrzeżne zdumienie.

– Tak, tobą też. Jak masz na imię?

– Kostia...

– Ona zaopiekuje się wami oboma, jednak dzień czy dwa musicie tu zostać.

– Dlaczego?

Mały Pokrowski wyglądał na głęboko rozczarowanego. Pewnie, widząc mnie, doszedł do wniosku, że wszystko, co złe, minęło. Niestety, Leonidzie Władysławowiczu, nie ma tak dobrze, jeszcze wiele przed tobą...

– Szukają was źli ludzie – powiedziałem. – Dlatego musicie się tu chować. Gdyby ktoś was wołał, ktokolwiek poza mną, to ani mru-mru. Jasne?

Obaj poważnie skinęli głowami. Otworzyłem dwie konserwy, słoik z ogórkami, wyciągnąłem suchary ze starej racji żywnościowej – powinny być jeszcze dobre, położyłem żarcie na kulawym stoliku.

– To dla was – oznajmiłem. – Jutro przyniosę wam ciepłej zupy. Teraz muszę już iść.

– Wujku... – odezwał się cicho Kostia.

– Tak?

– Ta ciocia, ona...

– Co znowu? – mruknąłem zniecierpliwiony.

Ledwo trzymałem się na nogach, jeszcze trochę i zasnę na stojąco.

– Ona będzie krzyczeć...

– Niby dlaczego?

– Mamy wszy...

– Coś wymyślimy – obiecałem. – Dobrze, że powiedziałeś.

Zgasiłem lampę i wyszedłem z piwnicy, cichutki chrobot poinformował mnie, że Kostia zamknął kłódkę. Trzeba będzie znaleźć nowe ubrania dla dzieciaków, no i zrobić coś z tymi wszami, pomyślę o tym jutro. Teraz interesował mnie tylko sen. Ziewnąłem rozdzierająco i powlokłem się na górę. Byłem wykończony.

Gala Kalinina nie wyglądała na siostrę Zoi: tęga, o czerwonej, nalanej twarzy i małych, chytrych oczkach, nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia. Z drugiej strony: czego można się spodziewać po krewnej czy znajomej błatnej?

– O co chodzi, naczialnik? – spytała z niechęcią w głosie.

Przyszedłem po cywilnemu, ale widocznie nie przeszkodziło to kobiecie odpowiednio mnie sklasyfikować.

– Mam wieści o Zoi – poinformowałem.

– Co się z nią stało?

Nie odpowiedziałem, zmierzyłem Galę wymownym spojrzeniem – staliśmy na korytarzu, baba nie przepuściła mnie przez próg. Po chwili cofnęła się, pozwalając mi wejść do mieszkania.

– Słucham – ponagliła.

– Nie za darmo – odparłem chłodno.

Zacisnęła ze złością wąskie usta, ale sięgnęła w zanadrze, wyjęła zwitek banknotów. Może rzeczywiście zależało jej na Zoi?

Pokręciłem przecząco głową.

– Nie mam przy sobie więcej! – warknęła.

– Nie chcę pieniędzy, chodzi o przysługę.

– Jaką, do czorta, przysługę?!

– Trzeba zaopiekować się dwójką dzieci. Na czas nieokreślony – dodałem po namyśle.

– Zwariowaliście?! Jeszcze dzieci mi tu brakowało. Zresztą nie stać mnie na to.

Bez słowa rzuciłem na stół dwa imperiały. Złote monety potoczyły się po blacie, zabrzęczały. Kalinina sięgnęła po nie szybkim, niemal niezauważalnym ruchem. Zniknęły w ułamku sekundy. No proszę, a jednak pozory mylą: baba mogłaby występować w cyrku albo i uczyć w szkole wojennoj razwiedki. Z jej refleksem...

– Teraz to inna gadka – zaświergotała z przymilnym uśmiechem.

– Żebyśmy się dobrze zrozumieli, gołąbeczko. – Skrzywiłem ironicznie wargi. – Jeśli spróbujesz mnie oszukać w jakikolwiek sposób: znikniesz, zostawiając dzieci na pastwę losu, nie dopilnujesz ich, nie będziesz o nie dbała, znajdę cię. I zabiję.

Wygłosiłem swoją kwestię bez specjalnego nacisku, nie podniosłem głosu, ale i nie spuściłem wzroku z twarzy rozmówczyni. Żeby mieć pewność, że zrozumiała.

– Powiecie mi wreszcie, co się stało z Zoją? – spytała, pozornie nie zwracając uwagi na moje groźby.

– Wzięli ją z ulicy, jedzie do obozu pracy.

– I co, pomachaliście jej na pożegnanie, naczialnik?

– To też, ale przede wszystkim pozwoliłem ukraść swój nóż. Nie podróżuje z gołymi rękoma.

Chyba zapunktowałem, bo oczy gospodyni nabrały łagodniejszego wyrazu.

– No dobrze, a co z dziećmi?

– Jak to co?

– W jakim są wieku, czy są zdrowe, czy mają zapasowe ubrania? – wyrecytowała ze zniecierpliwieniem, jakby dziwiąc się mojej niedomyślności.

– To chłopcy: pięć i dziesięć lat. Mniej więcej... Obaj bez dokumentów. Z ubrań to, co na grzbiecie. Na oko zdrowi.

– Co mam z nimi zrobić?

– Mówiłem: zaopiekować się, ja nie mogę.

– To wasi krewni?

– Nie. Matka jednego z nich jedzie tym samym transportem co Zoja, dostała dwudziestkę. Ma parę złotych rubli przy sobie. Powiedziałem Zoi, żeby się z nią spiknęła, razem będą miały większe szanse. Drugi to sierota. Z DietDomu.

1 ... 57 58 59 60 61 62 63 64 65 ... 86
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)